Archiwum kategorii ‘polityka’
HAŁAS
Po raz kolejny krew mnie zalała podczas czytania prasy. Często tak reaguję czytając różnego rodzaju bzdury, tym bardziej, kiedy te bzdury znajdują się na pierwszych stronach i „krzyczą” do mnie dużymi czarnymi literami z pochyłej półeczki w kiosku. Dzisiaj swój wielki come back ma sprawa in vitro. O tym za chwilę. Najpierw muszę postawić pytania, które nurtują mnie bardzo, a na które odpowiedzi mogą znać niektórzy z Was, ci uważniej niż ja śledzący bieg wydarzeń na polskiej scenie politycznej, posiadający bardziej analityczne niż mój umysły. Jaki numer władza chce nam wyciąć? Jakie niepopularne, być może całkowicie sprzeczne z obietnicami przedwyborczymi działania mają być w najbliższym czasie podjęte, skoro zaszła konieczność ponownego nagłośnienia kwestii in vitro, która, jak wiadomo, jest idealnym „zagłuszaczem” innych tematów- tematów dla przeciętnego zjadacza kajzerek mało interesujących, choć w rzeczywistości w dużo większym stopniu mających wpływ na jego życie. Mam tu na myśli rządowe działania antykryzysowe, politykę fiskalną, zagadnienia związane z prawem pracy. Oczywiście, in vitro wzbudza emocje, podobnie jak homoseksualiści, aborcja, czy poseł Palikot. Emocje jednak są największym wrogiem zdroworozsądkowego myślenia, wrogiem pragmatycznego podejmowania decyzji. Na emocjach warto grać kiedy chcemy odwrócić czyjąś uwagę od problemów wymagających zimnej kalkulacji, która to kalkulacja przeprowadzona przez tę osobę mogłaby ujawnić, iż nasze propozycje nie są dla niej korzystne. Tym bardziej trochę mi wstyd, że tak się wzburzyłem. Niniejszy tekst inspirowany jest w całości artykułami z dzisiejszej (11.09.09) Gazety Wyborczej.
Przejdźmy do in vitro. Wczoraj sejm odrzucił obywatelski projekt zgłoszony przez Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Contra in vitro”, uznający zapłodnienie tą metodą za przestępstwo. Karą miało być do 3 lat pozbawiania wolności. Nieźle! Kodeks Karny za gwałt, jedno z najobrzydliwszych przestępstw, jeden z najpodlejszych czynów, jakiego może dopuścić się człowiek, przewiduje od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Umożliwienie zapłodnienia metodą in vitro miałoby zatem zostać podniesione do niemal tej samej rangi. Osoba dająca bezdzietnym z przyczyn medycznych małżeństwom szansę na pozostawienie potomstwa miałaby być postawiona na równi z gwałcicielem. Absurd. Niejaki Ludwik Skurzak ze wspomnianej organizacji powiedział, że swoje stanowisko Komitet wywodzi z nauczania Kościoła Katolickiego. Pod projektem podpisało się 160 tysięcy obywateli, to o 60 tysięcy więcej niż wymaga prawo aby głosowano nad nim w sejmie. 160 tysięcy stanowi mniej niż 0,5% procenta z 38 milionów obywateli. Powołam się na konstytucję RP. Preambuła mówi, że Narodem Polskim są wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga/ będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna/ jak i nie podzielający tej wiary. Niezależnie od światopoglądu, jako obywatele jesteśmy wszyscy równi. Czy zatem wprowadzanie regulacji prawnych w prostej linii wypływających z nauki organizacji religijnej jest w porządku wobec pozostałych, przypomnijmy, równych, obywateli? Czy zasadnym jest poważne traktowanie protestów wynikających z przekonania, iż ludzkie zarodki są ludźmi i posiadają duszę, podczas gdy istnienie duszy samo w sobie stanowi kwestię dyskusyjną, nie jest aksjomatem? Na szczęście 67% dorosłych Polaków uważa, że metoda in vitro powinna być dopuszczalna a tylko 18% jest jej przeciwne. Na szczęście mniej niż 0.5% Polaków uważa, że swoje katolickie wartości może narzucić siłą pozostałym 99,5%.
Jak sami widzicie, tak naprawdę, nie wydarzyło się nic istotnego. Projekt odrzucono, co potwierdziło tylko opinię demokratycznej większości. Hałasu jednak trochę było. Co się stanie? Czyją uwagę chciano odwrócić tym w istocie mało znaczącym newsem, który zajął pół pierwszej strony najchętniej czytanej gazety codziennej w Polsce?
Tradycyjnie- o wszystkim i niczym za razem
Wylewanie czerwonej farby na białe prześcieradła, klepanie kaskami w łby… tyle że kocie i rozlepianie na billboardach w metrze kiepsko skserowanych plakatów zrobionych w Paincie to chyba nie droga. To znaczy, dla niektórych na pewno jakąś tam drogą to jest ale chyba nie prowadzi ona do celu- do zmiany panujących stosunków społecznych i ekonomicznych na świecie (chyba taki jest cel? Nie wierzę, że chodzi tylko o michę.). Oczywiście, trzeba jakoś dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, trzeba pokazywać, że nie jesteśmy wszyscy obecnym porządkiem (burdelem?) usatysfakcjonowani… no ale nie w ten sposób. Nie wydaje mi się by prawdopodobną była wizja, w której miliony ludzi wychodzą na ulice i urządzają globalne przedmieścia Paryża. Niby teraz byłoby im łatwo się zmówić- komórki, „internet w każdym domu”, te sprawy, ale więzi międzyludzkie za słabe i egoizm zbyt silny. Trudno zresztą wymagać od kogokolwiek by poświęcał się „dla dobra ogółu” skoro większość z nas, ja również, nie ma czasem wystarczająco dużo jaj by poświęcić się dla samego siebie. Różnoracy naukowcy, tak z prawa jak i z lewa, snują podparte rzekomo wynikami badań, teorie na temat współczesnego człowieka i jego przyszłości. Piszą na ten temat bardzo grube, bardzo nudne książki, których cały nakład wykupują biblioteki. Historia pokazuje, że nigdy się te wszystkie prognozy nie sprawdzają… no, czasem się okazuje, że ktoś coś przewidział ale zwykle jest już po ptakach a ony ktoś leży dawno w piachu nie będąc za życia docenionym, wysłuchanym, dopuszczonym do głosu przed szerszym audytorium. Rodzi się, przede wszystkim, pytanie, kto niby ma na te ulice wyjść? Ziomy wąsatego faceta, który rozmontował McDonalda, naiwne Róże Luksemburg wierzące w rewolucję, mniejszości etniczne i religijne, czy może radykalne infanty święcie przekonane, że ludzki gatunek stworzony jest do życia , w którym jedynym wyznacznikiem wolności jest wolność drugiego człowieka (tak się składa, że najczęściej ci sami mają w dupie wolność innych ludzi i nade wszystko przedkładają jednak własną)? Mogłaby wybuchnąć oczywiście jakaś rewolucja, w której każdy walczyłby o obalenie stanu bieżącego ramię w ramię ze swymi światopoglądowymi i politycznymi przeciwnikami, mając na celu późniejsze wydymanie tych ostatnich i narzucenie im swojej woli. Mogłaby… ale chyba już nie jesteśmy aż tak głupi by powielić błędy przykładowo rewolucji irańskiej. Wiem! Tak, wiem- to nie jest w porządku, że jakieś 98% ludzkości jest uzależnione finansowo od 2%, które trzyma w swych rękach poważny kapitał, zwłaszcza że ów rzadko kiedy zdobyty został uczciwe, ale wystarczy popatrzeć na wydarzenia ostatniego półrocza- oni już się sypią… już nie długo. Jak na razie, stracili zaufanie, może, z biegiem czasu utracą też wpływy. Mówi się, że kapitalizm zeżarł własny ogon… no… prawda- myśląc, że jeszcze trochę tego ogona zostało, ugryzł się niechcący w dupę- zabolało i mamy „światowy kryzys gospodarczy”. Czasem myślę, że najbliżsi wyjściu na ulice są pracownicy właśnie korporacji, które do obecnej sytuacji doprowadziły. Jestem przeciwny wszelkiego rodzaju programom antykryzysowym organizowanym naprędce przez rządy. Rozumiem, że chodzi o utrzymanie ładu społecznego, chociaż, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, raczej nic wielkiego i tak nam nie grozi, ale dając pieniądze tym, jak określił ich kiedyś w felietonie Maciej Nowak, „tatuśkom” tylko pogarszają sytuację. Winowajcy całego zamieszania bowiem pozostają w świetnych humorach, wiedząc, że nawet jak coś spierdolą to państwo (szeroko pojęte) i tak nareperuje. Trzeba coś z tym zrobić, naturalnie, ale tym czymś na pewno nie jest wydzieranie mordy przez megafon pod ministerstwem. Może wystarczy poczekać? Pewne złe „autorytety” topnieją… i żadne zapomogi finansowe ich nie uratują.
Zapytowywuję uprzejmie
Tylko niedziele takie są… Jeszcze czasem soboty i pierwsze dni stycznia. Na bezchmurnym szafirowym niebie jaśnieje Aton w kolorze białego złota, powietrze jest krystalicznie czyste a jednocześnie na tyle gęste, że zdaje się spowalniać wiązki padającego światła.
Okna mojego pokoju wychodzą na zachód ale dzięki aluminiowym żaluzjom odbijającym promienie od sąsiedniego bloku mam co rano u siebie blask młodego słońca. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę znacząco poprawia smak tej pierwszej w danym dniu kawy.
Lubię, będąc jeszcze w piżamie, rozłożyć sobie na stole świąteczne wydania kilku gazet codziennych i zagłębić się w ich mętne przekazy- w mozaiki tak naprawdę nikogo nie obchodzących weekendowych pierdół. Niestety, nadchodzące wcześniejsze wybory parlamentarne i cały przedwyborczy turniej we wzajemnym obrzucaniu się gównem psują mi od jakiegoś już czasu ten przyjemny rytuał.
Czytałem dzisiaj Wyborczą. Napisali, że Kaczory nie chcą wpuścić obserwatorów OBWE na wybory. Czyżby mieli coś do ukrycia? Kilka stron dalej krótka relacja z rozprawy sądowej PO kontra Gosiewski- żal aż czytać jakiej argumentacji do swej obrony używał pisak. No ale to też w sumie dziwić nie powinno- PiS od samego początku swej kadencji wyzywał wszystkich przeciwników od bandytów, złodziei i członków układu więc teraz, w trakcie kampanii wyborczej naiwnym byłoby spodziewać się zmiany stylu w prowadzeniu gry politycznej.
Po szybkiej „prasówce” i przywołaniu w pamięci tekstu Ewy Thompson poleconego niedawno przez Woykersa zadałem sobie dość smutne pytanie, które i do Was kieruję. Czy nie żyjemy przypadkiem w kraju trzeciego świata?
Pol…co?! Aaaa… Polska….
Prośba Mikołaja o to abym napisał coś na temat patriotyzmu spowodowała, że zacząłem się głębiej nad tym tematem zastanawiać. Niby wszyscy wiedzą kto to patriota ale z reguły wiedza ta jest bardzo powierzchowna, często zafałszowana przez osoby celowo wykorzystujące ten termin w niewłaściwy sposób. „Słownik Języka Polskiego” PWN jak zawsze w przypadku haseł trudnych i niewygodnych jest bardzo oszczędny w objaśnieniach. Czytamy tam, że patriota to człowiek kochający swoją ojczyznę, gotów do poświęceń dla niej… i tyle. Mimo, iż definicja jest uboga można w niej znaleźć sporo punktów zaczepienia… właściwie punktów wyjścia do dłuższych wywodów.
Przede wszystkim człowiek kochający swoją ojczyznę już z samego faktu kochania gotów jest do poświęceń dla niej, tak więc pomiędzy członami definicji występuje związek przyczynowo-skutkowy, którego niektórzy „rzekomi” patrioci nie potrafią pojąć. Politycy z LPR, MW, NOP czy innych nacjonalistycznych ugrupowań serwują nam co dzień mdły pustosłów wypływający właśnie z braku prawidłowego zrozumienia hasła będącego podwaliną ich ideologii. Ich podejście do tematu patriotyzmu przypomina mi podejście kościoła katolickiego do wiary. Chodzi o takie proste założenie, że „Wyłącznie NASZA interpretacja i program są słuszne” tzn. jedynie przejawianie swej miłości dla ojczyzny poprzez zwalczanie Żydów, czarnych i pedałów jest właściwe tak jak Jedyną słuszną i prowadzącą do zbawienia religią jest religia katolicka. Nacjonaliści, narodowcy, czy jak tam lubią na siebie jeszcze mówić, są z założenia niechętni jakimkolwiek koncepcjom zjednoczeniowym. Czyż jednak narodu nie tworzą ludzie, którym takowe unifikacje służą poprzez podniesienie standardu życia? Jeżeli zatem antynarodowe, pozbawiające tożsamości i dumy jednoczenie przynosi wzrost standardów życiowych, czyż nie jest procesem korzystnym tak naprawdę dla narodu czyli dla ludzi, a zatem dla ojczyzny? Osobiście uważam, że prawdziwy patriotyzm to ten oparty na szczerych działaniach jednostki na rzecz ojczyźnianej zbiorowości, nie zaś na afiszowaniu się ze swą miłością do kraju przodków. To trochę jak w relacji damsko-męskiej, strona, która najczęściej powtarza, że kocha robi to najmniej szczerze. Powody mogą być różne, ale skoro nie faktyczna miłość to znaczy, że jakiś interes. No i z patriotyzmem jest dokładnie tak samo. Z czasem pojawia się miłość do doktryny… oczywiście w sytuacji, gdy poglądy doprowadzają do władzy i pieniędzy czyli interesu osobistego.
Meritum tego wywodu jest takie… Moim zdaniem, zwalczając odrębność narodową i szyderczo, lekceważąco śmiejąc się z Polaka-katolika mogę czuć się dużo lepszym patriotą niż skinhead z biało-czerwonym sztandarem w prawicy i magazynem „szczerbiec” w lewicy.
ONI chcą zabić NAS aby naszym matkom było smutno
Chcą nas wszystkich pozabijać! Kto? ONI! Kim są oni? Spróbujmy odpowiedzieć na to jakże trudne i nurtujące pytanie.

Myślę, że pierwsze miejsce w moim małym, nieformalnym rankingu zająć powinni mali żółci komuniści w mundurkach z chińskiego demobilu. Chodzi oczywiście o Koreę północną, która odkąd zrobiła sobie bombę atomową nie koncentruje się na niczym innym jak tylko na tym, w jaki sposób pozrzucać nam wszystkim na głowy takowe nuklearne cuda. Tak przynajmniej wygląda to w obiektywie kamery telewizji CNN i na kartach najbardziej poczytnych polskich i zagranicznych gazet codziennych. Próby przeprowadzone całkiem niedawno przez czerwonych faktycznie dowodzą, że spełnili oni radioaktywny sen przywódców (już „wieczny prezydent” mówił o bombie dla Korei), ale czy naprawdę są dzięki temu tacy groźni? Osobiście jestem przeciwny stawianiu znaku równości między terminami „komunista” i „szaleniec”. Nie trzeba przeprowadzać nazbyt wnikliwej analizy aby przewidzieć, jakie byłby konsekwencje rozpoczęcia przez którekolwiek z państw konfliktu atomowego. Równie łatwo jest dostrzec profity płynące z posiadania tej śmiercionośnej, kosztownej „zabawki”. Oczywistym jest, że bomba atomowa daje bezpieczeństwo a Koreańczycy zbudowali ją ze strachu. Reżim może być spokojny bo teraz role się odwróciły i to „zgniły zachód” się boi. Jaka zatem ocena? Według szkolnej skali (1-6) w kategorii „wizerunek” ambitne komuszki dostają ode mnie 5-. W kategorii „realne zagrożenie dla nas wszystkich”- 3=.
Pora na drugie miejsce na podium. Był kiedyś kraj, w którym działo się bardzo źle, mimo, że z zewnątrz wyglądał na lokalną potęgę, tak pod kątem militarnym jak i gospodarczym. Przychody państwa były nawet w szczytowym okresie wyższe niż w Kuwejcie. Ustrój? Monarchia- „pawi tron”. Dla mało obytych z powszechną historią najnowszą powiem wreszcie, że mam na myśli Iran. Po rewolucji islamskiej cała potęga ekonomiczna i wojskowa padła. Po prostu „motłoch” pod przywództwem Chomeiniego rozgrabił wszystko, co się dało i prawdopodobnie wyprzedał. Dziś słyszymy często, że Irańczycy są już bliscy osiągnięcia sukcesu identycznego jak wcześniej wspomniane państwo dalekowschodnie. Bzdura. Eksperci twierdzą, że ekipa Ahmedineżada jeszcze przez 20 lat nie osiągnie potencjału nuklearnego równego koreańskiemu. Nie ma zatem realnego zagrożenia… ale jest strach. Znowu ten strach. Żyjemy w kręgu kulturowym „płochliwych ludzi” jak widać. Tego, że jakiś Abdul od czasu do czasu się wysadzi gdzieś w Izraelu używając plastiku za irańskie pieniądze, raczej nie zmienimy, ale musimy pamiętać, że chłopak w arafatce i trampkach to jeszcze nie zwiastun armagedonu. Czas na ocenę. „Wizerunek” 3+ (dużo nienawiści i pewności siebie w wypowiedziach Ahmedineżada), „realne zagrożenie” 2+.
Wreszcie trzeci (zarazem ostatni) „negatyw”. Na pewno zastanawiacie się, kogóż to postanowiłem oczernić/wyśmiać na koniec. Musze was rozczarować- nie wyśmieję nikogo. Nie śmiałbym żartować sobie z tak potężnego zagrożenia, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tak. Dość zaskakujące być może dla niektórych, zwłaszcza tych znających mnie i wiedzących, ze nie mam specjalnie antyamerykańskich poglądów. Po głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że tak naprawdę to USA chcą nas pozabijać poprzez swoją politykę. Mało z tego- już nas pośrednio zabijają w Iraku bo nie zapominajmy, że jesteśmy tam przez nich. Możecie powiedzieć, że Polska nie musiała się godzić na warunki Amerykanów i podobnie jak wiele państw europejskich, nie wysyłać wojska na „wojnę o ropę” lecz nie zgodzę się z takim poglądem. Państwa słabe (jak nasza Ojczyzna) muszą mieć silnego „sojusznika”- jakby protektora. Rosji nie lubimy, więc zostali nam modlący się do flagi kowboje… Cóż poradzić? Może należy dać się zabić bo taka śmierć jest OK.? W porządku. Pozwólmy im nas zabijać ale róbmy to przynajmniej ze świadomością, że czynią to ONI a nie fanatyczni sprzedawcy kebabów.
Pomarańczowa, aksamitna, irańska
Wstałem dziś w rewolucyjnym nastroju! To nie jest literówka i nie chodzi wcale o rewelacyjny. Cały świat ostatnio o rewolucji mówi, pisze a niekiedy nawet takową przeprowadza lub przynajmniej próbuje.

Niespełna tydzień temu Węgrzy wyszli na ulice bo zdenerwował ich premier, który w rozmowie z kolegami partyjnymi przyznał, że aby utrzymać władzę okłamywał cały naród. Sprawa wyszła na jaw (o ironio losu!) dzięki ujawnieniu wykonanego po kryjomu nagrania. W Tajlandii natomiast, mniej więcej w tym samym czasie widzimy przewrót wojskowy z królem na czele- fakt faktem bezkrwawy. Chwilę po tym mamy “aferę taśmową”, o której pisałem poprzednio. Co się właściwie dzieje?
Aura sprzyja, jak widać, szybkim i gwałtownym przemianom. Na Wiejskiej też niedawno mieliśmy okazję obejrzeć zalążek czegoś, co mogłoby stać się rewolucją gdyby miało miejsce w innym kraju i było lepiej zorganizowane. Mowa oczywiście o protestach antyrządowych odbywających się pod sejmem w nocy z wtorku na środę. Dlaczego nic z tego nie wyszło? Wydaje mi się, że jak zwykle główną rolę odegrała świadomość polityczna Polaków a raczej jej brak oraz fakt, że w naszej naturze po 89 nie leży już rzucanie butelkami z benzyną i cegłami. Co najmniej dziwnie wyglądałyby poza tym dwie rewolty w jednym kraju w ciągu zaledwie roku. Dojście PiS do władzy uważam za rewolucję… ale taką przebraną w kostium demokracji. Skąd tak dziwaczne i radykalnie brzmiące stwierdzenie? Już wyjaśniam. Nasunęła mi się analogia do rewolucji irańskiej, którą przeprowadził bazar do spółki z meczetem. U nas miejsce bazaru zajęła jego bardziej swojska odmiana- jarmark a rola meczetu przypadła “radiomaryjnej” frakcji kościoła katolickiego. Różnica polega tylko na tym, ze u nas nikt nikogo nie mordował na tę okoliczność.
We wszystkich krajach demokratycznych siły polityczne podzielone są zwykle na te rządzące i opozycyjne. Przeważnie, co kadencję, stronnictwa zamieniają się miejscami tj. przekazują sobie władzę za sprawą sinusoidalności wskaźnika poparcia społecznego. Wiedzą przy tym, ze nie należy niszczyć struktur stworzonych przez ustępującego przeciwnika bo on w przyszłości postąpi tak samo naszymi. Polska jest inna! Każda zmiana frakcji rządzącej oznacza u nas niemal rewolucyjne przemiany. Spowodowane jest to przekonaniem, że “tylko nasze jest dobre”, co za tym idzie “cudze jest złe” i trzeba je bezwzględnie zniszczyć. W kraju nad Wisłą rewolucję mamy co 4 lata.
(Sz)OK!
W ostatnich dniach, zaobserwować mogliśmy wśród polskiej opinii publicznej wielkie zaskoczenie połączone z przerażeniem a niejednokrotnie także z zawiedzeniem. Nasuwa się jednak pytanie: Cóż tak nas zszokowało? Czy PiS, kupcząc stanowiskami, dopuścił się rzeczywiście czynu tak haniebnego, że aż niewyobrażalnego? Czyż nie jest ludzką skłonnością podejrzewać (z niemałym przekonaniem o słuszności zarzutów) polityków o rzeczy znacznie gorsze niż tylko działania korupcjopodobne? Oczywiście, że tak, ale towarzyszy temu zwykle nadzieja, że się mylimy.
Myślę, że przyczyn tego „nibyzaskoczenia” szukać należy właśnie w nadziejach Polaków. Premier Kaczyński, jak widać, ma tego świadomość, gdyż w swoim ostatnim orędziu do narodu, wygłoszonym 27 września, zapewnia nas, że nic się tak naprawdę nie stało. Być może spełnia w ten sposób poniekąd oczekiwania części społeczeństwa, jednak jego słowa są raczej valium dla spanikowanych zwolenników PiS oraz kolegów z klubu, niż realnym, wiarygodnym, trafiającym do większości elektoratu, zapewnieniem o stabilności sytuacji politycznej w kraju. Sytuacja stabilna nie jest. Prawo i Sprawiedliwość nie posiada niezbędnej do rządzenia większości w parlamencie ale znając zamiłowanie braci K. do sprawowania władzy, nie liczyłbym na wcześniejsze wybory. Spodziewać możemy się natomiast rządów mniejszościowych otoczonych kolejnymi „wpadkami”, skandalami i wewnątrzpartyjnymi konfliktami.
Jęk zawodu słychać głośno i wyraźnie. Jęczy ta część elektoratu PiS, która przed wyborami liczyła na koalicję z PO. Rozczarowania tej grupy muszą dziś osiągać swoje apogeum, zważywszy, że jest to już trzeci cios wymierzony przez jej własnych faworytów. Pierwsze rozczarowanie miało miejsce na krótko po wyborach, kiedy pewnym stało się, iż wymarzona koalicja nie ma szans dojść do skutku. Kolejne, gdy miejsce „przewidziane” dla Platformy Obywatelskiej zajęli Lepper i Giertych wraz ze swymi pomagierami o radykalnych poglądach. Do trzech razy sztuka, mówi stare powiedzenie, tymczasem widzimy, że mamy tu do czynienia z trzecią spektakularną „klapą”.
Dalszy przebieg wydarzeń może również utorować PSL, dla którego zaistniałe okoliczności są niczym innym jak tylko szansą na powrót do „dużej polityki” a zarazem zagrożeniem zerowym poparciem w wyborach. Ludowców ciężko jest rozgryźć. Czy wznowią negocjacje ze skompromitowanym ugrupowaniem TwinBrothers, przekonamy się niebawem.
Niech nie szokują nas wydarzenia z gatunku „przychodzi Lipiński do Beger”. Tak wygląda polityka od kuchni i zawsze tak wyglądała, z tą różnicą, że tym razem się wydało. Pamiętamy jeszcze dobrze „Rywin Gate”. Lew Rywin w odróżnieniu od Lipińskiego co prawda siedzi ale i na to przyjdzie czas w przypadku obrotnego PiS-owca, gdy tylko do władzy dojdzie opozycja.
Nie chcę wróżyć z fusów. Staram się przewidywać a przytoczony przeze mnie scenariusz wydaje się być prawdopodobny. Obiektywnie oceniając sytuację, możemy chyba rzeczywiście powiedzieć, że „nic się nie stało” bo nawet trzy jaskółki wiosny nie czynią.
