Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum kategorii ‘Uncategorized

W pewnym lokalu na M przy ulicy na N w mieście na W, w kraju na P, lub każdym innym. W sumie to możecie sobie sami podstawić literki. W sumie to tytuł stanowi prawie połowę całości.

z 3 komentarzami

Siedzimy przy stole naprzeciwko siebie. Ona trzyma rewolwer, ja trzymam folder reklamowy Castoramy. Ona we mnie celuje, ja zasłaniam twarz kolorową broszurą i próbuję nauczyć się na pamięć cen oraz opisów wszystkich dostępnych wiertarek, wycinarek, odkurzaczy do liści, kafelków, tynków, sylikonów, umywalek, kabin prysznicowych. Ona krzyczy, że zrujnowałem jej życie, ja milczę i myślę o materiałach budowlanych, próbuję policzyć ile kosztowałoby wyłożenie mojej łazienki płytkami w kolorze Morza Śródziemnego. Co to w ogóle za kolor? Po co właściwie przeglądam ten katalog? Przecież szczytem moich możliwości jest wymiana baterii w kranie. Rewolwer wypala. Rozpędzony kawałek ołowiu trafia mnie w tchawicę. Jest dużo krwi. Fotel rattanowy- 120,99 zł.

Written by olgbor

październik 5, 2009 at 3:04 pm

Napisane w Uncategorized

a więc

z 5 komentarzami

w gruncie
.
rzeczy przejebane

Written by olgbor

sierpień 25, 2009 at 12:31 pm

Napisane w Uncategorized

Monument (dedykowane Horacemu)

z jednym komentarzem

-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.

Written by olgbor

sierpień 23, 2009 at 11:26 am

Napisane w Fikcja, osobiste

Dziura/Kartka/Kartka z dziurą

z 2 komentarzami

To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…

Written by olgbor

sierpień 21, 2009 at 2:56 pm

Szarlotka z gałką lodów waniliowych

z jednym komentarzem

Dzień był upalny. To jeden z tych dni, które następują nazajutrz po tym jak w rozmowie z sąsiadką w windzie stwierdzamy, że fala upałów na pewno lada moment się skończy. Tymczasem kolejne dni przynoszą jeszcze wyższe temperatury, horyzont wibruje i faluje a niebieska ciecz w termometrach nie wie już czy ma się rozszerzać, czy kurczyć więc na przemian wskazuje dziesięć i czterdzieści stopni. Dochodziła czternasta. Kwadrans po byłem umówiony z Tobiaszem w niewielkiej kawiarence na tyłach ulicy Chmielnej. Twierdził, że miał mi coś bardzo ważnego do powiedzenia ale z góry wiedziałem, że po prostu chciał sobie pogadać. Dotarłszy na miejsce poprosiłem kelnerkę o gazetę i popielniczkę, zamówiłem wodę z lodem i cytryną, dużą czarną i kawałek szarlotki z gałką lodów waniliowych- dokładnie w tej kolejności. Nieźle, co? Dostałem Wyborczą- w sumie jakieś dziesięć stron tekstów i kilka metrów kwadratowych reklam. Artykuły w większości o kryzysie, świńskiej grypie i pierdołach; reklamy zachęcające do otwarcia konta w jakimś banku albo zapisania się do OFE. „Nuda”- burknąłem pod nosem i łyknąłem trochę wody. Spóźniony o jakieś dziesięć minut zjawił się mój rozmówca. Jak zwykle nienagannie ubrany, we fiołkowej koszuli z rumiankowym krawatem zawiązanym na perfekcyjny wenecki.
-Ładny zwis.- Powiedziałem tonem mającym zasygnalizować niezadowolenie ze spóźnienia. Rzadko dziś używane słowo „zwis” miało to podkreślić.
-Dzięki, dostałem od Klary z okazji… z jakiejś tam okazji.- Odparł z zadowoleniem Tobiasz, jakby w ogóle nie wyczuł pretensji w mej intonacji, jakbym zupełnie spieprzył ten zabieg melodyczno- leksykalny.
-To miło.
-Tak.- roześmiał się poprawiając i tak już idealnie „wyrzeźbiony” węzeł.- Cholernie miło. Zawsze lepsze to niż skarpety, prawda? Albo piżama.
-Tak. Chciałeś mi coś powiedzieć.
-Za moment. Najpierw zamówię.- powiedział i skinął lekko głową w stronę kelnerki. Kiedy podeszła z kartą, uśmiech po raz kolejny rozjaśnił jego twarz.- Poproszę wino, białe, to znaczy jedną lampkę. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi gdyby było dobrze schłodzone. Dziękuję!- „Najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi z powodu niskiej temperatury kiepskiego wina”- trąca tandetą ale lubię jego styl, mimo wszystko.
-O czym chciałeś pogadać?
-Strasznie gorąco.- odkrywczo stwierdził, jakby w ogóle nie usłyszał mojego pytania.- Zeszłe lato nie było takie gorące.
-Nie pamiętam jakie było zeszłe lato. Można to sprawdzić. Pewnie jest prowadzony jakiś zapis, statystyka. O czym chciałeś pogadać?- Zapytałem po raz kolejny udając, że wcale tego pytania nie zadałem chwilę wcześniej (znów melodyka miała na to wskazać; niedomówienia to mój ulubiony środek pokazywania innym jaki jestem wyrafinowany i subtelny).
-Dokonałem odkrycia i chciałem się tym z tobą podzielić.
-Na jakiej płaszczyźnie?
-Towarzyskiej.
-Odkrycie jest z płaszczyzny towarzyskiej, tak?
-Nieee, to znaczy, w pewnym sensie tak, ale chodziło mi o to, że dzielę się nim z tobą na płaszczyźnie towarzyskiej.
-Nie pracujemy razem, trudno byś dzielił się na zawodowej. Co to za odkrycie?- Zauważyłem błyskotliwie.
-Orgazm. Chodzi o orgazm u kobiet.
-Zapowiada się ciekawie. Co z nim? Z tym orgazmem. Odkryłeś, że istnieje? Trochę późno.
-Wyobraź sobie, że coś takiego w ogóle nie istnieje!
-Ciekawa hipoteza…
-Słuchaj. Ogólnie wiadomo, że kobiety potrafią udawać orgazm i jest to nie do odróżnienia. Tak sobie pomyślałem, że nie ma czego odróżniać. U nas widać orgazm, znaczy ejakulację, no… wytrysk. U nich nie widać.
-Aha, w związku z tym doszedłeś do wniosku, że skoro czegoś nie widać to nie istnieje, tak?
-Nie. Nie do końca w ten sposób.
-To w jaki?
-W Biblii jest Onan, nie ma Onany.
-Ponieważ w Biblii nie ma masturbujących się kobiet, nie mają one czegoś takiego jak orgazm?
-Nie dostrzegasz głębi. Nie tylko nie ma w Biblii, w ogóle mało się o tym mówiło w przeszłości.
-To wina patriarchatu.
-Sratriarchatu. Moim zdaniem kobiety zazdroszczą nam wytrysku więc wymyśliły, że mają coś takiego jak orgazm, są w zmowie i udają. Żaby nas pogrążyć zadbały o to abyśmy wiedzieli, iż może być on udawany. Przez to facet nigdy nie może być pewien czy jest naprawdę dobry w łóżku. Myślisz, że jesteś wcieleniem Erosa a jak ze sobą zrywacie dowiadujesz się, że orgazmy były udawane!- Wykrzyczał ostatnie zdanie tak, że ludzie przy sąsiednich stolikach zmierzyli nas wzrokiem z dezaprobatą po czym jednym haustem osuszył kieliszek.
-Aha. Udają abyśmy czuli się gorsi, prości. W cumshocie brak subtelności i niedomówień.- Odparłem lekceważąco (autoironia).
-Coś w tym stylu. Ponieważ mamy coś, czego one nie mają, tę naturalną zdolność, postanowiły ją zdewaluować. Założę się, że gdybyś był kobietą, chciałbyś mieć wytrysk.
-Niektóre mają coś w tym stylu. Widziałem w pornosie.
-Tajskie kurwy potrafią strzelać z cipki korkiem od szampana. To tylko wyuczony skill. Taka pokazówka praktykowana przez największe zazdrośnice.
-Klara też udaje?
-Odpierdol się od Klary!
-Ładny zwis. Twoja dziewczyna jest jedyną kobietą na świecie, która doświadcza rzeczywistego orgazmu, tak? To pewnie za sprawą twoich „skillsów”?
-Nic nie rozumiesz. Jedz szarlotkę bo wystygnie.
-Jest prosto z lodówki, ma być zimna.
-To jedz szybko, bo się nazbyt ogrzeje. Wracam do roboty. Miło było. Przemyśl to, co ci powiedziałem.- rzucił wstając od stolika i kładąc na blacie trzydzieści złotych.
Kiedy odszedł, posiedziałem jeszcze chwilę gapiąc się na topniejącą gałkę lodów. Wypaliłem dwa papierosy próbując „wymyślić” sobie orgazm. W końcu, jeśli kobiety to potrafią, to dlaczego mi miałoby się nie udać? Dzień był naprawdę upalny.

Written by olgbor

sierpień 3, 2009 at 3:27 pm

Napisane w Uncategorized

Matrioszka

z jednym komentarzem

Ostatnio pisałem z nudów.
Wyszło tak:
Po tym co działo się dzień wcześniej, a właściwie poprzedniej nocy, nie czułem się najlepiej. Zaparzyłem sobie kawę, nalałem kieliszek Cointreau i usiadłem do sobotnio- niedzielnej gazety. Poranne słońce wlewało się do pokoju niosąc jakby malutkie kawałki szafirowego nieba i rozrzucając je po szklanych przedmiotach, które, choć dawno nie polerowane, na moment przypomniały o swym dawnym blasku. Prasa, jak zwykle, próbowała zepsuć mi humor smutnymi informacjami i sugestiami, że wszyscy Polacy skończą pod mostem. Złożyłem szarą płachtę przez pół i rzuciłem w kąt pokoju, na wysoką stertę innych szarych płacht, które chciały mnie zdenerwować w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wymyślając szeptem Michnika, Wildsteina, Żakowskiego i innych Ziemkiewiczów, rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu komórkowego. Robię to z przyzwyczajenia- i tak nikt do mnie nie pisze a rzadko kto dzwoni ale miałem cichą nadzieję, że może chociaż operator chciał zaproponować mi udział w konkursie z samochodem do wygrania, albo jakieś darmowe dzwonki z telewizji muzycznej, której nie oglądam od kilku lat. Nic z tego. Koniec końców, dowiedziałem się przynajmniej, która godzina. Była jedenasta. Wypiłem likier, wziąłem kilka łyków kawy i podrapałem się po jajach. „Już czas!”- pomyślałem sięgając po zatłuszczonego i zakurzonego laptopa z naklejkami „Wolny Tybet” i „Farel Gott”. Gwoli ścisłości, mam w dupie górskie prowincje Chin a rzeczonej kapeli rockandrollowej w życiu nie słyszałem ale nadużywanie alkoholu w towarzystwie nieznajomych czasem wzbogaca wystrój mieszkania o nowe gadżety. W każdym razie, odpaliłem edytor tekstów z zamiarem napisania jakiegoś niezbyt długiego opowiadania z błyskotliwą pointą, w stylu młodego Trumana Capote albo wczesnego Kereta… Albo Oza, niezależnie od okresu twórczego. Miałem w głowie szkic tej krótkiej formy, miałem już nawet niektóre detale… szkoda tylko, że to było jak kładłem się spać i o poranku już nic nie pamiętałem. „Znowu, kurwa, to samo”- powiedziałem półgłosem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy- ktoś, kto wcześniej podsłuchiwał moje myśli i wiedział doskonale, co jest przyczyną złości. „Ty myślisz, że kim jesteś?”- rozległo się nagle pytanie, wypowiedziane głosem trochę podobnym do mojego, gdzieś spomiędzy półkul mózgowych, kawałek za zatokami czołowymi- „Literat się znalazł!”. Nalałem jeszcze jeden kieliszek tripple sec’a dla bogatych i dopiłem letnią już kawę. Poprawiłem kąt nachylenia ekranu i zacząłem klepać w czarne płytkie klawisze. Wyszło tak:
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w nieznanym mi mieszkaniu. Przydługie niebieskie zasłony opadały na tanią szarą wykładzinę tworząc coś, co przy odrobinie wyobraźni można by określić jako zbocze góry lodowej wystającej ponad powierzchnię brudnego od ropy naftowej oceanu. Przez szparę między płachtami błękitnej materii wdzierały się do pokoju rażące promienie porannego słońca. Obok spała umiarkowanie ładna brunetka a na podłodze walały się różne części naszej garderoby i puste butelki po parszywej whisky z czerwoną etykietą. Uznałem, że nie ma sensu się żegnać, skoro i tak nie pamiętałem powitania. Ubrałem się i wyszedłem. Klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Była taka duża, chłodna i pachniała geranium, które rosło w doniczkach na parapetach. Marzyłem o małej buteleczce zimnego piwa, zaś ciążący w tylnej kieszeni dżinsów portfel sugerował, że mam wystarczająco dużo bilonu by sobie na takowe pozwolić. Na ulicy było jasno, gorąco, duszno i śmierdziało knajpianym zapleczem. Sznur samochodów pełzł niby wielka, ociężała mechaniczna glista. Znalazłem w kieszeni mocno sfatygowaną paczkę Davidoffów, wydobyłem z niej ostatniego, pogniecionego papierosa i oparłszy się o elewację- zapaliłem. Smakował jak Café au lait z cukrem waniliowym. Przyjemne były tylko pierwsze trzy machy. Przy czwartym poczułem, że moja ślina przypomina w konsystencji ekologiczny klej do papieru. Rzuciłem niedopałek na chodnik, przydeptałem i ruszyłem w kierunku, w którym idąc kilka minut szybkim krokiem, jak podpowiadała mi intuicja, powinienem znaleźć sklep spożywczy i stację metra. Nie zawiodła mnie. Pod sklepem policzyłem bilon. Miałem dokładnie dwanaście złotych i sześćdziesiąt siedem groszy, co oznaczało, że poza małym piwkiem stać mnie było na nową paczkę papierosów. I tak nie miałem ochoty palić ale zdałem się sobie niezwykle bystry przewidując, iż za godzinę- półtorej może najść mnie chęć na odrobinę rakotwórczego dymu. Piwa nie wypiłem od razu. Przecież dżentelmenowi nie przystoi wlewać w siebie alkoholu pod sklepem… przynajmniej nie w biały dzień. Uwielbiam warszawskie metro. To nam się udało! Mamy jedną linię, ale za to jaką?! To bez wątpienia najczystsze metro w Europie. Gdy czekałem na pociąg, zadzwonił telefon. Wyświetliło się, że kumpel, z którym minionej nocy poszedłem na imprezę, pragnął się ze mną porozumieć. Rozłączyłem go. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń, za to ani jednej wiadomości na poczcie głosowej. Gdyby chodziło o coś ważnego, nagraliby się. Dotarłszy na peryferia, gdzie zamieszkuję- na wielkie osiedle z klocków Duplo- znalazłem ławeczkę w cieniu. Piwko było wyborne. W domu wziąłem prysznic, założyłem czyste ubranie i napiłem się wody z cytryną. Mniej więcej od tego momentu zaczęło się to, co naprawdę istotne w niniejszej historii.
Dostałem maila od koleżanki- byłej dziewczyny jednego znajomego, który wyjechał do Holandii na truskawki dwa lata temu a dziś jest ścigany przez tamtejszą policję za rozboje i wymuszenia. Napisała, że Zaratustra właśnie idzie po linie rozpiętej nad przepaścią człowieczeństwa i jeśli nie zorganizuję jej (koleżance) szybko funduszy na bilet powrotny z Bombaju do Warszawy to straci równowagę i w ową przepaść spadnie. Nie bardzo zrozumiałem, czy spadnie ona, czy Zaratustra, w każdym razie wiadomość epatowała dramatyzmem i poruszyła mnie- mam słabość do Nietzschego. Gdyby dziwnym trafem zadzwonił wówczas do mnie mówiący po angielsku z walijskim akcentem prawnik informując, że jestem ostatnim spadkobiercą jakiejś fortuny ulokowanej w gruntach i nieruchomościach na Wyspach oraz złocie w okolicach Zurychu to bez namysłu wysłałbym koleżance kwotę wystarczającą by mogła sobie wrócić Lufthansą w I klasie. Przez chwilę słyszałem już nawet dzwonek telefonu ale okazało się, że to tylko u mnie w głowie. Trzeba było jakoś pomóc. Finansowa pustka to nic. Trzeba być zaradnym. Odpisałem jej. Wyszło tak:
Kurt to był człowiek! Mieszkał naprzeciwko. Zawsze nienagannie ubrany, ogolony, spryskany wodą toaletową o świeżym, przywołującym na myśl zakłady farmaceutyczne, zapachu. Mimo to, nie wyglądał zdrowo; był stale blady, z zielonkawymi worami pod przekrwionymi oczami. Poznaliśmy się przypadkiem którejś zimy. Wracałem z jakiejś imprezy, byłem kompletnie pijany i zapragnąłem zapalić papierosa. Moje się skończyły, byłem spłukany. Dał mi jednego. Ten to miał gest. Umarł na raka płuc w zeszłym roku. Ja nie mam papierosów ale gdybym miał to bym Ci z chęcią dał jednego- dwa. Po naszemu- nie wiem skąd wziąć pieniądze na bilet powrotny dla Zaratustry ale zapytaj w ambasadzie, tylko nie niemieckiej- w naszej- Polandzkiej. Podobno finansują powroty niezaradnym owieczkom, które zanadto oddaliły się od stadka. Nie miej do mnie żalu. Domyślam się, że spodziewałaś się innej odpowiedzi ale Kurt umarł bo dał mi papierosa i boję się, iż większe z mej strony zaangażowanie może również się odbić na moim zdrowiu- jak gest Kurta na jego.

Opróżniłem kieliszek i zapaliłem ohydną wiśniową cygaretkę. Przeleciałem wzrokiem po powyższym tekście szukając typowych dla mnie błędów ortograficznych, stylistycznych i literówek. Nic rażącego nie znalazłem- może dlatego, że język ojczysty nigdy nie był moją mocną stroną. Na bezesemesowym wyświetlaczu pojawiła się 12.00. „No, kurwa.”- mruknąłem z samozachwytem- „Objętościowo, całkiem nieźle.” Wstałem od stołu, wygrzebałem ze sterty w rogu Duży Format i poszedłem do kibla. „Znowu dałeś dupy!”- wykrzyknął głos zza zatok czołowych. Chyba miał rację- znów nici z błyskotliwego zakończenia.

Written by olgbor

maj 18, 2009 at 9:43 pm

Napisane w Fikcja, Uncategorized

“Kalendarz adwentowy” (pierwotnie “Cztery koty w pralce z programem PŁUKANIE i WIROWANIE”)

z 2 komentarzami

Ernest:
Trudno umiejscowić w czasie ten moment… chodzi mi okres, w którym z chłopców staliśmy się młodymi mężczyznami. Nie ma zresztą większej różnicy- po prostu zamiast urwanych filmów pojawiły się całkiem dobrze skonstruowane retrospekcje, będące podłożem do kaców moralnych a „głupie cipy” wyparte zostały przez dziewczyny, które potencjalnie mogłyby zostać matkami naszych dzieci. Wszystko to jest kwestią podejścia, bo przecież twarze i miejsca nie zmieniły się z dnia na dzień. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień kiedy po raz pierwszy ktoś powiedział do mnie „proszę pana”. Jaki tam „pan”? Byłem wówczas gnojkiem niezdającym sobie sprawy, że tuż za rogiem czai się największe niebezpieczeństwo- dorosłe życie. Oczekiwania, nadzieje, wizje. Wszystko to rozjebaliśmy w kilka wieczorów jak wódkę rodziców dobrze ukrytą na dnie zamrażalnika. Każdy poszedł na mniej lub bardziej prestiżowe studia żeby zarobić w przyszłości pieniądze na nowe, drogie buty, mieszkanie w eleganckiej lub artystycznej dzielnicy i wino, którego nie będzie wstyd odłożyć do leżakowania . Wszystko to przeleciało jakby w jedną sekundę. Jesteś tu, pstryk, jesteś tam, pstryk- jesteś tu. Czasem udajemy, że nic się nie zmieniło- pijemy Wyborową w parku ćmiąc Davidoffy i cytujemy sobie z uśmiechem kawałki Molesty. Na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut wracamy do szczeniactwa i jest dobrze. Jest zajebiście. Wszystko, co dla psychiki stanowi balast ląduje na ziemi- gdzieś daleko pod gondolą naszego balonu. Ziemia jest dla frajerów, którym brak wolności umysłu, dla nudnych ćwoków, którzy rozpijają ciepłą Ludową pod letnią herbatę marki Aro na przegotowanej kranówce żeby odłożyć na trzydziestoletnie BMW z Austrii i rozmawiają przy tym o alufelgach, w najlepszym wypadku o szesnastoletnich dziewczynach swoich trzydziestoparoletnich kumpli, które właśnie są w ósmym miesiącu ciąży.
-Nie ma Boga
-Nie ma.
-Skoro nie ma Boga to po chuj to wszystko?
-Dla żartu.
-Dla żartu? To kiepski żart.
Prowadzimy dyskusje na tematy tak kurewsko górnolotne, że żaden Sputnik nam nie zawadzi a w gruncie rzeczy gówno wiemy. No, ale jak pewne opinie wygłasza osoba w szmatach wartych tyle, co mały samochód miejski składany przez producenta zegarków to nie brzmią one tak marnie jak w ustach „chama” w beżowym swetrze, w przykrótkich jeansach i obuwiu „Adidadidada”.
Najczęściej rozmawiamy o życiu albo swoich małych sukcesach. Egzystencjalizm albo przechwalstwo. Dość wąsko. Jeszcze pogarda. Pogardzamy wszystkimi, nikogo nie oszczędzamy, każdy jest „gorszy”, na każdego się coś znajdzie.

Diana:
Czasem myślę, że świat jest jak mieszanka Kubina z Gigerem podana w popartowym, warholowskim opakowaniu. Mam też dni, kiedy zdaje się on być post-punkową, radioaktywną pustynią usianą opuszczonymi betonowymi miastami z zarzyganymi jednoperonowymi stacyjkami kolejowymi. Leżę na designerskiej sofie jedną ręką paląc jointa, drugą głaszcząc po pośladkach moją przyjaciółkę i myślę o tym jak Dżem przemierza białym starym busem szosy Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w latach siedemdziesiątych. Idealny relaks po wernisażu.

Andrzej:
Mam mocny kręgosłup moralny. To religia. Gdyby nie Chrystus… to nie wiem gdzie bym teraz był. Nie wiem też gdzie podzieje się to biedne stracone pokolenie ludzi bez żadnej wiary, bez żadnego katalogu reguł, których się po prostu nie łamie. Nie jestem zabobonny ani głupi. Nie wierzę w dziadka z brodą. Bóg jest dla mnie czymś bezkształtnym i niepojętym… ale wiem, że jest… i że każdego wysłucha… i że nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko jest częścią jakiegoś porządku znanego tylko Najwyższemu. Znajomi często próbują ze mnie nieudolnie szydzić. Opowiadają o tacy w kościele i o księżach jeżdżących Audi Q7 na dziwki. Ludzie są ludźmi. Do kościoła nie chodzi się dla ludzi tylko dla Boga.

Mateusz:
Przeczytałem te twoje grafomańskie wypociny. Niestrawne jak zawsze. Gdyby Andrzeja spotkał jakiś prawdziwy życiowy dramat to najpewniej zacząłby gadać, że Bóg się od niego odwrócił, albo coś w tym stylu. Religia jest jak opaska, którą ludzie dobrowolnie wiążą sobie na oczach i oddają lejce swego życia w ręce bandy prawiczków w sutannach. Diana jest zwykłą przylansowaną głupią cipą, udającą, że zna się na sztuce a Ernest jest pozornie przeintelektualizowany. Pozornie! Bo tak naprawdę cała jego kwestia jest plwociną bez ładu i składu. A ty? Ty jesteś po trochu nimi wszystkimi… i mną też. Ludzie, którzy teraz to czytają dla zabicia czasu, jako odskocznię od nauki albo ze zwykłej ciekawości, cóż takiego ma do powiedzenia ten zabawny człowieczek, który upija się jak ostatnia świnia, też składają się z pierwiastków Ernesta, Diany, Andrzeja i mnie. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Życie jest jak pudełko czekoladek wypchane gównem- zawsze trafia się to samo tylko w różnych kształtach, zależnie od formy przegródki.

Written by olgbor

maj 10, 2009 at 9:35 pm

Napisane w Uncategorized

Torsje

z 4 komentarzami

Nie zastanawiało was nigdy, dlaczego połowa dzisiejszych licealistów wygląda jak Ian Curtis na początku kariery? Powiem wam w czym rzecz. Moim zdaniem, od dobrych 20 lat nie wymyślono żadnej nowej formy buntu- nowego opakowania dla młodzieńczego sprzeciwu. Do tego dochodzi jeszcze poczucie beznadziei wynikające z przekonania, iż każda próba stworzenia czegoś świeżego na tej płaszczyźnie spowodować może wyłącznie skutek przeciwny do zamierzonego; a to za sprawą wielkiej machiny marketingowej, która szybko komercjalizuje, sprzedaje to, co ma się jej przeciwstawiać. Jeden z paradoksów współczesności.

Mi osobiście nie przeszkadzają tabuny siedemnastoletnich Beatlesów podrygujących w rytm electro-indie. Ich rodzice i dziadkowie pewnie też są spokojniejsi niż nasi, bo pociechy mają ładne fryzury, noszą się „elegancko”. Martwię się tylko o samych buntowników. Czy nie macie wrażenia, że to pokolenie nie zostawi po sobie żadnego śladu? Żadnego nowego wzorca dla potomnych? Zaledwie o kilka lat młodsi od nas ludzie jedzą gówno. Inaczej nie da się tego określić- opychają się tym, co poprzednie generacje, czy nawet roczniki, już dawno zjadły, przetrawiły i wysrały. Co gorsza, wspomniana „machina marketingowa” sprzedaje im te odchody za ciężkie pieniądze. Nie musi się przy tym wysilać. Wystarczy doczepić nowe metki do starych łachów i zrobione. Popkultura jest, na swój sposób, fantastyczna. Działa trochę jak Lewiatan T. Hobbesa ale mam pewne wątpliwości, czy oby na pewno daje realne bezpieczeństwo. Mam wrażenie, że to raczej ułuda, iluzja bezpieczeństwa, samo jego poczucie… Chociaż, z drugiej strony, właśnie to poczucie jest chyba najważniejsze. Człowiek może przejść po linie rozwieszonej bez żadnych zabezpieczeń dziesiątki metrów nad ziemią jeśli zawiązać mu oczy na długo przed wprowadzeniem do cyrku i prowadzić go przy tym za rękę. Co innego gdybyśmy zerwali mu opaskę w trakcie „przejścia”… Do rzeczy. Odważę się postawić tezę, iż wyłącznie siła czysto destrukcyjna jest w stanie wytworzyć nową formę buntu. To kolejny paradoks, zresztą nie ja go stworzyłem i to nie jest tak naprawdę moja teza. Nie chcę też aby ktoś odebrał to, co tutaj wypisuję za jakieś podżeganie do działań szkodliwych społecznie. Nie podżegam. Ani razu nie powiedziałem, że pochwalam bunt jako taki. Stwierdzam jedynie, dla wielu i tak oczywisty, fakt, że zaistnieć można dziś tylko poprzez destrukcję. Tylko paląc Paryż, paląc Warszawę, paląc Nowy Jork i Kędzierzyn- Koźle można zostawić własny ślad, własny wzorzec dla potomności, która go zmodyfikuje aby zbudować coś jeszcze innego.

Przez lata uczyliśmy się picia kawy z tekturowych kubków, grzecznościowej nienagannej odmiany imion w formalnej korespondencji elektronicznej (Mam nadzieję, że dalsza współpraca okaże się równie owocna jak dotychczasowa. Serdecznie Pana pozdrawiam Panie Andrzeju) i ziewania bez otwierania ust na ważnych spotkaniach gdzie, tak naprawdę, wszyscy tylko chcą odpierdolić swoje i jechać do domu. To żmudna nauka. Kosztowała nas wiele wysiłku, wiele wyrzeczeń… I po co? Żeby wybić nam z głów resztki kreatywności, indywidualności. Wiele tęgich głów (tych właśnie do wybijania z), po tysiąckroć tęższych niż moja, pisało o tym na setkach tysięcy stron. No i co? Czy coś się zmieniło? Czy „otworzyliśmy oczy”? NIE! I nie otworzymy… Bo gówno jest smaczne a Beatlesi byli ładni… a my chcemy też być ładni. W dodatku zdajemy sobie sprawę, że na miejscu Iana Curtisa olali byśmy spasioną żonkę z dzieckiem- wpadką i poszli ruchać kochankę. Big up dla kapel electro- indie!

Słowem wyjścia niejednokrotnie przy dłuższych formach epilogiem zwanym odpowiem jeszcze na dręczące was pytanie. (Dręczy, prawada?) TO W KOŃCU BUNOTWAĆ CZY NIE BUNTOWAĆ (się)?

Robić cokolwiek byle coś się działo!

Tyle ode mnie! Do zobaczenia w następnym odcinku przy niemal zawsze czystym stole. .

Written by olgbor

luty 21, 2009 at 4:41 pm

Napisane w Uncategorized

Zetteem prawie jak Je t’aime

without comments

Kolegom moim

Mijasz dziesiątki, setki, tysiące latarni. Szarych latarni gdzieś w dupie- na końcu świata, w oddalonej o co najmniej trzydzieści przystanków dzielnicy. Świecą pomarańczowym najczęściej, niekiedy różowawym światłem a Ikarus toczy się po mokrym, brudnym asfalcie. „To tutaj żyją ludzie?”- dziwisz się z zaciekawieniem spoglądając na przesiąkniętą wilgocią, tanimi papierosami, przetrawionym piwem i podrabianymi perfumami masę ciał- tak anonimowych i bezbarwnych, że zrzygać się można. I na młodą kobietę siedzącą przy kasowniku. „To ona przecież! Nie. To niemożliwe. Może jednak? Przecież nie miała siostry bliźniaczki. To na pewno ona.”- tak sobie myślisz ale nic z tym nie robisz. To osoba niegdyś ci bliska, bardzo bliska. To z nią straciłeś cnotę będąc jeszcze pisklęciem, szczeniakiem rzec można. No i tak się jej przyglądasz, wlepiasz wzrok i myślisz sobie, że jest nadal ładna. Przeleciałbyś jeszcze raz- żeby jej pokazać, że teraz już umiesz lepiej. Tylko co, do cholery, robi w podłużnej, żółtoczerwonej puszce pełznącej niby glista wśród odmętów cywilizacji, odmętów miasta- gdzieś na końcu świata, w dupie? Zauważyła, że się gapisz. Konsternacja. „Niech ona zareaguje pierwsza”- myślisz. Ona nie reaguje. Tak się tylko wzajemnie sobie przyglądacie. To twój przystanek. Wysiadasz, zapalasz papierosa i nie dowiesz się już raczej, czy ona też jest dziś lepsza niż wówczas w twoim pokoju. Musiałbyś minąć jeszcze miliardy latarń.

Written by olgbor

październik 6, 2008 at 8:12 pm

Napisane w Uncategorized

Kolejny dowód na to, iż autor nie zna się na niczym.

without comments

On mówi do niej głównie o tym jak bardzo oczarowuje go jej uroda, ona do niego, jak bezpieczna i spokojna czuje się w jego towarzystwie. Jesień, choć szara jak papier czerpany i zimna niby posadzka przejścia podziemnego, nie jest im straszna. Są zakochani, ogrzewają się własnym ciepłem. Przemierzają październikową noc jakby w kryształowej kuli, której powłoka daje intymność nawet w zatłoczonych, przesyconych dymem tytoniowym kafejkach, pubach, restauracyjkach. Potem, pod jej domem smakują wzajemnie siebie. Ona jest słodka, z lekką nutą goryczy. On pociągająco korzenny, goździkowy. Jeszcze tylko wymiana spojrzeń. Wilgotne błękity zatapiają się na moment w mahoniowej otchłani obiecując rychły powrót, kolejne spotkanie, następny cudowny wieczór, może nawet noc.

Już w samotności, oboje delektują się tym, jak szczęśliwymi stali się ludźmi. Zamykając oczy, chłoną całym ciałem i duszą magiczne ciepło, które, tylko sobie znanymi kanałami zamiennie, to w jedną to w drugą stronę, przepływa między nimi nie bacząc na miejskie kilometry, na betonowe, ceglane i marmurowe bariery. Ciemność jest sprzymierzeńcem. W ciemności są spokój i cisza, dające wyraźniej, bardziej namacalnie odczuć wyjątkowość chwili.

Pięknie. Jak w brukowym romansidle. Może tego nam właśnie potrzeba? Może powinniśmy nauczyć się odrzucać myśl, że to wszystko jest dużo bardziej złożone, że miłosna Idylla nie istnieje, że ci, którzy w niej żyją zasługują na miano szaleńców, głupców, naiwnych romantyków?

To sztuka! Niechaj „niekochany czci miłość” i „nakręca zegar”! To szaleństwo! Może szaleństwo jest sztuką samą w sobie? Dobre pytanie! Szkoda, że tylekroć już zadane.

Written by olgbor

wrzesień 24, 2008 at 9:52 pm

Napisane w Uncategorized