Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum kategorii ‘osobiste

Monument (dedykowane Horacemu)

z jednym komentarzem

-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.

Written by olgbor

sierpień 23, 2009 at 11:26 am

Napisane w Fikcja, osobiste

Liście

z 4 komentarzami

Kolega mój widział jak samochód potrącił psa na Puławskiej. Nie zabił go od razu. Uszkodził mu kręgosłup i organa wewnętrzne. Zwierzę otrząsnęło się i w szoku, powłócząc tylnymi łapami, tocząc krwistą pianę z pyska, piszcząc z bólu, przebiegło jakieś sto metrów po czym wpadło do przydrożnego rowu… i dopiero tam umarło. Kundel miał obrożę. Pewnie uciekł komuś z posesji. Pewnie ktoś go nie upilnował. W każdym razie śmierć. Ostatnio mnie prześladuje śmierć. Jakieś dwa tygodnie temu córka znajomych moich rodziców umarła. Siedemnaście lat miała. Na drzwiach ich domu wisiała klepsydra. Było napisane, że miała wszystkie święte sakramenty, że była dobrą katoliczką. Kogo to obchodzi? Teraz i tak nie żyje- jak ten pies. On nie miał żadnych sakramentów ale jego też bolało, też czuł jak wychodzi z niego życie.

Koło dworca Centralnego widziałem jak samochód przejechał człowieka. Facet leżał na wznak dobre dziesięć minut i nikt nie próbował udzielić mu pomocy. Nikt nawet nie sprawdził pulsu. Żule ukradli buty, z których wyskoczył przy uderzeniu. Przyjechała karetka, reanimowali go ale jestem prawie pewien, że na marne. Widziałem jak leciał, jak uderzył o czerń zimnego asfaltu. Powietrze śmierdziało śmiercią. Nie wiem czy był dobrym katolikiem. Pewnie nie. Dobrzy katolicy nie chadzają pijani po Jerozolimskich w piątek wieczorem… ale też umierają.

Nie jestem dobrym katolikiem. W ogóle nie jestem katolikiem. W ogóle nie wierzę w Boga. Też umrę. Póki co, żyję i mam się nieźle. Mam się nieźle podczas gdy „dobra katoliczka” leży w drewnianym pudełku pod kilkumetrową warstwą żyznego czarnoziemu. Bo świat… nie jest sprawiedliwy. Z drugiej jednak strony… to życie wcale nie jest takie fajne.

Z katolickiego obrządku lubię Święto Zmarłych. Pomijając wielogodzinne stanie w korkach, wkurwiającą napastliwość cyganek handlujących „pańską skórką” i wszechobecny festiwal fałszywego smutku- żalu po ludziach, których się nie znało, żalu po ludziach, którzy umarli sto lat temu, żalu po funkcjonariuszach SB (też, prywatnie, dobrych katolikach), żalu po dziadkach i babciach, którzy mieli żyć wiecznie ale nie wyszło- lubię Powązki przykryte kocem kolorowych liści- martwych liści nigdy nie mających szans zostać dobrymi katolikami.

Written by olgbor

wrzesień 16, 2008 at 10:39 am

Napisane w osobiste

Podróże

z 4 komentarzami

Wspomnienia z podróży zazwyczaj mają charakter bardziej fantasmagoryczny niż realistyczny. Pustynia w kolorze białego złota, szorstka i matowa, wdzierająca się wierzchołkami egipskich piramid w miękkie, płynne niemal, szafirowe niebo; nowojorskie domy jednorodzinne w północnej części Bronx-u, tak świetnie współgrające z lekko przegniłymi, otaczającymi je trawnikami, że ciężko wyobrazić sobie je baz nich, jak i owe trawniki bez domów; zatłoczony autobus w Bangkoku, w którym bilety kupuje się „do konkretnego przystanku” u śmiesznego człowieczka w granatowym mundurze; magiczny Budapeszt letnią nocą- jego puste uliczki oblane żółtym światłem latarni, przepełnione wilgocią ciągnącą od Dunaju, w ustach posmak Tokaju zmieszanego z Davidoffami Neon, czy wreszcie leniwe popołudnie pod warszawską syrenką nad brzegiem Wisły, z rowerem opartym o ławkę, z łydkami pogryzionymi przez komary i charakterystycznym koktajlem aromatów: kramu do opalania, potu, tytoniu. Pieczęć wyjątkowości mamy w zwyczaju przybijać miejscom, które sami odwiedziliśmy- nie tym, które odwiedził ktoś inny. To dobrze- w końcu świat postrzegać można wyłącznie przez pryzmat własnej osoby, własnego „ja”- nie inaczej. Nigdy nie byłem w Sydney. Pewnie dlatego tamtejszy gmach opery w kształcie rozpostartych żagli zasługuje moim zdaniem mniej na miano jednego z siedmiu cudów świata niżeli pomnik syrenki- z drewnianą, pomalowaną na szaro deską zamiast miecza.

Written by olgbor

czerwiec 13, 2008 at 5:12 pm

Napisane w osobiste

Gdzieś…

z 2 komentarzami

-Poszukujesz sensu?
-Tak. Chyba tak…
-I jak ci idzie?
-Jak na razie bez rezultatów. Może jutro…
-Może poszukaj tam gdzie zgubiłeś?
-Wykluczone. Tego miejsca już nie ma. Tamtego czasu zresztą również.
-Może zapytaj kogoś kto tam z tobą był? Może ktoś pamięta, ktoś coś wie?
-Tych ludzi też już nie ma. Czym właściwie byli oni? Nie zapytam nawet kim? Czym zatem? Mgnieniem może? To wszystko trwało tak krótko…
-To co się z nimi stało?
-Nic.
-Wybacz, ale nie rozumiem.
-Nic się z nimi nie stało. To wszystko w mojej głowie. Nie sądziłem nigdy, że to zajdzie tak daleko.
-Że co zajdzie tak daleko?
-To… Nie umiem tego nazwać. Sens też był mgnieniem. W ogóle, jeśli sens się pojawia to zawsze jako chwila. Kosmicznie niepowtarzalna chwila. Każdy oddech jest jedynym, każdy ułamek sekundy bo nie ma szans już nigdy, absolutnie nigdy, powtórzyć się w tym samym kształcie. Przy kolejnym zawsze coś będzie inaczej. Położenie kuli ziemskiej, kształt paprocha na ramieniu marynarki obcego człowieka gdzieś na drugim końcu świata, temperatura kawy w kubku, długość zarostu na twarzy angielskiego piłkarza, granica wytrzymałości kobiety gwałconej przez oddział bojówkarzy w Sierra Leone, ilość tuszu w długopisie…
-Fakt… ciężko to nazwać. Przemijanie? Nie… zbyt trywialne.
-No widzisz- tak właśnie się zmagam. Nie potrafię uwierzyć w sens wymyślony przez ludzi. Musi być jakiś naturalny, jedyny, właściwy, wypływający z istoty rzeczy. Religie obrażają mój intelekt. Gdyby istniała siła wyższa to na pewno nie miałaby cech ludzkich. Religia jest dla słabych. Sens jest… Ale nie w kościele, meczecie czy synagodze…
-Gdzie?
-Nie wiem. Może tuż za rogiem?

Written by olgbor

maj 14, 2008 at 10:27 am

Napisane w Fikcja, osobiste

Chyba wszyscy tworzymy sobie własne światy.

z 4 komentarzami

To taka odskocznia od rzeczywistości, która nie zawsze daje radę sprostać naszym oczekiwaniom. Nie chcę rozważać, po której stronie leży wina. Po naszej? Może żądamy zbyt wiele? Być może winien jest szeroko pojęty porządek, niemożliwy do określenia stan zwany właśnie rzeczywistością? Na ten temat polecić mogę tylko lekturę „Płynnej nowoczesności” (Liquid Modernity) Zygmunta Baumana. Sam chciałbym się skupić raczej na sposobach ucieczki od tego, co czyni życie nieznośnie prozaicznym, od emocjonalnej rutyny.

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia odwiedza nas przyjaciel, z którym nie rozmawialiśmy od kilku- kilkunastu lat. Obaj staramy się jakoś streścić wszystko to, co przytrafiło nam się przez ten długi czas. Opowiadamy o sprawach zawodowych i życiu prywatnym selekcjonując fakty tak, aby przekazać te w naszym odczuciu najistotniejsze. Przyjaciel robi dokładnie to samo. Z konwersacji wynika nagle, że ktoś z grona wspólnych, dalszych znajomych umarł kilka lat temu. Traf chciał, że padło na osobę, za którą nigdy nie przepadaliśmy. Mając jednak na uwadze panujące konwenanse, spuszczamy wzrok i wymuszonym, smutnym tonem stwierdzamy, że bardzo nam przykro.

Większość z Was- czytujących tego bloga- wie jak dużą wagę przykładam do konstrukcji zdań, które różniąc się minimalnie, mogą zupełnie odmienić wydźwięk wypowiedzi a nawet zniekształcić ją do tego stopnia, że nasza intencja zostaje odebrana opacznie. Powiedzieliśmy „Bardzo mi przykro.” Dlaczego? Ponieważ „tak trzeba”, „tak wypada”. Czy nietaktem byłoby stwierdzenie, że „to przykre”? W moim odczuciu- nie. Tym sposobem można zachować kulturę przy jednoczesnym pozostaniu szczerym. Mówiąc „to przykre” stwierdzamy fakt i nadajemy zdarzeniu cechę. To dość skuteczna ochrona przed zaangażowaniem własnej osoby, bardzo przydatna w tworzeniu własnego świata, w którym nie rozpaczamy po niczyjej śmierci gdyż nie jest nam nawet przykro- przykre jest tylko to, co się stało.

Powyższy przykład trąca ignoranckim egoizmem. Postaram się zatem naświetlić sprawę nieco inaczej. Wyobraźmy sobie, że ktoś dopuścił się bardzo niegodziwego czynu względem nas. Powiemy mu zapewne „nienawidzę cię”, „gardzę tobą”. Stosując wspomnianą metodę po prostu stwierdzimy „nienawidzę Twojego czynu”, „gardzę tym, co zrobiłeś”. Owszem, nie mamy już komfortu depersonifikacji wypowiedzi, lecz przynajmniej wszystkie negatywne emocje przelewamy na czyn- coś nienamacalnego a nie na drugą osobę. Dzięki takiemu podejściu, nasz wyimaginowany świat staje się jeszcze piękniejszy, gdyż całe wypływające z nas zło trafia w nicość- ulatuje zatem.

Czy zastanawialiście się kiedyś, w jakim stopniu Wasze uczucia kształtowane są przez otoczenie a nie wnętrze, gdzie ponoć mają swe źródło? Tu pojawia się nadmieniona na samym początku rutyna. Utrwalone w społeczeństwie modele zachowań formują moim zdaniem modele odczuwania. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że uczucia można sobie wmówić tak samo jak myśli. Trwa to tylko znacznie dłużej ale biorąc pod uwagę skalę całego życia, jest na to czas.

A gdyby tak stworzyć własne, zmyślone realia, które przemodelują ów „model odczuwania”? Co o tym sądzicie?

Written by olgbor

grudzień 19, 2007 at 12:33 pm

Zapytowywuję uprzejmie

z 2 komentarzami

Tylko niedziele takie są… Jeszcze czasem soboty i pierwsze dni stycznia. Na bezchmurnym szafirowym niebie jaśnieje Aton w kolorze białego złota, powietrze jest krystalicznie czyste a jednocześnie na tyle gęste, że zdaje się spowalniać wiązki padającego światła.

Okna mojego pokoju wychodzą na zachód ale dzięki aluminiowym żaluzjom odbijającym promienie od sąsiedniego bloku mam co rano u siebie blask młodego słońca. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę znacząco poprawia smak tej pierwszej w danym dniu kawy.

Lubię, będąc jeszcze w piżamie, rozłożyć sobie na stole świąteczne wydania kilku gazet codziennych i zagłębić się w ich mętne przekazy- w mozaiki tak naprawdę nikogo nie obchodzących weekendowych pierdół. Niestety, nadchodzące wcześniejsze wybory parlamentarne i cały przedwyborczy turniej we wzajemnym obrzucaniu się gównem psują mi od jakiegoś już czasu ten przyjemny rytuał.

Czytałem dzisiaj Wyborczą. Napisali, że Kaczory nie chcą wpuścić obserwatorów OBWE na wybory. Czyżby mieli coś do ukrycia? Kilka stron dalej krótka relacja z rozprawy sądowej PO kontra Gosiewski- żal aż czytać jakiej argumentacji do swej obrony używał pisak. No ale to też w sumie dziwić nie powinno- PiS od samego początku swej kadencji wyzywał wszystkich przeciwników od bandytów, złodziei i członków układu więc teraz, w trakcie kampanii wyborczej naiwnym byłoby spodziewać się zmiany stylu w prowadzeniu gry politycznej.

Po szybkiej „prasówce” i przywołaniu w pamięci tekstu Ewy Thompson poleconego niedawno przez Woykersa zadałem sobie dość smutne pytanie, które i do Was kieruję. Czy nie żyjemy przypadkiem w kraju trzeciego świata?

Written by olgbor

wrzesień 22, 2007 at 5:37 pm

Napisane w osobiste, polityka, prasa

Jesienna rapsodyja

z 5 komentarzami

Już chyba jesień. Patrzę na drzewo przed moim domem, jak żółknie i gubi liście i myślę, że trochę mi smutno. Może to chwilowa chandra podobna do tej opisanej w „Albumie” prawie rok temu, spowodowana wyjątkowo wczesnym opuszczeniem  naszego kraju przez lato. W Zakopanem spadł wczoraj śnieg.

 

W Salzburgu też… i co z tego?

 

Picie mocnego alkoholu nie jest trendy. Tak wyczytałem w jakimś kolorowym szmatławcu z serii „dla prawdziwych facetów” i wiecie co myślę? Mam to w dupie. Jak tu sobie odmówić małej whisky  z lodem gdy za oknem jest już tak nieprzyjemnie a to dopiero wrzesień?

 

„-Może powiedzą mi Szanowni Państwo, co tu zrobić żeby nie pić?

-Nie kupować! Przede wszystkim nie kupować!”

 

To zasłyszane w centrum, pod Rotundą. Pytanie zadał stary, podpity alkoholik, któremu jakieś dwa- trzy miesiące wcześniej być może uratowałem życie na pętli autobusowej nieopodal domu… ironia losu.

 

-Uratować komuś życie to tak jakby dać mu nowe… rozumiesz- nową szansę.

-Dać?

-No dać… tak jak prezent pod choinkę.

-A myślisz, że kolejna para wełnianych skarpet potrafi uszczęśliwić gdy dostajesz takową co roku od dziesięciu lat?

 

Nie ważne zresztą… Jeśli chcesz mi kupić kolejne skarpety, krawat albo głupawą statuetkę do postawienia na regale (świetnie zbierają kurz) to z góry dziękuję. Pisze o tym bo w ciągu dwóch miesięcy zaczną się we wszystkich zasranych galeriach, tarasach, arkadiach i marketach świąteczne promocje zakrapiane syntetyczną żurawiną w wentylacji.

 

-Zgredziejesz stary. Ja z resztą też. Obaj zgredziejemy.

-Dlaczego?

-Przeczytaj sobie, co napisałeś linijkę wyżej.

-Masz chyba rację…

-Mam chyba…. rację- srację. Wkręcam cię debilu!

 

Na koniec pragnę wszystkim Wam życzyć wesołego jajeczka i mokrego „dyngusa”.

 

 

 

 

Written by olgbor

wrzesień 7, 2007 at 4:34 pm

Napisane w osobiste

O tym jak trudno będzie być nami

z 4 komentarzami

„Jestem tym wszystkim, jednocześnie będąc tego hańbą” myślałem przeglądając przedwojenne fotografie moich przodków, siedząc na ciężkim kacu przy mocnej kawie. Autorem większości tych zdjęć był mój dziadek od strony mamy. Odbitki, w większości bardzo małych rozmiarów, trzeba oglądać przez lupę. Szlachetne twarze przedwojennej inteligencji. W pewnej chwili uderzyła mnie taka bolesna autokrytyczna refleksja, że moi potomkowie za kilkadziesiąt lat, patrząc na przepite, wąskie oczka i zmęczoną twarz swego dziadka- pradziadka, nie będą odczuwać tej dumy połączonej z lekkim zakłopotaniem, która dana mi jest podczas takich sentymentalnych foto-przeglądów.

Z drugiej jednak strony, być może taka jest naturalna kolej rzeczy…? Być może jestem swoimi przodkami w wydaniu „up to date” na XXI wiek? Trochę trudno przyjąć mi tę interpretację gdyż miałem pecha urodzić się, jak to mówi Woykers, „retrosentymentalistą”- człowiekiem bardziej pasującym do XVIII-XIX stulecia aniżeli do obecnego.

Czasami staram się wyobrazić jak wyglądałyby niektóre miejsca gdyby w jednej sekundzie czas cofnął się na przykład do drugiej połowy XIX wieku a ja nadal stałbym w tym samym miejscu.

Jeśli wierzyć w darwinowską teorię selekcji naturalnej, uznać powinienem w pewnym punkcie, iż jakiekolwiek kompleksy nie maja tu racji bytu- przecież zawieram wszystko to, co najlepsze w materiale genetycznym moich przodków (plus kilka cywilizacyjnych defektów).

Po kilkukrotnym przeczytaniu poprzedniego akapitu nasunęła mi się jeszcze jedna myśl… Być może właśnie ten „świetny” zestaw genów winien jest temu, że jakby nie pasuję do współczesności i lepiej czuję się uciekając do papierowego świata, którego już nie ma niż rozpływając się w technokratycznej przestrzeni globalnej wioski, od której interaktywności chce mi się rzygać. Być może jestem jednostką, która niefartownie stanęła akurat w strefie kolizji tych dwóch „niby-światów” przyjmując całą podwojoną siłę zderzenia na siebie? Pociesza tylko myśl, iż nie jestem osamotniony w takim odbiorze rzeczywistości.

Czy wobec tego moi potomkowie będą tak naprawdę mną wsadzonym w przyszłość, która nie rysuje się wcale kolorowo? Wyrazy współczucia dzieci! Obiecuję, że zostawię wam dużo zdjęć w spadku, abyście nie zwariowały jako dorośli ludzie. Obiecuję starannie skompletować dla was album, na którego kartach wyglądał będę szlachetnie a ten jakże nieidealny świat będzie piękny. 

 

Written by olgbor

sierpień 23, 2007 at 3:52 pm

Napisane w osobiste

ONA

z 4 komentarzami

………………………………………………………………………….

Zawsze okrywa swoją twarz wilgotną płachtą z białej, cienkiej bawełny a resztę ciała osłania czarnym sari na modłę hinduską. Kilkaset lat temu malowała na białym suknie czarny krzyż, którego ramiona miała na wysokości oczu. Zaprzestała jednak to robić od kiedy symbol ten stracił dawną moc. Co rano, niemal z zegarkiem w ręku, o godzinie 8.00 wybiega ze swego namiotu na spaloną słońcem pustynię „aby głosić prawdę”. Nie zapuszcza się w piaszczystą otchłań a jedynie krąży wokół pobliskiego drewnianego kikuta, który był niegdyś drzewem życia. Nie ma zresztą po co, bo pustynia jest bezkresna. Kiedy w samo południe pada na kolana przed swym Panem, niewzruszenie górującym nad wszechmaterią od milionów lat i uderza z całej siły czołem w ziemię, spomiędzy erozyjnych szczelin wytryskuje na moment mała fontanna krystalicznie czystej, lodowatej wody. Pan jest dla niej łaskaw gdyż tylko ona ma w sobie tyle determinacji aby przez całe, niekończące się życie świadomie błądzić i godzić się z tym. Nie ma już z resztą konkurencji od kiedy wieczność okazała się skończona.

Gdy zapada zmrok, wraca do namiotu i przy świetle pochodni wykonanej z jednej z pomniejszych gałęzi drzewa życia przegląda stare zdjęcia. Album zawiera historię świata. Pierwszy obrazek to dość nietypowy pejzaż- wygląda trochę jak te przekazane niegdyś przez sondy „krajobrazy z marsa”. Ona wie jednak, że ma przed oczyma kadr z narodzin Ziemi.

Na pierwszym planie króluje brunatna, gdzieniegdzie bulgocząca, na wpół płynna magma. Na dalszych zaś rysują się rozliczne, mniejsze i większe wulkany a tło stanowi czerwień o różnych odcieniach. Kolejna strona ukazuje moment, w którym człowiek zrozumiał (lub też uroił sobie), iż nie jest zwierzęciem. Grupka nagich, zarośniętych dzikusów zabija mamuta przy użyciu wielkich, szarych kamieni. Na następnej fotografii natomiast, ci sami mężczyźni, acz już ogoleni i odziani w lekkie zbroje, zabijają innych, podobnież ubranych mężczyzn. W tle płonie osada, u której bram leżą bezwładnie ciała dzieci, zgwałconych kobiet i zwierząt domowych. Ona wie, że tak musiało być dlatego te na pozór dramatyczne sceny nie wywołują na jej twarzy żadnych emocji. Wierzy ślepo, iż taka musiała być widocznie wola Pana. Kolejna karta albumu przedstawia rozradowany tłum brzydkich, zniszczonych, bezzębnych postaci. Okrążają one całopalny stos, na którym stoi w płomieniach przytwierdzona do pala kobieta. Obok stosu łatwo dostrzec kapłana wykonującego prawą ręką znak krzyża. To dzięki niemu Ona powstrzymuje się od histerycznego wybuchu gdyż przeważa w jej umyśle świadomość, że „taka widocznie była wola Pana”. Przez następnych kilka stron, obrazki są bardzo podobne do przed chwilą opisanego. Zmieniają się jedynie narzędzia kaźni, stroje tłumu i płeć straceńca. Na ostatniej stronie ktoś przykleił dwa zdjęcia. Pierwsze z nich przedstawia kilkadziesiąt wychudzonych postaci w pasiakach, wyciągających dłonie przez szczeliny w ogrodzeniu z drutu kolczastego oraz trzech mężczyzn w szarych mundurach ozdobionych przekręconym o kilkadziesiąt stopni indyjskim symbolem pokoju. Trzymają w rękach broń palną. Ostatnia fotografia w albumie to kadr z amatorskiego filmu nakręconego 11 września 2001 roku, o czym informuje podpis.

Ona zawsze bardzo dokładnie studiuje każdy z obrazów. Zawsze kiedy zamyka album jest już godzina 8.00 rano- czas na głoszenie „prawdy” i oddawanie czci Panu wszechrzeczy. Nie ma miejsca na refleksję.

Written by olgbor

lipiec 24, 2007 at 10:25 pm

Napisane w osobiste

Na dachu nieistniejącego świata

z 5 komentarzami

Turkusowe niebo rozlało się na szare płótno. Gdzieniegdzie, jego nieskazitelność zaburzają pozornie białe chmury. Owa pozorność to sprawka słońca w kolorze skrzydełek komara z etykietki „Off Delicate”. Tak naprawdę „podniebne baranki” straszyć powinny grafitową tonacją niewiele odbiegającą od barwy samego płótna splecionego z ostatnich westchnień socjalistycznych architektów o chujowych, rosyjskich nazwiskach. Warszawa widziana przez brązowe szkło butelki lokalnego piwa lub tuman siwego dymu o niezidentyfikowanym składzie chemicznym naprawdę daje się lubić.

Kiedy byłem jeszcze naiwnym kretynem, lubiłem sobie czasem popodziwiać opisany powyżej pejzażyk. Czułem się wówczas jakby integralną jego częścią, jakby interakcja widz-dzieło była tak silna, że przez samo patrzenie zaczynałem dostrzegać samego siebie w roli nienaruszalnej, istotnej części kompozycji. Napawałem się tym uczuciem jak otyła 13-latka podwójną, różową watą cukrową ze stoiska na Polach Mokotowskich. Pewnego jednak dnia, przemiły pan sprzedawca zamiast sacharozowych, kolorowych nitek nawinął mi na patyczek kilkaset kilometrów drutu kolczastego typu „Guantanamo”. Zdziwiło mnie to trochę i przestałem od tego momentu lubić „warszawski uliczny syf” tak namiętnie opiewany w utworach para-muzycznych przez niedojrzałych trzydziestolatków o przejaranych mózgach.

Mówią, że nic w przyrodzie nie ginie i chyba tak rzeczywiście jest bo moją miłość zamieniłem na współczucie… współczucie dla tych, których jedynym światem jest stołeczne szare blokowisko. Oczywiście nie mam na myśli jednostek potrafiących być z tym szczęśliwymi- one urodziły się, jak napisał Dostojewski przemawiając ustami Raskolnikowa, aby „być tylko materią” a ich jedynym życiowym celem jest „materii rozmnożenie”. Krótko mówiąc „simplexy”- podtrzymywacze gatunku- też są potrzebne a „naturalny porządek rzeczy” okazał się dla nich łaskaw gdyż rodzą się bez „potrzeb wyższych”- wygodne. Moje współczucie zaś dotyczy osób, które miały pecha urodzić się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Jak mam dołek to tak się właśnie czuję. Kiedyś jeszcze się nad sobą użalałem ale dziś już wiem, ze to bezcelowe. Staram się być malarzem własnego pejzażu zamiast oglądać cudze i tego samego życzę wszystkim, którzy nie mogą się odnaleźć. Nie twierdzę, że to jest jedyna właściwa droga i że doprowadzi ona do celu ale swojej racji lub jej braku przekonam się w przyszłości.

Rubinowa czerwień rozlała się na białe płótno. Jej nieskazitelności nie może nic zaburzyć… i to jest właśnie cel.

Written by olgbor

czerwiec 7, 2007 at 5:24 pm

Napisane w osobiste