Archiwum kategorii ‘Uncategorized’
Poezja romantyczna
Tycjan, nawet gdy siedzi w kawiarni ze znajomymi, siedzi sam. Kumple żartują sobie albo zwyczajnie gadają o niczym popijając różnorakie napoje, a on niby siedzi z nimi- ale sam. Śmieje się z opowiadanych przez nich żartów i anegdot, ale gdyby zapytać go, z czego właściwie się śmieje, nie potrafiłby odpowiedzieć. Kiedy przychodzi do płacenia rachunku, zawsze kładzie na stole równo odliczoną należność za swoje zamówienie i, na oddzielnej kupce, dokładnie dziesięć procent od tej sumy- napiwek. Czasem zostaje w lokalu dłużej i otwiera nowy rachunek. Patrzy przez okno na przysypaną śniegiem ulicę, sączy kolejną kawę i zdaje się nie zauważać machających do niego na pożegnanie, oddalających się kolegów. Dużo pali. Lubi mocne papierosy o wyrazistym, charakterystycznym smaku. Zwykle na jego stoliku obok popielniczki spoczywa paczka Dunhilli albo czerwonych Marlboro. Ma piwne oczy, zawsze lekko senne, jakby dopiero co wstał z łóżka albo nie kładł się do niego od, co najmniej, tygodnia. Śnieg bezszelestnie zamienia szarość bruku w wielobarwną mozaikę odbitych neonowych łun. Tycjan siedzi sam, pali i, co jakiś czas, zwilża usta czarną jak heban Americano.
-Jakie masz, synku, śliczne oczęta! W ogóle to przystojniak z ciebie. Dziewuchy pewnie za tobą szaleją, co? Może kupisz różyczkę dla tej szczęściary, z którą właśnie idziesz się spotkać!? – Krzyczy stara baba z naręczem czerwonych róż, pokazując przy tym, że z całego garnituru uzębienia ostały jej się już tylko górna „jedynka” i dolna „trójka”. Tycjan ją ignoruje. Idzie przed siebie z wzrokiem wbitym w pokryty lodowatą breją chodnik.
-To, co się dzieje w metrze, jest nie do przyjęcia. Tłum ubranych w nigdy nie prane kurtki i płaszcze ludzi, ciśnie się w metalowej puszce, która pełznie niewiele szybciej niż autobus… Tyle tylko, że nie staje na światłach. Wszyscy kaszlą, charczą, kichają i pierdzą… a wentylacji żadnej. Człowiek później wysiada i cały poranny wysiłek, jaki włożył w to, by dobrze wyglądać i ładnie pachnieć, idzie w chuj. Żałuję trochę, że prawa jazdy nie zrobiłem. Właściwie to bez różnicy- parkowanie w mieście drogie, paliwo drogie- równie dobrze mógłbym jeździć taksówką… ale wtedy stałbym w korkach. – Mówi Tycjan lepiąc jednocześnie sporych rozmiarów śnieżkę.
-Ludzie to zwierzęta- stwierdza Zosia.
-Nie obrażaj zwierząt.- odpowiada piwnooki chłopak.
-Racja.- Przyznaje dziewczyna, po czym zapada cisza.
Mickiewicz w białej czapie patrzy z neoklasycystycznego cokołu kamiennym wzrokiem w kierunku Starego Miasta, w kierunku Kolumny Zygmunta i budy z kebabem. Tycjan z całej siły ciska śnieżką w pomnik. Kula rozbryzguje się na twarzy wieszcza, częściowo przyklejając się do nosa i lewego policzka. „Wy- romantycy byliście do dupy! Nieszczęśliwa miłość wcale nie jest fajna! Jeszcze chętniej przyjebałbym Goethemu za Wertera ale akurat ty, dupku, byłeś pod ręką! Masz dziś, kurwa, pecha!”- Wrzeszczy Tycjan.
Jutro zapewne znów go zobaczę w kawiarni ze znajomymi- samego. Tycjan Gardzi Werterem… ale też ma Weltschmerz…
Moi dwaj najlepsi kumple
Moi dwaj najlepsi kumple, Rozenkranc i Gildenstern, lubią sobie wypić. Ja też lubię. Często się spotykamy niby to „żeby pogadać”, a tak naprawdę wiemy wszyscy, że chodzi o piweczka, wódeczki, likierki- butelki, szklaneczki, kieliszki i miło spędzone chwileczki, podczas których moglibyśmy milczeć, ale gadamy- bo jak się rozmawia to się wolniej pije i flaszeczka starcza na dłużej. Rozmawiamy o sprawach poważnych- zwykle o życiu, śmierci i imprezkach, na które chodzimy żeby sobie popić przy głośnej muzyce- nie trzeba wtedy za dużo rozmawiać ale napoje są znacznie droższe niż w sklepiczku naszym osiedlowym, dlatego starczają na jeszcze dłużej. Rozenkranc mówi zawsze, że poeci to pedały a Gildenstern, jak usłyszy to po kilku głębszych, zaczyna płakać- bo pisze jakieś wiersze „do szuflady” i liczy ciągle, że go za to będziemy podziwiać. No ale jak my go mamy podziwiać, skoro nie daje nam nic przeczytać? Rozenkranc przeprasza i polewa Gildensternowi. Ja też przepraszam- ich obu- polewam sobie i chętnie polałbym też Shakespeare-owi.. ale akurat on z nami nie pije… bo nie żyje.
I część większej całości + przedmowa pt. “Bezpłodność”
Miałem napisać opowiadanie. Miałem… Kilka osób mnie pochwaliło za poprzednie. Głupia sytuacja- ktoś cię chwali a ty nie wiesz jak się wykręcić, kiedy pyta o kolejne. Nie masz argumentów. Zdajesz sobie sprawę, że wcale nie byłeś ostatnio niczym konkretnym zajęty- przeglądałeś głupie strony w internecie, godzinami przesiadywałeś na Facebooku, w weekendy się uchlewałeś a potem odsypiałeś przez cały następny dzień. Kilka razy nawet próbowałeś coś spłodzić ale nie szło. Przepity i niewyspany nie potrafiłeś sklecić poprawnego zdania. Nawet jak już miałeś jakiś pomysł to nie umiałeś zwerbalizować myśli. Kiedy zaś pisanie szło łatwo, pieprzyłeś bez pointy. „To tylko pierdolony blog”- myślałeś- „Nic się nie stanie jak nie napiszę. Gdyby mi za to płacili to pewnie byłbym bardziej kreatywny”. Ile razy stawiałeś ostatnią kropkę z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym, nazajutrz czytałeś całość i wkurwiony trzaskałeś laptopem krzycząc „gówno, gówno, gówno”? Dużo, co? Dużo razy. Może stawiałeś sobie zbyt wysokie wymagania? Może wystarczyło wypisać kilka dziwacznych zdań, jedno pod drugim i obwieścić światu, że to poezja- taka nowoczesna, trochę ekscentryczna, coś jak Bukowski. O, coś takiego:
Syreny nie mają serc
Ocean płonie
Zakwitły czerwone maki
Jak zakwitli ci młodzi,
Którzy już nigdy nie wrócą do Łodzi
Może trzeba było postawić samą kropkę? O, taką. Nowoczesny minimalizm. Gdybyś miał znane nazwisko to krytycy przypisaliby twojej kropce cały należny jej bagaż znaczeń. Tylko, że te znaczenia ma każda kropka, niezależnie od tego kto ją stawia. Miałem napisać opowiadanie:
To jest I część większej całości (zawsze tak mówię, jak nie mam pomysłu na zakończenie):
I
-To nie do pomyślenia, że w tej knajpie jedyną jadalną rzeczą jest tagliatelle carbonara. Stołuję się tu od miesiąca i już rzygam kluskami z boczkiem.- Powiedział krzywiąc się z niesmakiem pan O’Hare po czym zwilżył usta wątpliwej jakości chianti.
-Może pójdziemy zjeść gdzie indziej?- Zaproponował chłopiec.
-Nie ma tu gdzie iść. Cała ta dziura składa się z kilku domów, kościoła, speluny dla miejscowych i tego hotelu. Jesteśmy skazani na tagliatelle carbonara… I jeszcze na ten toskański sikacz.- Odpowiedział O’Hare, po czym ponownie zwilżył wargi winem i, znów krzywiąc się, włożył do ust kilka złocistych wstążek z listkiem bazylii.
-To może sprawdzimy spelunę dla miejscowych?- Rzekł chłopiec nalewając sobie lampkę wina.- Tam może być lepsze jedzenie. Można porozmawiać z ludźmi, poznać kogoś.
-Umiesz po włosku?- zapytał z lekkim ironicznym uśmiechem starszy mężczyzna.
-Trochę.
-W takim razie nie musimy nigdzie iść.-Odparł i skinął na wysokiego chudego kelnera, który ospale, jakby od niechcenia poprawił muszkę i ruszył w stronę stolika, przy którym zasiadali rozmówcy.- Powiedz mu po włosku, że chciałbym zjeść sznycel i napić się ciemnego piwa.
Chłopiec opróżnił jednym haustem kieliszek, odchrząknął kilka razy, wstał od stolika i wyszedł naprzeciwko kelnerowi. Stanęli na środku pustej sali i przez dobre dziesięć minut rozmawiali . Kelner wyglądał na rozbawionego czymś, co opowiedział mu młodzieniec. Wyjął z kieszeni długopis i kartkę, na której pospiesznie coś zapisał i wręczył ów świstek młodemu gościowi. Następnie szybkim krokiem oddalił się w kierunku kuchni.
-O czym tak sobie wesoło gawędziliście- spytał pan O’Hare. W jego głosie można było wyczuć rozdrażnienie.
-Kelner ma na imię Fabrizio i pracuje tu od miesiąca. Jest sam, bo na zimę cały personel przenosi się do górskich kurortów, gdzie jest pełno turystów i wysokie napiwki. Pracował wcześniej jako pikolak w Metropole Suisse w Como ale go wylali bo nie zna angielskiego ani niemieckiego. Pytał co robimy w środkowych Włoszech w styczniu, kiedy powinniśmy jeździć na nartach, jak wszyscy cudzoziemcy. Myślał, że tagliatelle panu smakuje. Na sznycel będzie trzeba poczekać kilka godzin, aż rozmrozi się mięso. Z piw mają tylko Peroni. Dał mi kartkę z adresem lokalnego burdelu i imieniem dziewczyny, którą poleca… O, proszę… Francesca. Radził iść do niej późnym popołudniem bo wieczorem będzie tam pełno pijanych miejscowych.
-Powiedziałeś mu po co tu przyjechaliśmy?
-Powiedziałem, że… służbowo.- rzekł chłopiec i uśmiechnął się obnażając garnitur krzywych, żółtawych od kawy i papierosów bez filtra, zębów.
Po kilku minutach kelner znów się zjawił, poprawił muszkę i podszedłszy niepewnym krokiem do stolika wyrecytował po angielsku, najwyraźniej wyuczoną na pamięć formułkę: „Panie O’Hare, telefon do pana. Dzwoni signore Hamilton. Połączenie międzynarodowe na pański koszt.” Mężczyzna wstał i ruszył szybkim krokiem w kierunku recepcji.
Głos w słuchawce: Witaj, Timothy.
Timothy O’Hare: Cześć Henry.
Henry Hamilton: Jak idą poszukiwania? Czy znalazłeś już właściwe miejsce? Od roku siedzisz w Europie na mój koszt! Od trzech miesięcy siedzisz we Włoszech! Od miesiąca tkwisz w tej zapyziałej dziurze! Jak tak dalej pójdzie…
Timothy O’Hare: Spokojnie, Henry…
Henry Hamilton: Nie przerywaj mi! Jak tak dalej pójdzie to nici z całego planu!
Timothy O’Hare: Już znalazłem. Miałem do ciebie dzwonić zaraz po obiedzie, który, nawiasem mówiąc, mi przerwałeś.
Henry Hamilton: Będę tam za trzy dni. Panna James przyjedzie jak tylko skończy pracę przy operetce w Paryżu, czyli najpóźniej pod koniec przyszłego tygodnia. Ekipa ze sprzętem powinna dotrzeć w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Zarezerwuj wszystkim pokoje w hotelu. Jak się sprawuje nowy asystent?
Timothy O’Hare: Właśnie odkryłem, że umie po włosku. Przyda się. Dziewczyna z Serbii była do bani. Nie miała siły nosić za mną aparatury i stale marudziła. Odprawiłem ją tydzień temu. Dałem jej czterysta dolarów na powrót do domu i jeszcze dwieście za dyskrecję.
Henry Hamilton: Dobrze. Przygotuj wszystko.
Timothy O’Hare: Wszystko będzie gotowe, bez obaw.
W pewnym lokalu na M przy ulicy na N w mieście na W, w kraju na P, lub każdym innym. W sumie to możecie sobie sami podstawić literki. W sumie to tytuł stanowi prawie połowę całości.
Siedzimy przy stole naprzeciwko siebie. Ona trzyma rewolwer, ja trzymam folder reklamowy Castoramy. Ona we mnie celuje, ja zasłaniam twarz kolorową broszurą i próbuję nauczyć się na pamięć cen oraz opisów wszystkich dostępnych wiertarek, wycinarek, odkurzaczy do liści, kafelków, tynków, sylikonów, umywalek, kabin prysznicowych. Ona krzyczy, że zrujnowałem jej życie, ja milczę i myślę o materiałach budowlanych, próbuję policzyć ile kosztowałoby wyłożenie mojej łazienki płytkami w kolorze Morza Śródziemnego. Co to w ogóle za kolor? Po co właściwie przeglądam ten katalog? Przecież szczytem moich możliwości jest wymiana baterii w kranie. Rewolwer wypala. Rozpędzony kawałek ołowiu trafia mnie w tchawicę. Jest dużo krwi. Fotel rattanowy- 120,99 zł.
a więc
w gruncie
.
rzeczy przejebane
Monument (dedykowane Horacemu)
-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.
Dziura/Kartka/Kartka z dziurą
To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…
Szarlotka z gałką lodów waniliowych
Dzień był upalny. To jeden z tych dni, które następują nazajutrz po tym jak w rozmowie z sąsiadką w windzie stwierdzamy, że fala upałów na pewno lada moment się skończy. Tymczasem kolejne dni przynoszą jeszcze wyższe temperatury, horyzont wibruje i faluje a niebieska ciecz w termometrach nie wie już czy ma się rozszerzać, czy kurczyć więc na przemian wskazuje dziesięć i czterdzieści stopni. Dochodziła czternasta. Kwadrans po byłem umówiony z Tobiaszem w niewielkiej kawiarence na tyłach ulicy Chmielnej. Twierdził, że miał mi coś bardzo ważnego do powiedzenia ale z góry wiedziałem, że po prostu chciał sobie pogadać. Dotarłszy na miejsce poprosiłem kelnerkę o gazetę i popielniczkę, zamówiłem wodę z lodem i cytryną, dużą czarną i kawałek szarlotki z gałką lodów waniliowych- dokładnie w tej kolejności. Nieźle, co? Dostałem Wyborczą- w sumie jakieś dziesięć stron tekstów i kilka metrów kwadratowych reklam. Artykuły w większości o kryzysie, świńskiej grypie i pierdołach; reklamy zachęcające do otwarcia konta w jakimś banku albo zapisania się do OFE. „Nuda”- burknąłem pod nosem i łyknąłem trochę wody. Spóźniony o jakieś dziesięć minut zjawił się mój rozmówca. Jak zwykle nienagannie ubrany, we fiołkowej koszuli z rumiankowym krawatem zawiązanym na perfekcyjny wenecki.
-Ładny zwis.- Powiedziałem tonem mającym zasygnalizować niezadowolenie ze spóźnienia. Rzadko dziś używane słowo „zwis” miało to podkreślić.
-Dzięki, dostałem od Klary z okazji… z jakiejś tam okazji.- Odparł z zadowoleniem Tobiasz, jakby w ogóle nie wyczuł pretensji w mej intonacji, jakbym zupełnie spieprzył ten zabieg melodyczno- leksykalny.
-To miło.
-Tak.- roześmiał się poprawiając i tak już idealnie „wyrzeźbiony” węzeł.- Cholernie miło. Zawsze lepsze to niż skarpety, prawda? Albo piżama.
-Tak. Chciałeś mi coś powiedzieć.
-Za moment. Najpierw zamówię.- powiedział i skinął lekko głową w stronę kelnerki. Kiedy podeszła z kartą, uśmiech po raz kolejny rozjaśnił jego twarz.- Poproszę wino, białe, to znaczy jedną lampkę. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi gdyby było dobrze schłodzone. Dziękuję!- „Najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi z powodu niskiej temperatury kiepskiego wina”- trąca tandetą ale lubię jego styl, mimo wszystko.
-O czym chciałeś pogadać?
-Strasznie gorąco.- odkrywczo stwierdził, jakby w ogóle nie usłyszał mojego pytania.- Zeszłe lato nie było takie gorące.
-Nie pamiętam jakie było zeszłe lato. Można to sprawdzić. Pewnie jest prowadzony jakiś zapis, statystyka. O czym chciałeś pogadać?- Zapytałem po raz kolejny udając, że wcale tego pytania nie zadałem chwilę wcześniej (znów melodyka miała na to wskazać; niedomówienia to mój ulubiony środek pokazywania innym jaki jestem wyrafinowany i subtelny).
-Dokonałem odkrycia i chciałem się tym z tobą podzielić.
-Na jakiej płaszczyźnie?
-Towarzyskiej.
-Odkrycie jest z płaszczyzny towarzyskiej, tak?
-Nieee, to znaczy, w pewnym sensie tak, ale chodziło mi o to, że dzielę się nim z tobą na płaszczyźnie towarzyskiej.
-Nie pracujemy razem, trudno byś dzielił się na zawodowej. Co to za odkrycie?- Zauważyłem błyskotliwie.
-Orgazm. Chodzi o orgazm u kobiet.
-Zapowiada się ciekawie. Co z nim? Z tym orgazmem. Odkryłeś, że istnieje? Trochę późno.
-Wyobraź sobie, że coś takiego w ogóle nie istnieje!
-Ciekawa hipoteza…
-Słuchaj. Ogólnie wiadomo, że kobiety potrafią udawać orgazm i jest to nie do odróżnienia. Tak sobie pomyślałem, że nie ma czego odróżniać. U nas widać orgazm, znaczy ejakulację, no… wytrysk. U nich nie widać.
-Aha, w związku z tym doszedłeś do wniosku, że skoro czegoś nie widać to nie istnieje, tak?
-Nie. Nie do końca w ten sposób.
-To w jaki?
-W Biblii jest Onan, nie ma Onany.
-Ponieważ w Biblii nie ma masturbujących się kobiet, nie mają one czegoś takiego jak orgazm?
-Nie dostrzegasz głębi. Nie tylko nie ma w Biblii, w ogóle mało się o tym mówiło w przeszłości.
-To wina patriarchatu.
-Sratriarchatu. Moim zdaniem kobiety zazdroszczą nam wytrysku więc wymyśliły, że mają coś takiego jak orgazm, są w zmowie i udają. Żaby nas pogrążyć zadbały o to abyśmy wiedzieli, iż może być on udawany. Przez to facet nigdy nie może być pewien czy jest naprawdę dobry w łóżku. Myślisz, że jesteś wcieleniem Erosa a jak ze sobą zrywacie dowiadujesz się, że orgazmy były udawane!- Wykrzyczał ostatnie zdanie tak, że ludzie przy sąsiednich stolikach zmierzyli nas wzrokiem z dezaprobatą po czym jednym haustem osuszył kieliszek.
-Aha. Udają abyśmy czuli się gorsi, prości. W cumshocie brak subtelności i niedomówień.- Odparłem lekceważąco (autoironia).
-Coś w tym stylu. Ponieważ mamy coś, czego one nie mają, tę naturalną zdolność, postanowiły ją zdewaluować. Założę się, że gdybyś był kobietą, chciałbyś mieć wytrysk.
-Niektóre mają coś w tym stylu. Widziałem w pornosie.
-Tajskie kurwy potrafią strzelać z cipki korkiem od szampana. To tylko wyuczony skill. Taka pokazówka praktykowana przez największe zazdrośnice.
-Klara też udaje?
-Odpierdol się od Klary!
-Ładny zwis. Twoja dziewczyna jest jedyną kobietą na świecie, która doświadcza rzeczywistego orgazmu, tak? To pewnie za sprawą twoich „skillsów”?
-Nic nie rozumiesz. Jedz szarlotkę bo wystygnie.
-Jest prosto z lodówki, ma być zimna.
-To jedz szybko, bo się nazbyt ogrzeje. Wracam do roboty. Miło było. Przemyśl to, co ci powiedziałem.- rzucił wstając od stolika i kładąc na blacie trzydzieści złotych.
Kiedy odszedł, posiedziałem jeszcze chwilę gapiąc się na topniejącą gałkę lodów. Wypaliłem dwa papierosy próbując „wymyślić” sobie orgazm. W końcu, jeśli kobiety to potrafią, to dlaczego mi miałoby się nie udać? Dzień był naprawdę upalny.
Matrioszka
Ostatnio pisałem z nudów.
Wyszło tak:
Po tym co działo się dzień wcześniej, a właściwie poprzedniej nocy, nie czułem się najlepiej. Zaparzyłem sobie kawę, nalałem kieliszek Cointreau i usiadłem do sobotnio- niedzielnej gazety. Poranne słońce wlewało się do pokoju niosąc jakby malutkie kawałki szafirowego nieba i rozrzucając je po szklanych przedmiotach, które, choć dawno nie polerowane, na moment przypomniały o swym dawnym blasku. Prasa, jak zwykle, próbowała zepsuć mi humor smutnymi informacjami i sugestiami, że wszyscy Polacy skończą pod mostem. Złożyłem szarą płachtę przez pół i rzuciłem w kąt pokoju, na wysoką stertę innych szarych płacht, które chciały mnie zdenerwować w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wymyślając szeptem Michnika, Wildsteina, Żakowskiego i innych Ziemkiewiczów, rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu komórkowego. Robię to z przyzwyczajenia- i tak nikt do mnie nie pisze a rzadko kto dzwoni ale miałem cichą nadzieję, że może chociaż operator chciał zaproponować mi udział w konkursie z samochodem do wygrania, albo jakieś darmowe dzwonki z telewizji muzycznej, której nie oglądam od kilku lat. Nic z tego. Koniec końców, dowiedziałem się przynajmniej, która godzina. Była jedenasta. Wypiłem likier, wziąłem kilka łyków kawy i podrapałem się po jajach. „Już czas!”- pomyślałem sięgając po zatłuszczonego i zakurzonego laptopa z naklejkami „Wolny Tybet” i „Farel Gott”. Gwoli ścisłości, mam w dupie górskie prowincje Chin a rzeczonej kapeli rockandrollowej w życiu nie słyszałem ale nadużywanie alkoholu w towarzystwie nieznajomych czasem wzbogaca wystrój mieszkania o nowe gadżety. W każdym razie, odpaliłem edytor tekstów z zamiarem napisania jakiegoś niezbyt długiego opowiadania z błyskotliwą pointą, w stylu młodego Trumana Capote albo wczesnego Kereta… Albo Oza, niezależnie od okresu twórczego. Miałem w głowie szkic tej krótkiej formy, miałem już nawet niektóre detale… szkoda tylko, że to było jak kładłem się spać i o poranku już nic nie pamiętałem. „Znowu, kurwa, to samo”- powiedziałem półgłosem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy- ktoś, kto wcześniej podsłuchiwał moje myśli i wiedział doskonale, co jest przyczyną złości. „Ty myślisz, że kim jesteś?”- rozległo się nagle pytanie, wypowiedziane głosem trochę podobnym do mojego, gdzieś spomiędzy półkul mózgowych, kawałek za zatokami czołowymi- „Literat się znalazł!”. Nalałem jeszcze jeden kieliszek tripple sec’a dla bogatych i dopiłem letnią już kawę. Poprawiłem kąt nachylenia ekranu i zacząłem klepać w czarne płytkie klawisze. Wyszło tak:
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w nieznanym mi mieszkaniu. Przydługie niebieskie zasłony opadały na tanią szarą wykładzinę tworząc coś, co przy odrobinie wyobraźni można by określić jako zbocze góry lodowej wystającej ponad powierzchnię brudnego od ropy naftowej oceanu. Przez szparę między płachtami błękitnej materii wdzierały się do pokoju rażące promienie porannego słońca. Obok spała umiarkowanie ładna brunetka a na podłodze walały się różne części naszej garderoby i puste butelki po parszywej whisky z czerwoną etykietą. Uznałem, że nie ma sensu się żegnać, skoro i tak nie pamiętałem powitania. Ubrałem się i wyszedłem. Klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Była taka duża, chłodna i pachniała geranium, które rosło w doniczkach na parapetach. Marzyłem o małej buteleczce zimnego piwa, zaś ciążący w tylnej kieszeni dżinsów portfel sugerował, że mam wystarczająco dużo bilonu by sobie na takowe pozwolić. Na ulicy było jasno, gorąco, duszno i śmierdziało knajpianym zapleczem. Sznur samochodów pełzł niby wielka, ociężała mechaniczna glista. Znalazłem w kieszeni mocno sfatygowaną paczkę Davidoffów, wydobyłem z niej ostatniego, pogniecionego papierosa i oparłszy się o elewację- zapaliłem. Smakował jak Café au lait z cukrem waniliowym. Przyjemne były tylko pierwsze trzy machy. Przy czwartym poczułem, że moja ślina przypomina w konsystencji ekologiczny klej do papieru. Rzuciłem niedopałek na chodnik, przydeptałem i ruszyłem w kierunku, w którym idąc kilka minut szybkim krokiem, jak podpowiadała mi intuicja, powinienem znaleźć sklep spożywczy i stację metra. Nie zawiodła mnie. Pod sklepem policzyłem bilon. Miałem dokładnie dwanaście złotych i sześćdziesiąt siedem groszy, co oznaczało, że poza małym piwkiem stać mnie było na nową paczkę papierosów. I tak nie miałem ochoty palić ale zdałem się sobie niezwykle bystry przewidując, iż za godzinę- półtorej może najść mnie chęć na odrobinę rakotwórczego dymu. Piwa nie wypiłem od razu. Przecież dżentelmenowi nie przystoi wlewać w siebie alkoholu pod sklepem… przynajmniej nie w biały dzień. Uwielbiam warszawskie metro. To nam się udało! Mamy jedną linię, ale za to jaką?! To bez wątpienia najczystsze metro w Europie. Gdy czekałem na pociąg, zadzwonił telefon. Wyświetliło się, że kumpel, z którym minionej nocy poszedłem na imprezę, pragnął się ze mną porozumieć. Rozłączyłem go. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń, za to ani jednej wiadomości na poczcie głosowej. Gdyby chodziło o coś ważnego, nagraliby się. Dotarłszy na peryferia, gdzie zamieszkuję- na wielkie osiedle z klocków Duplo- znalazłem ławeczkę w cieniu. Piwko było wyborne. W domu wziąłem prysznic, założyłem czyste ubranie i napiłem się wody z cytryną. Mniej więcej od tego momentu zaczęło się to, co naprawdę istotne w niniejszej historii.
Dostałem maila od koleżanki- byłej dziewczyny jednego znajomego, który wyjechał do Holandii na truskawki dwa lata temu a dziś jest ścigany przez tamtejszą policję za rozboje i wymuszenia. Napisała, że Zaratustra właśnie idzie po linie rozpiętej nad przepaścią człowieczeństwa i jeśli nie zorganizuję jej (koleżance) szybko funduszy na bilet powrotny z Bombaju do Warszawy to straci równowagę i w ową przepaść spadnie. Nie bardzo zrozumiałem, czy spadnie ona, czy Zaratustra, w każdym razie wiadomość epatowała dramatyzmem i poruszyła mnie- mam słabość do Nietzschego. Gdyby dziwnym trafem zadzwonił wówczas do mnie mówiący po angielsku z walijskim akcentem prawnik informując, że jestem ostatnim spadkobiercą jakiejś fortuny ulokowanej w gruntach i nieruchomościach na Wyspach oraz złocie w okolicach Zurychu to bez namysłu wysłałbym koleżance kwotę wystarczającą by mogła sobie wrócić Lufthansą w I klasie. Przez chwilę słyszałem już nawet dzwonek telefonu ale okazało się, że to tylko u mnie w głowie. Trzeba było jakoś pomóc. Finansowa pustka to nic. Trzeba być zaradnym. Odpisałem jej. Wyszło tak:
Kurt to był człowiek! Mieszkał naprzeciwko. Zawsze nienagannie ubrany, ogolony, spryskany wodą toaletową o świeżym, przywołującym na myśl zakłady farmaceutyczne, zapachu. Mimo to, nie wyglądał zdrowo; był stale blady, z zielonkawymi worami pod przekrwionymi oczami. Poznaliśmy się przypadkiem którejś zimy. Wracałem z jakiejś imprezy, byłem kompletnie pijany i zapragnąłem zapalić papierosa. Moje się skończyły, byłem spłukany. Dał mi jednego. Ten to miał gest. Umarł na raka płuc w zeszłym roku. Ja nie mam papierosów ale gdybym miał to bym Ci z chęcią dał jednego- dwa. Po naszemu- nie wiem skąd wziąć pieniądze na bilet powrotny dla Zaratustry ale zapytaj w ambasadzie, tylko nie niemieckiej- w naszej- Polandzkiej. Podobno finansują powroty niezaradnym owieczkom, które zanadto oddaliły się od stadka. Nie miej do mnie żalu. Domyślam się, że spodziewałaś się innej odpowiedzi ale Kurt umarł bo dał mi papierosa i boję się, iż większe z mej strony zaangażowanie może również się odbić na moim zdrowiu- jak gest Kurta na jego.
Opróżniłem kieliszek i zapaliłem ohydną wiśniową cygaretkę. Przeleciałem wzrokiem po powyższym tekście szukając typowych dla mnie błędów ortograficznych, stylistycznych i literówek. Nic rażącego nie znalazłem- może dlatego, że język ojczysty nigdy nie był moją mocną stroną. Na bezesemesowym wyświetlaczu pojawiła się 12.00. „No, kurwa.”- mruknąłem z samozachwytem- „Objętościowo, całkiem nieźle.” Wstałem od stołu, wygrzebałem ze sterty w rogu Duży Format i poszedłem do kibla. „Znowu dałeś dupy!”- wykrzyknął głos zza zatok czołowych. Chyba miał rację- znów nici z błyskotliwego zakończenia.
“Kalendarz adwentowy” (pierwotnie “Cztery koty w pralce z programem PŁUKANIE i WIROWANIE”)
Ernest:
Trudno umiejscowić w czasie ten moment… chodzi mi okres, w którym z chłopców staliśmy się młodymi mężczyznami. Nie ma zresztą większej różnicy- po prostu zamiast urwanych filmów pojawiły się całkiem dobrze skonstruowane retrospekcje, będące podłożem do kaców moralnych a „głupie cipy” wyparte zostały przez dziewczyny, które potencjalnie mogłyby zostać matkami naszych dzieci. Wszystko to jest kwestią podejścia, bo przecież twarze i miejsca nie zmieniły się z dnia na dzień. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień kiedy po raz pierwszy ktoś powiedział do mnie „proszę pana”. Jaki tam „pan”? Byłem wówczas gnojkiem niezdającym sobie sprawy, że tuż za rogiem czai się największe niebezpieczeństwo- dorosłe życie. Oczekiwania, nadzieje, wizje. Wszystko to rozjebaliśmy w kilka wieczorów jak wódkę rodziców dobrze ukrytą na dnie zamrażalnika. Każdy poszedł na mniej lub bardziej prestiżowe studia żeby zarobić w przyszłości pieniądze na nowe, drogie buty, mieszkanie w eleganckiej lub artystycznej dzielnicy i wino, którego nie będzie wstyd odłożyć do leżakowania . Wszystko to przeleciało jakby w jedną sekundę. Jesteś tu, pstryk, jesteś tam, pstryk- jesteś tu. Czasem udajemy, że nic się nie zmieniło- pijemy Wyborową w parku ćmiąc Davidoffy i cytujemy sobie z uśmiechem kawałki Molesty. Na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut wracamy do szczeniactwa i jest dobrze. Jest zajebiście. Wszystko, co dla psychiki stanowi balast ląduje na ziemi- gdzieś daleko pod gondolą naszego balonu. Ziemia jest dla frajerów, którym brak wolności umysłu, dla nudnych ćwoków, którzy rozpijają ciepłą Ludową pod letnią herbatę marki Aro na przegotowanej kranówce żeby odłożyć na trzydziestoletnie BMW z Austrii i rozmawiają przy tym o alufelgach, w najlepszym wypadku o szesnastoletnich dziewczynach swoich trzydziestoparoletnich kumpli, które właśnie są w ósmym miesiącu ciąży.
-Nie ma Boga
-Nie ma.
-Skoro nie ma Boga to po chuj to wszystko?
-Dla żartu.
-Dla żartu? To kiepski żart.
Prowadzimy dyskusje na tematy tak kurewsko górnolotne, że żaden Sputnik nam nie zawadzi a w gruncie rzeczy gówno wiemy. No, ale jak pewne opinie wygłasza osoba w szmatach wartych tyle, co mały samochód miejski składany przez producenta zegarków to nie brzmią one tak marnie jak w ustach „chama” w beżowym swetrze, w przykrótkich jeansach i obuwiu „Adidadidada”.
Najczęściej rozmawiamy o życiu albo swoich małych sukcesach. Egzystencjalizm albo przechwalstwo. Dość wąsko. Jeszcze pogarda. Pogardzamy wszystkimi, nikogo nie oszczędzamy, każdy jest „gorszy”, na każdego się coś znajdzie.
Diana:
Czasem myślę, że świat jest jak mieszanka Kubina z Gigerem podana w popartowym, warholowskim opakowaniu. Mam też dni, kiedy zdaje się on być post-punkową, radioaktywną pustynią usianą opuszczonymi betonowymi miastami z zarzyganymi jednoperonowymi stacyjkami kolejowymi. Leżę na designerskiej sofie jedną ręką paląc jointa, drugą głaszcząc po pośladkach moją przyjaciółkę i myślę o tym jak Dżem przemierza białym starym busem szosy Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w latach siedemdziesiątych. Idealny relaks po wernisażu.
Andrzej:
Mam mocny kręgosłup moralny. To religia. Gdyby nie Chrystus… to nie wiem gdzie bym teraz był. Nie wiem też gdzie podzieje się to biedne stracone pokolenie ludzi bez żadnej wiary, bez żadnego katalogu reguł, których się po prostu nie łamie. Nie jestem zabobonny ani głupi. Nie wierzę w dziadka z brodą. Bóg jest dla mnie czymś bezkształtnym i niepojętym… ale wiem, że jest… i że każdego wysłucha… i że nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko jest częścią jakiegoś porządku znanego tylko Najwyższemu. Znajomi często próbują ze mnie nieudolnie szydzić. Opowiadają o tacy w kościele i o księżach jeżdżących Audi Q7 na dziwki. Ludzie są ludźmi. Do kościoła nie chodzi się dla ludzi tylko dla Boga.
Mateusz:
Przeczytałem te twoje grafomańskie wypociny. Niestrawne jak zawsze. Gdyby Andrzeja spotkał jakiś prawdziwy życiowy dramat to najpewniej zacząłby gadać, że Bóg się od niego odwrócił, albo coś w tym stylu. Religia jest jak opaska, którą ludzie dobrowolnie wiążą sobie na oczach i oddają lejce swego życia w ręce bandy prawiczków w sutannach. Diana jest zwykłą przylansowaną głupią cipą, udającą, że zna się na sztuce a Ernest jest pozornie przeintelektualizowany. Pozornie! Bo tak naprawdę cała jego kwestia jest plwociną bez ładu i składu. A ty? Ty jesteś po trochu nimi wszystkimi… i mną też. Ludzie, którzy teraz to czytają dla zabicia czasu, jako odskocznię od nauki albo ze zwykłej ciekawości, cóż takiego ma do powiedzenia ten zabawny człowieczek, który upija się jak ostatnia świnia, też składają się z pierwiastków Ernesta, Diany, Andrzeja i mnie. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Życie jest jak pudełko czekoladek wypchane gównem- zawsze trafia się to samo tylko w różnych kształtach, zależnie od formy przegródki.