Archiwum kategorii ‘Pisane na kacu’
Tiramisu
Niezręczna cisza. Napisano już o niej tyle, że gdyby odwrócić proces produkcji papieru, ze stron pokrytych zdaniami na jej temat można by przywrócić lasy deszczowe do stanu pierwotnego. Ogólnie wiadomo, że czasami zapada. Reszta to domysły. Wyobraź sobie, że wrzucasz do jakiejś maszyny paczki z makulaturą… a z jej przeciwnej strony wypadają drzewa. Faceci we flanelowych kraciastych koszulach ładują je na ciężarówki, zawożą do lasu i sadzą- jedno po drugim, jedno po drugim… i kolejne… i kolejne. Zapada w momentach tak różnych, że nie da się ująć tego w ramy naukowe. Oczywiście, niektórzy próbowali; będą próbować zawsze. Aż do momentu, kiedy nic poza tą niezręczną ciszą nie pozostanie. Nie będzie nawet kosmosu. Gdybym miał wyobrazić sobie nicość, byłaby ona właśnie niezręczną ciszą trwającą, zamiast kilku sekund, wieczność.
Z Feliksem spotykamy się zawsze o nienormalnych porach w nienormalnych miejscach. To przez jego pracę. Nigdy nie ma czasu wtedy, kiedy wszyscy normalni ludzie są „wolni” i chętni do obcowania, do socjalizacji, do bywania. Tak o tym mówię, jakbym sam stanowił wzór „normalności.” Mam nadzieję, że nie stanowię. Lepiej być tym „innym.” To nie takie proste w czasach kiedy każdy chce być wyjątkowy i niepowtarzalny. Można to osiągnąć na wiele sposobów. Czasem trzeba zjeść publicznie własne gówno i obwieścić, że smakuje jak tiramisu by inni w to uwierzyli. W tajemnicy będą próbowali swojego w domowym zaciszu ale nigdy nie poczują w nim kawki, biszkoptów i amaretto. W końcu zaczną cię podziwiać. „Patrzcie! Idzie ten, który sra tiramisu.” Feliks uchodzi za kogoś wyjątkowego. Nie musi nic robić. Uchodzi- i już. Znamy się ładnych parę lat. Nieraz go pytałem, jak wykreował ten image. „Jaki image?”- pyta zawsze ze zdziwieniem. „Ten image indywidualisty w dobie masowego quasi-indywidualizmu. Jesteś rozpoznawalny i odbierany przez ludzi jako osoba wyjątkowa, mimo że nie nosisz dziwacznych ubrań, nie wysiadujesz w modnej knajpie pod wiaduktem z egzaltacją opowiadając o aktualnej wystawie w muzeum etnograficznym (słabej zresztą) i nie mówisz, w sumie, nic przesadnie mądrego.”- odpowiedziałem pewnego razu. Feliks podrapał się po głowie, chrząknął kilka razy, popatrzył w kierunku okna- nie, nie chciał wyjrzeć, chciał zobaczyć tylko swoje odbicie. Połechtałem jego dumę, więc chciał się przejrzeć, by jeszcze trochę pofolgować swej próżności. „Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób.”- zaczął- „Ktoś mnie postrzega jako indywidualistę? Wiesz, zwyczajność to rzecz, której od dziecka panicznie się boję, przy czym nie jestem w stanie zrobić ze sobą niczego, co dałoby mi gwarancje, że się wyróżnię. Sporo siedzę sam w domu. Ludzie myślą, że robię tam coś interesującego, coś wyjątkowego. Że buduję Taj Mahal z zapałek albo komponuję X symfonię Beethovena. Ja tylko jaram szlugi i gram na PlayStation. Ty i inni opowiadacie wszędzie, że jestem jakiś wyjątkowy i oni w to wierzą. Mimo to, boję się, że pewnego dnia, ludzie zauważą moją zwyczajność, której nie umiem ukryć. ”
To tyle? Cała oryginalność Feliksa to produkt ludzkiej gadaniny i godzin spędzonych samotnie w domu? No a co z laskami? Dziewczyny, które nie słyszały o nim nigdy, które nie wiedzą ile czasu spędza sam w domu, mimo że nie należy do kategorii „przystojniaków”, ładują mu się do łóżka jakby rozdawał tam za darmo coś cennego. „Ma to COŚ.”- odpowiedziała pewna niewysoka brunetka z oczami wielkości piłek do golfa i asymetryczną grzywką, gdy jeden jedyny raz odważyłem się zapytać.
Rozmowę o indywidualizmie odbyłem z Feliksem około godziny 4.00 rano na tarasie widokowym koło rynku Starego Miasta. Może te godziny i miejsca przydają mu oryginalności? Styl życia charakteryzujący się niedomiarem snu i nadmiarem alkoholu to norma dla mnie i większości moich znajomych. Ci, którzy za dużo śpią i za mało piją, nie są godni zaufania. Na Feliksie można polegać. Nawet gdy zapada niezręczna cisza. On jej nigdy nie próbuje przerywać. Nie ma się jednak poczucia, że wynika ona z braku tematów do rozmowy. Zapada, bo jest nieodłącznym elementem każdej dłuższej konwersacji. Kiedy wypowiadanych jest zbyt wiele słów naraz, musi nastąpić niezręczna cisza jako przerywnik, przecinek, oddech dla wszechświata, w którym te słowa muszą się poukładać. Wszechświat nie nadąża gdy ktoś mówi za dużo. Morał: jeśli dużo i szybko mówisz i nie robisz pauz, twoje słowa trafiają w nicość i równie dobrze mógłbyś odpuścić sobie w ogóle gadanie. Feliks mówi powoli i robi częste pauzy. Zna się na rzeczy. Wie, że dzięki temu, wszystko co powie, gdzieś pozostanie. To trochę podobne do „znaczenia terenu” przez psy. Nie ma się czego wstydzić- człowiek to też zwierzę- tylko trochę bardziej rozwinięte. Nie zaryzykowałbym jednak stwierdzenia, że kierunek, w jakim poszedł homo sapiens jest dobry. Jesteśmy niedoskonali i boimy się niezręcznej ciszy. Gdybyśmy przestali się jej bać i nauczyli się doceniać piękno milczenia wynikającego z braku konieczności mówienia, przestałaby być ta cisza niezręczną. Wszyscy bylibyśmy jak Feliks bez potrzeby robienia czegokolwiek dla podkreślenia własnej odrębności. Nie musielibyśmy kłamać na temat tiramisu.