Archiwum kategorii ‘Społeczeństwo’
HAŁAS
Po raz kolejny krew mnie zalała podczas czytania prasy. Często tak reaguję czytając różnego rodzaju bzdury, tym bardziej, kiedy te bzdury znajdują się na pierwszych stronach i „krzyczą” do mnie dużymi czarnymi literami z pochyłej półeczki w kiosku. Dzisiaj swój wielki come back ma sprawa in vitro. O tym za chwilę. Najpierw muszę postawić pytania, które nurtują mnie bardzo, a na które odpowiedzi mogą znać niektórzy z Was, ci uważniej niż ja śledzący bieg wydarzeń na polskiej scenie politycznej, posiadający bardziej analityczne niż mój umysły. Jaki numer władza chce nam wyciąć? Jakie niepopularne, być może całkowicie sprzeczne z obietnicami przedwyborczymi działania mają być w najbliższym czasie podjęte, skoro zaszła konieczność ponownego nagłośnienia kwestii in vitro, która, jak wiadomo, jest idealnym „zagłuszaczem” innych tematów- tematów dla przeciętnego zjadacza kajzerek mało interesujących, choć w rzeczywistości w dużo większym stopniu mających wpływ na jego życie. Mam tu na myśli rządowe działania antykryzysowe, politykę fiskalną, zagadnienia związane z prawem pracy. Oczywiście, in vitro wzbudza emocje, podobnie jak homoseksualiści, aborcja, czy poseł Palikot. Emocje jednak są największym wrogiem zdroworozsądkowego myślenia, wrogiem pragmatycznego podejmowania decyzji. Na emocjach warto grać kiedy chcemy odwrócić czyjąś uwagę od problemów wymagających zimnej kalkulacji, która to kalkulacja przeprowadzona przez tę osobę mogłaby ujawnić, iż nasze propozycje nie są dla niej korzystne. Tym bardziej trochę mi wstyd, że tak się wzburzyłem. Niniejszy tekst inspirowany jest w całości artykułami z dzisiejszej (11.09.09) Gazety Wyborczej.
Przejdźmy do in vitro. Wczoraj sejm odrzucił obywatelski projekt zgłoszony przez Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Contra in vitro”, uznający zapłodnienie tą metodą za przestępstwo. Karą miało być do 3 lat pozbawiania wolności. Nieźle! Kodeks Karny za gwałt, jedno z najobrzydliwszych przestępstw, jeden z najpodlejszych czynów, jakiego może dopuścić się człowiek, przewiduje od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Umożliwienie zapłodnienia metodą in vitro miałoby zatem zostać podniesione do niemal tej samej rangi. Osoba dająca bezdzietnym z przyczyn medycznych małżeństwom szansę na pozostawienie potomstwa miałaby być postawiona na równi z gwałcicielem. Absurd. Niejaki Ludwik Skurzak ze wspomnianej organizacji powiedział, że swoje stanowisko Komitet wywodzi z nauczania Kościoła Katolickiego. Pod projektem podpisało się 160 tysięcy obywateli, to o 60 tysięcy więcej niż wymaga prawo aby głosowano nad nim w sejmie. 160 tysięcy stanowi mniej niż 0,5% procenta z 38 milionów obywateli. Powołam się na konstytucję RP. Preambuła mówi, że Narodem Polskim są wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga/ będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna/ jak i nie podzielający tej wiary. Niezależnie od światopoglądu, jako obywatele jesteśmy wszyscy równi. Czy zatem wprowadzanie regulacji prawnych w prostej linii wypływających z nauki organizacji religijnej jest w porządku wobec pozostałych, przypomnijmy, równych, obywateli? Czy zasadnym jest poważne traktowanie protestów wynikających z przekonania, iż ludzkie zarodki są ludźmi i posiadają duszę, podczas gdy istnienie duszy samo w sobie stanowi kwestię dyskusyjną, nie jest aksjomatem? Na szczęście 67% dorosłych Polaków uważa, że metoda in vitro powinna być dopuszczalna a tylko 18% jest jej przeciwne. Na szczęście mniej niż 0.5% Polaków uważa, że swoje katolickie wartości może narzucić siłą pozostałym 99,5%.
Jak sami widzicie, tak naprawdę, nie wydarzyło się nic istotnego. Projekt odrzucono, co potwierdziło tylko opinię demokratycznej większości. Hałasu jednak trochę było. Co się stanie? Czyją uwagę chciano odwrócić tym w istocie mało znaczącym newsem, który zajął pół pierwszej strony najchętniej czytanej gazety codziennej w Polsce?
Dziura/Kartka/Kartka z dziurą
To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…
Tradycyjnie- o wszystkim i niczym za razem
Wylewanie czerwonej farby na białe prześcieradła, klepanie kaskami w łby… tyle że kocie i rozlepianie na billboardach w metrze kiepsko skserowanych plakatów zrobionych w Paincie to chyba nie droga. To znaczy, dla niektórych na pewno jakąś tam drogą to jest ale chyba nie prowadzi ona do celu- do zmiany panujących stosunków społecznych i ekonomicznych na świecie (chyba taki jest cel? Nie wierzę, że chodzi tylko o michę.). Oczywiście, trzeba jakoś dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, trzeba pokazywać, że nie jesteśmy wszyscy obecnym porządkiem (burdelem?) usatysfakcjonowani… no ale nie w ten sposób. Nie wydaje mi się by prawdopodobną była wizja, w której miliony ludzi wychodzą na ulice i urządzają globalne przedmieścia Paryża. Niby teraz byłoby im łatwo się zmówić- komórki, „internet w każdym domu”, te sprawy, ale więzi międzyludzkie za słabe i egoizm zbyt silny. Trudno zresztą wymagać od kogokolwiek by poświęcał się „dla dobra ogółu” skoro większość z nas, ja również, nie ma czasem wystarczająco dużo jaj by poświęcić się dla samego siebie. Różnoracy naukowcy, tak z prawa jak i z lewa, snują podparte rzekomo wynikami badań, teorie na temat współczesnego człowieka i jego przyszłości. Piszą na ten temat bardzo grube, bardzo nudne książki, których cały nakład wykupują biblioteki. Historia pokazuje, że nigdy się te wszystkie prognozy nie sprawdzają… no, czasem się okazuje, że ktoś coś przewidział ale zwykle jest już po ptakach a ony ktoś leży dawno w piachu nie będąc za życia docenionym, wysłuchanym, dopuszczonym do głosu przed szerszym audytorium. Rodzi się, przede wszystkim, pytanie, kto niby ma na te ulice wyjść? Ziomy wąsatego faceta, który rozmontował McDonalda, naiwne Róże Luksemburg wierzące w rewolucję, mniejszości etniczne i religijne, czy może radykalne infanty święcie przekonane, że ludzki gatunek stworzony jest do życia , w którym jedynym wyznacznikiem wolności jest wolność drugiego człowieka (tak się składa, że najczęściej ci sami mają w dupie wolność innych ludzi i nade wszystko przedkładają jednak własną)? Mogłaby wybuchnąć oczywiście jakaś rewolucja, w której każdy walczyłby o obalenie stanu bieżącego ramię w ramię ze swymi światopoglądowymi i politycznymi przeciwnikami, mając na celu późniejsze wydymanie tych ostatnich i narzucenie im swojej woli. Mogłaby… ale chyba już nie jesteśmy aż tak głupi by powielić błędy przykładowo rewolucji irańskiej. Wiem! Tak, wiem- to nie jest w porządku, że jakieś 98% ludzkości jest uzależnione finansowo od 2%, które trzyma w swych rękach poważny kapitał, zwłaszcza że ów rzadko kiedy zdobyty został uczciwe, ale wystarczy popatrzeć na wydarzenia ostatniego półrocza- oni już się sypią… już nie długo. Jak na razie, stracili zaufanie, może, z biegiem czasu utracą też wpływy. Mówi się, że kapitalizm zeżarł własny ogon… no… prawda- myśląc, że jeszcze trochę tego ogona zostało, ugryzł się niechcący w dupę- zabolało i mamy „światowy kryzys gospodarczy”. Czasem myślę, że najbliżsi wyjściu na ulice są pracownicy właśnie korporacji, które do obecnej sytuacji doprowadziły. Jestem przeciwny wszelkiego rodzaju programom antykryzysowym organizowanym naprędce przez rządy. Rozumiem, że chodzi o utrzymanie ładu społecznego, chociaż, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, raczej nic wielkiego i tak nam nie grozi, ale dając pieniądze tym, jak określił ich kiedyś w felietonie Maciej Nowak, „tatuśkom” tylko pogarszają sytuację. Winowajcy całego zamieszania bowiem pozostają w świetnych humorach, wiedząc, że nawet jak coś spierdolą to państwo (szeroko pojęte) i tak nareperuje. Trzeba coś z tym zrobić, naturalnie, ale tym czymś na pewno nie jest wydzieranie mordy przez megafon pod ministerstwem. Może wystarczy poczekać? Pewne złe „autorytety” topnieją… i żadne zapomogi finansowe ich nie uratują.
Kolaż
Patrząc na współczesność z pewnym dystansem, ujrzymy kolorowy, nieco kiczowaty kolaż. Czarna bila z numerem 8 toczy się po białych zębach fortepianowej klawiatury krzesząc niezbyt przyjemne dla ucha dźwięki. Każdy ma Nokię i polo w horyzontalne pasy. Kółko od deskorolki wbija się w hamburgera, z którego obficie wycieka ketchup i starczą karbowane liście sałaty- wszystko to w bardzo nasyconych kolorach. Każdy tu jest. Nawet Marks. Tak, tak- Karol Marks. Jest czarno-biały ale za to ktoś mu dokleił złotą aureolę- taką w stylu bizantyjskim. Papież Polak? Jest i on! Pozdrawia tłumy w czerwcu 79, tworząc nieświadomie jeden z najpodlejszych chwytów marketingowych naszych czasów- fikcję pod tytułem „pokolenie JP2”. W modzie są motywy roślinne. To chyba taki powrót do secesji. Do Muchy się nie umywa, ale całkiem przyjemne.
Kompozycja zamknięta, chaotyczna. Cała ludzkość została uwięziona- wsadzona za kratki… właściwie to kratkę Burberry. W prawym dolnym rogu mamy kadr ze szwalni. Setki identycznych kobiet siedzą przy identycznych maszynach i szyją identyczne, kraciaste szaliki. Za 12 godzin szycia dostają dolara. Setki identycznych mężczyzn siedzą przy identycznych komputerach i za 8 godzin dostają 200 dolarów.
Bohater nie ma imienia bo każde imię wywołuje skojarzenia- zbyt wiele skojarzeń. Bezimienny bohater stoi przy barze w klubie.
BOHATER: Dwa razy Gordonsa z tonikiem proszę!
BARMAN: Z cytryną czy z limonką?
BOHATER: Z limonką.
BARMAN: Trzydzieści złotych.
Dialog w sumie na jakieś 5 sekund, uwzględniając hałas, na dziesięć. Wydanie reszty z pięćdziesiątki- 20 sekund. Wykonanie- minuta. Razem- półtorej minuty aby uzyskać odrobinę jałowcowej wódki rozcieńczonej szwajcarskim wynalazkiem z wody sodowej i chininy.
KOLEŻANKA: To dla mnie? Nie trzeba było! Dzięki.
BOHATER: Nie ma sprawy! Pij, pij- będziesz łatwiejsza. (mocno oklepany, marny żart)
KOLEŻANKA: Pij, pij- nie będziesz mógł. (jak wyżej)
BOHATER: Ja zawsze mogę
KOLEŻANKA: Zobacz! Przyszli M… i K…!
BOHATER: O proszę! W samą porę!
Wszystko w porządku jeśli każdy dobrze zna swoją rolę. Problemy pojawiają się kiedy ktoś zapomni tekstu… albo, co gorsze, uzna, że przysługuje mu dłuższa, istotniejsza kwestia niż jest faktycznie. Bywają takie nieporozumienia a nietrudno wyobrazić sobie, że coś takiego może zepsuć całe przedstawienie. Wyobraźmy sobie, dajmy na to, że Benvolio zaczyna bajerować Julię. Jak czuje się w tej sytuacji Romeo? Pewnie nienajlepiej. William wymyślił to inaczej. Niestety w klubowym przedstawieniu nie ma Williama i każdy sam sobie wybiera rolę, której musi dobrze pilnować bo inaczej skończy na lodzie a, jak wiadomo, bezrobotny aktor klepie biedę, wpada w alkoholizm i kończy żywot na domowej roboty szafocie.
KOLEGA: Siema! Jak impreza?
BOHATER: Spoko! Oby takich więcej!
KOLEŻANKA KOLEGI: Dokładnie! Oby takich więcej!
KOLEGA: Poznajcie się. To jest Kasia.
KOLEŻANKA KOLEGI: Cześć, jestem Kasia!
BOHATER: Cześć, miło mi. [Zapala papierosa.] Skąd się znacie? (Próbuje nawiązać konwersację)
KOLEGA: Ze studiów. Kasia jest ode mnie z uczelni ale z innego wydziału.
BOHATER: A co studiujesz, Kasiu?
KASIA: Filozofię… ale nudzi mnie trochę i chcę się przenieść na Iberystykę.
BOHATER: Filozofia cię nudzi? Niemożliwe! Kant cię nudzi? Platon cię nudzi?
KASIA: W sumie to nie, ale tak ogólnie. [pauza] Mógłbyś poczęstować mnie papierosem?
BOHATER: Tak, jasne. [podaje otwartą paczkę szukając jednocześnie zapalniczki w kieszeni]
KASIA: Dzięki.
BOHATER: Nie ma sprawy.
Wszyscy coś studiują tylko mało kto na poważnie. Kasia jest bardzo atrakcyjna, ale po tej krótkiej rozmowie można się domyślić, że nie grzeszy intelektem. Kolega bohatera zapewne przyszedł z nią na imprezę planując dwuosobowe afterparty u niego w domu. Zapewne zrealizuje swój plan. Jak nie z Kasią to z jakąś inną Zosią, Marysią, Anią, Gosią, Asią, Martą, Moniką, Justyną, czy jak im tam jeszcze często na imię (?).
[Pusta hala- jakby magazyn]
BOHATER: No to teraz muszę wygłosić monolog. Wykorzystam ten czas na wyjaśnienia. Miałem skończyć wyklejać kolaż już jakiś czas temu ale stale wpadały mi w ręce nowe wycinki z gazet i tak się to jakoś przeciągnęło. [zapala papierosa] Już więcej nie wykleję bo nie muszę. Wy robicie to za mnie każdego dnia, za co bardzo wam dziękuję. Zdziwieni? Każdy wypity przez was milk-shake z McDonalda, każda butelka Martini, każdy kupiony piterek Lacosty i zjedzony pączek z piekarni przy Chmielnej dokleja nowy element do kolażu. Napiszcie jeszcze na wolnym polu, każdy coś od siebie. Rękopisy ponoć nie płoną a wszystko inne mogę obrócić w popiół jednym pstryknięciem zapalniczki.
K U R T Y N A
Chyba wszyscy tworzymy sobie własne światy.
To taka odskocznia od rzeczywistości, która nie zawsze daje radę sprostać naszym oczekiwaniom. Nie chcę rozważać, po której stronie leży wina. Po naszej? Może żądamy zbyt wiele? Być może winien jest szeroko pojęty porządek, niemożliwy do określenia stan zwany właśnie rzeczywistością? Na ten temat polecić mogę tylko lekturę „Płynnej nowoczesności” (Liquid Modernity) Zygmunta Baumana. Sam chciałbym się skupić raczej na sposobach ucieczki od tego, co czyni życie nieznośnie prozaicznym, od emocjonalnej rutyny.
Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia odwiedza nas przyjaciel, z którym nie rozmawialiśmy od kilku- kilkunastu lat. Obaj staramy się jakoś streścić wszystko to, co przytrafiło nam się przez ten długi czas. Opowiadamy o sprawach zawodowych i życiu prywatnym selekcjonując fakty tak, aby przekazać te w naszym odczuciu najistotniejsze. Przyjaciel robi dokładnie to samo. Z konwersacji wynika nagle, że ktoś z grona wspólnych, dalszych znajomych umarł kilka lat temu. Traf chciał, że padło na osobę, za którą nigdy nie przepadaliśmy. Mając jednak na uwadze panujące konwenanse, spuszczamy wzrok i wymuszonym, smutnym tonem stwierdzamy, że bardzo nam przykro.
Większość z Was- czytujących tego bloga- wie jak dużą wagę przykładam do konstrukcji zdań, które różniąc się minimalnie, mogą zupełnie odmienić wydźwięk wypowiedzi a nawet zniekształcić ją do tego stopnia, że nasza intencja zostaje odebrana opacznie. Powiedzieliśmy „Bardzo mi przykro.” Dlaczego? Ponieważ „tak trzeba”, „tak wypada”. Czy nietaktem byłoby stwierdzenie, że „to przykre”? W moim odczuciu- nie. Tym sposobem można zachować kulturę przy jednoczesnym pozostaniu szczerym. Mówiąc „to przykre” stwierdzamy fakt i nadajemy zdarzeniu cechę. To dość skuteczna ochrona przed zaangażowaniem własnej osoby, bardzo przydatna w tworzeniu własnego świata, w którym nie rozpaczamy po niczyjej śmierci gdyż nie jest nam nawet przykro- przykre jest tylko to, co się stało.
Powyższy przykład trąca ignoranckim egoizmem. Postaram się zatem naświetlić sprawę nieco inaczej. Wyobraźmy sobie, że ktoś dopuścił się bardzo niegodziwego czynu względem nas. Powiemy mu zapewne „nienawidzę cię”, „gardzę tobą”. Stosując wspomnianą metodę po prostu stwierdzimy „nienawidzę Twojego czynu”, „gardzę tym, co zrobiłeś”. Owszem, nie mamy już komfortu depersonifikacji wypowiedzi, lecz przynajmniej wszystkie negatywne emocje przelewamy na czyn- coś nienamacalnego a nie na drugą osobę. Dzięki takiemu podejściu, nasz wyimaginowany świat staje się jeszcze piękniejszy, gdyż całe wypływające z nas zło trafia w nicość- ulatuje zatem.
Czy zastanawialiście się kiedyś, w jakim stopniu Wasze uczucia kształtowane są przez otoczenie a nie wnętrze, gdzie ponoć mają swe źródło? Tu pojawia się nadmieniona na samym początku rutyna. Utrwalone w społeczeństwie modele zachowań formują moim zdaniem modele odczuwania. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że uczucia można sobie wmówić tak samo jak myśli. Trwa to tylko znacznie dłużej ale biorąc pod uwagę skalę całego życia, jest na to czas.
A gdyby tak stworzyć własne, zmyślone realia, które przemodelują ów „model odczuwania”? Co o tym sądzicie?
Pol…co?! Aaaa… Polska….
Prośba Mikołaja o to abym napisał coś na temat patriotyzmu spowodowała, że zacząłem się głębiej nad tym tematem zastanawiać. Niby wszyscy wiedzą kto to patriota ale z reguły wiedza ta jest bardzo powierzchowna, często zafałszowana przez osoby celowo wykorzystujące ten termin w niewłaściwy sposób. „Słownik Języka Polskiego” PWN jak zawsze w przypadku haseł trudnych i niewygodnych jest bardzo oszczędny w objaśnieniach. Czytamy tam, że patriota to człowiek kochający swoją ojczyznę, gotów do poświęceń dla niej… i tyle. Mimo, iż definicja jest uboga można w niej znaleźć sporo punktów zaczepienia… właściwie punktów wyjścia do dłuższych wywodów.
Przede wszystkim człowiek kochający swoją ojczyznę już z samego faktu kochania gotów jest do poświęceń dla niej, tak więc pomiędzy członami definicji występuje związek przyczynowo-skutkowy, którego niektórzy „rzekomi” patrioci nie potrafią pojąć. Politycy z LPR, MW, NOP czy innych nacjonalistycznych ugrupowań serwują nam co dzień mdły pustosłów wypływający właśnie z braku prawidłowego zrozumienia hasła będącego podwaliną ich ideologii. Ich podejście do tematu patriotyzmu przypomina mi podejście kościoła katolickiego do wiary. Chodzi o takie proste założenie, że „Wyłącznie NASZA interpretacja i program są słuszne” tzn. jedynie przejawianie swej miłości dla ojczyzny poprzez zwalczanie Żydów, czarnych i pedałów jest właściwe tak jak Jedyną słuszną i prowadzącą do zbawienia religią jest religia katolicka. Nacjonaliści, narodowcy, czy jak tam lubią na siebie jeszcze mówić, są z założenia niechętni jakimkolwiek koncepcjom zjednoczeniowym. Czyż jednak narodu nie tworzą ludzie, którym takowe unifikacje służą poprzez podniesienie standardu życia? Jeżeli zatem antynarodowe, pozbawiające tożsamości i dumy jednoczenie przynosi wzrost standardów życiowych, czyż nie jest procesem korzystnym tak naprawdę dla narodu czyli dla ludzi, a zatem dla ojczyzny? Osobiście uważam, że prawdziwy patriotyzm to ten oparty na szczerych działaniach jednostki na rzecz ojczyźnianej zbiorowości, nie zaś na afiszowaniu się ze swą miłością do kraju przodków. To trochę jak w relacji damsko-męskiej, strona, która najczęściej powtarza, że kocha robi to najmniej szczerze. Powody mogą być różne, ale skoro nie faktyczna miłość to znaczy, że jakiś interes. No i z patriotyzmem jest dokładnie tak samo. Z czasem pojawia się miłość do doktryny… oczywiście w sytuacji, gdy poglądy doprowadzają do władzy i pieniędzy czyli interesu osobistego.
Meritum tego wywodu jest takie… Moim zdaniem, zwalczając odrębność narodową i szyderczo, lekceważąco śmiejąc się z Polaka-katolika mogę czuć się dużo lepszym patriotą niż skinhead z biało-czerwonym sztandarem w prawicy i magazynem „szczerbiec” w lewicy.
Kawa, papierosy i inne takie…
Pewnego wieczoru, siedząc w StarLight Cafe i sącząc przez godzinę jedną „latte” zastanawiałem się nad dość ciekawym zjawiskiem zachodzącym w ludzkiej podświadomości jakim jest przypisywanie pewnych smaków i zapachów określonym stanom ducha. Weźmy za przykład wspomnianą kawę. Cafe Latte kojarzy mi się nieodzownie z szeroko pojętą samotnością, zaś espresso przywołuje retrospekcję nudnawych wieczorów w kawiarniach przy Nowym Świecie, zwykle w towarzystwie skacowanych kumpli. Podczas tych kawiarnianych rozmów snuliśmy sobie bardzo ładne plany. Cały świat zdawał się być przez moment moim sprzymierzeńcem. Byłem przekonany, że lada dzień spełnią się wszystkie szczeniackie marzenia- nagranie legalnego albumu z Reflektą, kochająca dziewczyna i jakieś trwałe źródło łatwej, bezpiecznej gotówki. Bardzo lubię kiedy trudne sprawy jawią się jako proste… tak niesamowicie klarowne… jak szafka nocna szeregowego kawalerii powietrznej. Mówiłem wtedy sobie: „Wystarczy się skupić i zrobić dobre demo. Wystarczy znaleźć dziewczynę i dawać z siebie wszystko a ona to odwzajemni. Wystarczy kombinować i wyrabiać znajomości, które potem zaprocentują”. Niestety te chwile trafiają się stosunkowo rzadko (oczywiście na trzeźwo) a tak na co dzień marzenia pryskają. Tak więc mała mocna kawa podana z kieliszkiem zimnej wody stała się dla mnie jakby symbolem mojej złudnej wszechmocy i naiwności, ale darzę ją raczej pozytywnymi emocjami.
Palę papierosy… ale tylko te dobre- zwykle Davidoffy i Lucky Strike… no chyba, że mam dołek finansowy… wtedy Pall Mall-e. Wszyscy palący wiedzą doskonale, że papieros papierosowi nierówny. Bardzo lubię oddzielać w myślach poszczególne nuty smakowe brzęczące w każdej chmurce dymu. Jest taki charakterystyczny waniliowy akcent w białych Davidoffach. Przypomina mi on moje małe triumfy na różnych polach. Jakiś głos wewnętrzny mówi do mnie wówczas „ Jesteś zajebisty, zrobiłeś swoje a teraz zrelaksuj się.” Co innego czerwone Marlboro. Te fajki to dla mnie tytoniowy odpowiednik terminu „autodestrukcja”. Każda życiowa porażka, każda sytuacja „bez wyjścia” kończyła się zawsze nad chrzczonym browarem w podrzędnej knajpie z paczką czerwonych gwoździków do trumny rodem ze stajni Philip’a Morris’a. Być może to tylko moje wrażenia. Zapewne znajdzie się grono takich, którym wszystko jedno czym i kiedy się trują- dla mnie jest to istotne bo przecież alejka do śmierci powinna być wybrukowana wysokiej jakości kostką.
Kilkakrotnie starałem się wyobrazić sobie świat bez smaków i nie byłem w stanie. Nie chodzi oczywiście tylko o kawę i papierosy… wyobraźcie sobie jak uboga byłaby pop-kultura bez mieszanki ketchupu z musztardą, serwowanej w hotdogach czy zimnej, mdlącej słodyczy milk-shake’a z McDonalda. Nie wspomnę już o rozmiarach strat w wyższych kręgach gdyby tak nagle łosoś i kawior stanęły na równi ze śledziem i konserwową pastą rybną do kanapek. Ciężko oddać słowem tragizm chwili, w której zorientowalibyśmy się, że wszystko, co uwielbiamy staje na równi z rzeczami całkowicie nam obojętnymi. Pomyślcie o tym kiedyś przy „samotnej latte”.
Czy ty też?
Moje pokolenie… Nasze pokolenie, bo zakładam że większość czytających moje wypociny to ludzie w podobnym wieku, jest naprawdę wyjątkowe. Jeszcze żadna generacja nie była tak lekceważąco nastawiona do świata.
Mamy oczywiście jakieś swoje prywatne cele ale zarówno u siebie jak i u ludzi, z którymi obcuje nie dostrzegam tej wielkiej determinacji w dążeniu do nich jaką charakteryzowali się nasi rodzice czy dziadkowie. Taka postawa wynika z prostego założenia, że „wszystko się i tak jakoś ułoży”. Doskonale zdaję sobie sprawę, że takie traktowanie życia jest ogólnie przyjęte za negatywne a ludzi takich jak ja zwykło nazywać się ignorantami ale wszystko się jakoś, o dziwo, układa więc właściwie to nie wiem co w tym złego. Czy czynię zło samym nie rzucaniem się do walki z wiatrakami? Wydaje mi się, że nie. Mam chyba prawo żyć tak jak chcę jeśli nie wyrządzam tym nikomu krzywdy a od innych oczekiwać wyłącznie tego samego.
Ludzie czasem czytają dzieła filozofów. Warto pamiętać, że wśród tych mądrych, szacownych panów (zwykle panów) są, jak to w każdej zbiorowości, mniejsi i więksi. Wychodzę jednakże z przekonania, iż chętniej czytywani są ci więksi, którzy, jak sami podkreślają na każdym kroku, mogą się mylić a ich spekulacje są tylko spekulacjami a nie podawaniem na tacy uniwersalnej i jedynej prawdy na temat świata i życia. Niestety, studiując ich, często zapominamy o tym i jeśli osoba filozofa imponuje nam, bierzemy jego słowa jako pewnik. Gorsza jest i tak sytuacja, kiedy w rolę naszego mistrza wciela się np. krewny, którego usta werbalizują mądrość ludową, niejednokrotnie mogącą być określoną mianem głupoty ludowej przez swój zaściankowy charakter i ograniczoność. W każdym razie zmierzam do tego, że niemal wszystkie rozpowszechnione doktryny są bardzo wrogie w stosunku do wolności pod postacią obojętności. Moralność, kształtowana głównie przez kościół katolicki (niejednokrotnie siłą i przy rozlewie krwi) przez całe wieki, nakazuje stosowanie się do zasad z niej wypływających. Jednocześnie warto pamiętać, że każdy posiada własną moralność… a przynajmniej tak mu się wydaje. Nie uważam, że jest ona całkowicie nasza i indywidualna bo jest uformowana przez wiele czynników, w tym innych ludzi, ich czyny i poglądy. Mówi się sporo o wartościach uniwersalnych. Nie wierzę w uniwersalizm. Weźmy takie pojęcia jak dobro i zło. Moralność polega na wrzucaniu wszystkich myśli i czynów do dwóch szufladek z literkami „D” i „Z” przy jednoczesnym, z góry przyjętym porządku, że robienie tego ma zarezerwowane miejsce w szufladce „D”.
W biblii napisano „Nie osądzajcie, abyście sami nie zostali osądzeni”. Tymczasem na każdym kroku spotykam się z osądami, wyrokami… i to głównie ze strony katolików, których bardziej powinny poruszać te słowa niż mnie- może nie ateistę ale człowieka bez religii (co nie oznacza, ze bez wiary). Wracając do filozofów… Było wśród nich kilku głoszących hasła, które bardzo mi pasują jak na przykład John Locke, lecz wśród pozostałych koncepcji ich myśli giną. Marzę tylko o wolności- wolności bycia obojętnym.
KTO JEST „ZA A NAWET PRZECIW”? A MOŻE NAWET ODWROTNIE?
Czemu służyć ma nagonka na gimnazjalistów? Chcemy rozwiązać poważny nowy problem w oświacie, czy może potrzebne jest mocniejsze poparcie dla skompromitowanego i wyśmiewanego przez większość społeczeństwa ministra?
Czasami zastanawiam się, komu właściwie media służą w tym kraju za narzędzie i dlaczego. Nie od dziś wiadomo, że obiektywna prasa i telewizja nie istnieją. Każda stacja czy wydawnictwo sprzyja jakiejś opcji politycznej i poprzez odpowiednie prezentowanie problemów oraz kładzenie nacisku na „właściwe” z nich, wspomaga swych ulubieńców przysparzając im nowego elektoratu lub po prostu umacniając ten, który już jest. Takie założenie przyjmować zwykłem dotychczas, jednak obserwując to, co wypisują gazety i portale internetowe oraz o czym trąbią wszystkie telewizje od czasu tragedii w gdańskim gimnazjum, odchodzę powoli od wspomnianego poglądu. Dobrze znamy wybiórczość tak bardzo powszechną w środkach masowego przekazu. Tradycja chce, aby była ona celowa i prowadziła do konkretnego sukcesu konkretnej grupy. Tradycja jednak, jak widać nie ma tu znaczenia bo wszyscy nagle zaczęli, wbrew temu, co mówią, sprzyjać ministrowi Romanowi Giertychowi- nawet jego zagorzali przeciwnicy. Może wszystko jest w porządku i tendencyjność pozostaje zachowana lecz działa na rzecz rządu? Pozwolę sobie wziąć za przykład informacje z pierwszej strony portalu o2.pl, gdzie korzystam z bezpłatnej poczty. Zaledwie sześciu dni potrzeba było, aby ukazało się tam 9 wiadomości mówiących o przestępstwach dokonywanych przez małoletnich oraz nauczycieli w szkołach i poza nimi(dalej nie chciało mi się liczyć ale było ich tam jeszcze kilka). Czy przed gdańską tragedią takich przypadków było mniej? Oczywiście, że nie. Warto jest się zastanowić nad konsekwencjami medialnej nagonki na gimnazjalistów.
05.11.06
Wspomniany portal podaje informację: „Policjantom z Gdańska dzięki informacji od kolegów z Bochni udało się udaremnić próbę samobójczą nastolatki, która o swoich zamiarach rozmawiała poprzez internetowy komunikator.”
06.11.06
„15-letni uczeń jednego z częstochowskich gimnazjów, który odepchnął nauczycielkę próbującą zapobiec jego bójce z innym uczniem, został zatrzymany przez policję. Chłopak odpowie przed sądem rodzinnym…”
Redaktorzy o2 unaoczniają nam zatem, że fatalne wypadki nie opuszczają polskich szkół a wręcz mamy do czynienia z ich eskalacją. W ciągu następnych kilku dni, szanowni dziennikarze, niezmordowanie nadal dowodzą tego samego publikując wiadomości o gimnazjalistach prześladujących kolegę i chłopcu, który w szkole uderza nauczycielkę butem w twarz(07.11.06). Na tym nie koniec. Już kolejnego dnia dowiadujemy się, że w Augustowie 12-latki handlują wódką z mety a we Wrocławiu nauczyciele licealni prowadzą lekcje na bani. Dziesiątego listopada z kolei, 14-latek brutalnie bije 12-latka na oczach nauczycielki, która nikogo o tym nie zawiadamia a jego rówieśnik z innego miasta proponuje sex i grozi 11-latce.
„Jeśli wierzyć, że z Jasia wyrośnie kiedyś Jan to aż strach pomyśleć, co będzie za 4-5 lat”- taki tok myślowy przeprowadzi przysłowiowy Kowalski po kilku sprawdzeniach skrzynki e-mailowej. Na szczęście jego niepokój szybko załagodzi program pierwszy telewizji publicznej, podając, że wspaniałomyślny minister edukacji ma plan wykurzenia ze szkół wszelakiej przemocy i drobnej przestępczości. Kowalski jest już spokojny i zadowolony, więc przełącza program na „Taniec z gwiazdami” czy inną „Modę na sukces” pozostawiając problem bez dalszej refleksji i wnikania w szczegóły ministerialnego planu. Akcja „Zero tolerancji” tymczasem nie jest wcale pewnym środkiem w walce z przemocą w szkołach a może tylko pogorszyć sytuację. Na temat jej bezsensowności musiałbym napisać co najmniej drugie tyle, co zajął mi ten artykuł do tego miejsca, więc pozostawię ten temat do Waszego własnego przemyślenia. Skupmy się natomiast na skutkach wspomnianej nagonki. Do tej pory tracący poparcie i raczej nielubiany przez społeczeństwo Roman Giertych zyskuje nowych zwolenników a nawet Newsweek porównuje go do Rudolpha Guilianiego sugerując, że zaprowadzi on w polskiej oświacie porządek tak, jak burmistrz Nowego Jorku zrobił to w swoim mieście. Krótko mówiąc- antyrządowe media ukazują swą prawdziwą twarz- mordkę potulnego pudelka merdającego ogonkiem przy nodze pana (czyt. Rządu).
Swoją drogą, zastanawiam się czy rzeczywiście samobójstwo 14-latki z Gdańska było wydarzeniem tak wstrząsającym, że wywołało wielką debatę społeczną, czy może nagłośniono je aby Giertych mógł przedstawić przygotowany już wcześniej plan wychowawczy? Nie chcę osądzać ani oceniać- po prostu czuję się niepewnie w tym kraju mając świadomość, że niektóre z głupich pomysłów wicepremiera mogą przetrwać do czasów, kiedy moje dzieci (o ile się ich dorobię) pójdą do szkoły.
ONI chcą zabić NAS aby naszym matkom było smutno
Chcą nas wszystkich pozabijać! Kto? ONI! Kim są oni? Spróbujmy odpowiedzieć na to jakże trudne i nurtujące pytanie.

Myślę, że pierwsze miejsce w moim małym, nieformalnym rankingu zająć powinni mali żółci komuniści w mundurkach z chińskiego demobilu. Chodzi oczywiście o Koreę północną, która odkąd zrobiła sobie bombę atomową nie koncentruje się na niczym innym jak tylko na tym, w jaki sposób pozrzucać nam wszystkim na głowy takowe nuklearne cuda. Tak przynajmniej wygląda to w obiektywie kamery telewizji CNN i na kartach najbardziej poczytnych polskich i zagranicznych gazet codziennych. Próby przeprowadzone całkiem niedawno przez czerwonych faktycznie dowodzą, że spełnili oni radioaktywny sen przywódców (już „wieczny prezydent” mówił o bombie dla Korei), ale czy naprawdę są dzięki temu tacy groźni? Osobiście jestem przeciwny stawianiu znaku równości między terminami „komunista” i „szaleniec”. Nie trzeba przeprowadzać nazbyt wnikliwej analizy aby przewidzieć, jakie byłby konsekwencje rozpoczęcia przez którekolwiek z państw konfliktu atomowego. Równie łatwo jest dostrzec profity płynące z posiadania tej śmiercionośnej, kosztownej „zabawki”. Oczywistym jest, że bomba atomowa daje bezpieczeństwo a Koreańczycy zbudowali ją ze strachu. Reżim może być spokojny bo teraz role się odwróciły i to „zgniły zachód” się boi. Jaka zatem ocena? Według szkolnej skali (1-6) w kategorii „wizerunek” ambitne komuszki dostają ode mnie 5-. W kategorii „realne zagrożenie dla nas wszystkich”- 3=.
Pora na drugie miejsce na podium. Był kiedyś kraj, w którym działo się bardzo źle, mimo, że z zewnątrz wyglądał na lokalną potęgę, tak pod kątem militarnym jak i gospodarczym. Przychody państwa były nawet w szczytowym okresie wyższe niż w Kuwejcie. Ustrój? Monarchia- „pawi tron”. Dla mało obytych z powszechną historią najnowszą powiem wreszcie, że mam na myśli Iran. Po rewolucji islamskiej cała potęga ekonomiczna i wojskowa padła. Po prostu „motłoch” pod przywództwem Chomeiniego rozgrabił wszystko, co się dało i prawdopodobnie wyprzedał. Dziś słyszymy często, że Irańczycy są już bliscy osiągnięcia sukcesu identycznego jak wcześniej wspomniane państwo dalekowschodnie. Bzdura. Eksperci twierdzą, że ekipa Ahmedineżada jeszcze przez 20 lat nie osiągnie potencjału nuklearnego równego koreańskiemu. Nie ma zatem realnego zagrożenia… ale jest strach. Znowu ten strach. Żyjemy w kręgu kulturowym „płochliwych ludzi” jak widać. Tego, że jakiś Abdul od czasu do czasu się wysadzi gdzieś w Izraelu używając plastiku za irańskie pieniądze, raczej nie zmienimy, ale musimy pamiętać, że chłopak w arafatce i trampkach to jeszcze nie zwiastun armagedonu. Czas na ocenę. „Wizerunek” 3+ (dużo nienawiści i pewności siebie w wypowiedziach Ahmedineżada), „realne zagrożenie” 2+.
Wreszcie trzeci (zarazem ostatni) „negatyw”. Na pewno zastanawiacie się, kogóż to postanowiłem oczernić/wyśmiać na koniec. Musze was rozczarować- nie wyśmieję nikogo. Nie śmiałbym żartować sobie z tak potężnego zagrożenia, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tak. Dość zaskakujące być może dla niektórych, zwłaszcza tych znających mnie i wiedzących, ze nie mam specjalnie antyamerykańskich poglądów. Po głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że tak naprawdę to USA chcą nas pozabijać poprzez swoją politykę. Mało z tego- już nas pośrednio zabijają w Iraku bo nie zapominajmy, że jesteśmy tam przez nich. Możecie powiedzieć, że Polska nie musiała się godzić na warunki Amerykanów i podobnie jak wiele państw europejskich, nie wysyłać wojska na „wojnę o ropę” lecz nie zgodzę się z takim poglądem. Państwa słabe (jak nasza Ojczyzna) muszą mieć silnego „sojusznika”- jakby protektora. Rosji nie lubimy, więc zostali nam modlący się do flagi kowboje… Cóż poradzić? Może należy dać się zabić bo taka śmierć jest OK.? W porządku. Pozwólmy im nas zabijać ale róbmy to przynajmniej ze świadomością, że czynią to ONI a nie fanatyczni sprzedawcy kebabów.