Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum kategorii ‘media

Czy microblogi rozsadzą Chiny?

Skomentuj »

Od dłuższego czasu, a konkretnie od momentu, w którym Chińska Republika Ludowa stała się jednym z najważniejszych graczy na światowych rynkach, można natknąć się w mediach na wiele sprzecznych prognoz odnośnie tego kraju. Sprzeczności w prognozach wynikają bezpośrednio ze sprzeczności w diagnozach. Choć wszyscy możemy, z poczuciem podziwu i niepokoju zarazem, obserwować niespotykanie szybki rozwój chińskiej gospodarki, w oczach wielu badaczy i publicystów, Chiny są „kolosem na glinianych nogach”, „papierowym tygrysem”, jak nazwaliby je sami Chińczycy.

Nikt dziś jednak nie wątpi w to, że ChRL przestała być wyłącznie fabryką świata – stała się też potężnym konsumentem – również elektroniki, usług internetowych, niezależności, jaką daje sieć. Według danych Banku Światowego, w latach 2009/2010 ponad 27,5 proc. chińskiego eksportu stanowiły produkty z sektora hi-tech. Ponad 460 milionów Chińczyków korzysta dziś z Internetu, co stanowi 1/3 populacji tego państwa. Choć chiński rząd od lat stara się kontrolować treści, do których mają dostęp, i które sami publikują obywatele, skala zjawiska w pewnym momencie przerośnie techniczne możliwości cenzorskie państwa (o ile już się tak nie stało). Nakładom na systemy kontroli towarzyszy zaś tworzenie prawa, które z pozoru przyznaje internautom pełną swobodę, lecz w istocie daje się interpretować przez władze w dowolny sposób – również do osiągania skutku odwrotnego.

„Arabska Wiosna” rozlała się po krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej głównie za sprawą portali społecznościowych, w szczególności YouTube, Twittera i Facebooka. Popularna „twarzoksiążka” mogła pochwalić się pod koniec 2011 roku liczbą 845 milionów aktywnych użytkowników. Lider wśród platform microblogowych – Twitter – ma dziś na całym świecie ponad 350 milionów „ćwierkaczy”. Szafowanie liczbami ma tu na celu unaocznienie czytelnikowi skali zjawiska, aby następnie ukazać pewien, dający, jak sądzę, do myślenia, stosunek ilościowy. Najpopularniejszy chiński serwis społecznościowy – łączący cechy Facebooka i Twittera – Weibo.com, jest używany przez ponad 30 proc. chińskich internautów, a zatem przez co najmniej 138 milionów ludzi, a więc prawie połowę liczby użytkowników Twittera w skali globalnej. To prawie czterokrotność populacji Polski.

Serwis TheRegister.co.uk doniósł, powołując się na informacje agencji Xinhua, że w miniony weekend (31.03 – 1.04.2012), dwie największe firmy prowadzące chińskie serwisy społecznościowe – Tencent (właściciel Weibo) i Sina – zostały ukarane przez rząd i zmuszone do zawieszenia możliwości publikowania przez użytkowników wpisów microblogowych, co było konsekwencją rozprzestrzenienia się za ich pośrednictwem niczym niepodpartych plotek, jakoby w Pekinie miał miejsce… zamach stanu! Plotka pojawiła się dwa tygodnie temu i wstrząsnęła „chińskim Internetem”. Cenzorzy byli bezradni – fikcyjne informacje rozprzestrzeniały się zbyt szybko by ktokolwiek mógł je efektywnie blokować. Rozłam na szczytach Partii miał dokonać się w związku ze zwolnieniem z funkcji sekretarza miasta Chongqing (ważnego ośrodka przemysłowego) Bo Xilai’a, będącego jednocześnie członkiem Politbiura. Internauci donosili o wozach opancerzonych na ulicach i odgłosach wystrzałów w okolicach siedziby Partii.

Pod zarzutem rozpowszechniania plotek aresztowano sześć osób. Tego typu działalność jest uznawana za nielegalną na podstawie, ustalonych we wrześniu 2011 roku nowych, surowych wytycznych dotyczących korzystania z serwisów microblogowych. Wytyczne nakazują m.in. rejestrację użytkowników z imienia i nazwiska.

Opisana powyżej sprawa to burza w szklance wody, jednak warto zastanowić się, co mówi ona o chińskich władzach, o stabilności systemu i skuteczności projektu „Wielkiego Firewalla Chińskiego”? Czy  microblogi rozsadzą Chiny?

Wspomniane, nowe wytyczne z września ubiegłego roku, były reakcją władz na trudności w kontroli, jakich nastręczały, będące novum na chińskim rynku, microblogi. Wpisy na nich pojawiały się i rozpowszechniały zbyt szybko, by systemy takie jak kolejne wcielenia kontrowersyjnych Green Dam, czy Blue Shield mogły je wychwycić i zablokować. Zaostrzanie prawa dotyczącego cenzury, głośne aresztowania i niemal publiczne ruganie przez władze koncernów, których wartość akcji w ekspresowym tempie rośnie na światowych giełdach, a to wszystko w związku z plotką, którą Bo Xilai mógł uśmiercić jednym, krótkim oświadczeniem wydanym na życzenie Politbiura, może wskazywać na poważny niepokój na szczycie Komunistycznej Partii Chin. „Chińska droga”, reformy Deng Xiaopinga, oddzielenie polityki od gospodarki – koegzystencja komunizmu z kapitalizmem, czy, jak chcą niektórzy, funkcjonowanie kapitalizmu państwowego – to wszystko pojęcia z ery przed-internetowej, najdalej z czasów Web 1.0. To ważna słabość systemu, z której, jak sądzę, chińskie władze zdają sobie sprawę. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na sam sposób funkcjonowania systemów cenzorskich w ChRL i usytuowania ich w strukturze administracyjnej. Otóż cenzurą nie zajmują się tam bezpośrednio urzędnicy państwowi. Ci tylko nadzorują rozwój projektów, które od Ministerstwa Przemysłu i Technologii Informacyjnej przejęły prywatne firmy. Tak było m.in. z projektem Green Dam, który obecnie rozwija firma Beijing Dazhang. Systemy cenzorskie usytuowane są więc na pograniczu sfery rządowej i prywatnej, a więc, w myśl logiki chińskiego systemu, jedną nogą stoją po kostkę w polityce, drugą, po kolano, w gospodarce wolnorynkowej. Gdzie jest spoiwo? W osobach chińskich biznesmenów, w większości będących jednocześnie dobrze sytuowanymi figurami w Partii. Skąd więc możliwe niepokoje? Myślę, że głównym ich motorem jest, paradoksalnie, rozwój gospodarczy.

Szybki rozwój gospodarczy ciągnie za sobą, może nie tak szybki, ale jednak, wzrost standardu życia. Tu już nie chodzi o iPody (tak się tam nazywają, chociaż nie produkuje ich Apple), samochody (popularne kopie europejskich pojazdów z lat 1999 – 2005), czy modne ubrania. Chodzi o to, że Chińczycy stają się społeczeństwem informacyjnym, a takie społeczeństwo ma inne potrzeby, oczekiwania i aspiracje niż „dzieci rewolucji kulturalnej”, o których pisał John Pomfret w „Lekcjach chińskiego”.

Czy Chiny są „papierowym tygrysem”? Czy kolos ma „gliniane nogi”? Niby nic na to nie wskazuje, ale co to za kolos, który boi się twitterowego plotkarstwa? Skoro rynek internetowy w Chinach stale rośnie, oznacza to, że chińscy potentaci, jak Tencent, nadal będą rośli. Skoro ci sami ludzie siedzą u steru państwa i korporacji, być może w pewnym momencie, widząc, że pompowanie pieniędzy w nieskuteczne systemy cenzorskie, zwyczajnie się nie opłaca, będą musieli wybrać sobie jedną z ról. Myślę, że dla świata lepiej by była to rola biznesmenów bo jako komuniści nie sprawdzają się najlepiej.

Written by olgbor

Kwiecień 2, 2012 at 3:44 pm

Operator Miller

Skomentuj »

Temat tortur, do których miało dochodzić w tajnych bazach CIA w Europie Środkowej w latach 2002 – 2005 powraca od kilku lat jak bumerang. Będzie pewnie powracać nadal – dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Dziś stał się narzędziem walki politycznej na lewicy. Czy Janusz Palikot swymi atakami pogrąży Leszka Millera, a wraz z nim SLD? A może ostre wypowiedzi na temat lidera Sojuszu  przyniosą skutek odwrotny do zamierzonego? Co na to rząd? Co na to PO?

Mówi się, że katownie miały być zlokalizowane w Polsce, na Litwie i w Rumunii. Niektórzy wskazują nawet konkretne miejsca, jak Stare Kiejkuty (PL), czy Antaviliai (LT), jednak we wszystkich trzech państwach politycy, którzy, z racji pełnionych w tym czasie stanowisk musieliby wiedzieć o procederze, idą w zaparte twierdząc, że tortury nie były stosowane a cała sprawa jest wymysłem mediów i organizacji pozarządowych. Temat badały już różne instytucje. Żadnej nie udało się odrzucić scenariusza, wedle którego amerykański wywiad dopuszczał się tortur na terytorium wspomnianych państw członkowskich Unii Europejskiej. Rozstrzyganie o słuszności lub niesłuszności zarzutów nie jest jednak moją intencją. Sprawa stała się bowiem narzędziem walki politycznej na polskiej lewicy a jej wynik nie jest przesądzony.

Lider Ruchu Palikota bardzo ostro wypowiedział się na swoim blogu na temat całej sprawy. Stwierdził, że Polska może być „więzieniem, burdelem, polem ćwiczeń”, zaś odpowiedzialność za to przypisał Leszkowi Millerowi. Trzeba przyznać, że nawet jak na Janusza Palikota, wpis „Polska – kraj do wynajęcia na więzienie” jest w każdym aspekcie ostry – zarówno jeśli chodzi o język, jak i poważne oskarżenia pod adresem nie tylko samego Millera, ale też innych polityków, których sprawa jakkolwiek dotyczy. Co ciekawe, do katalogu osób współodpowiedzialnych za uczynienie z Polski „burdelu” nie zaliczył Aleksandra Kwaśniewskiego, który przecież do grudnia 2005 roku zamieszkiwał pałac przy Krakowskim Przedmieściu 46/48 (nie brzmi tak fajnie jak Downing Street 10 niestety), zaś znalazły się w nim takie osoby jak Jarosław Kaczyński, czy Zbigniew Ziobro. Nic w tym dziwnego, skoro Kwaśniewski udziela Ruchowi poparcia a Palikot snuje na łamach Newsweeka wizje, w których były prezydent jest premierem, a on sam – prezydentem. W polityce nie rzuca się krwistym mięsem bez powodu, bez celu. W czym więc rzecz?

Rządowi Leszka Millera zarzucano wiele, także na lewicy. Jednym z głównych zarzutów był od zawsze serwilizm w stosunku do Stanów Zjednoczonych, którego kwintesencję stanowiło wysłanie polskich wojsk do Iraku. Kiedy latem 2006 roku wyszła na jaw sprawa tajnych więzień, opinia publiczna była oburzona, ale ludzie jakoś nie dawali za bardzo wiary doniesieniom m.in. Human Rights Watch, zaś ci którzy przyjmowali napływające z różnych źródeł niepokojące informacje, choć odczuwali często wstyd, zażenowanie, złość, kierowali te negatywne emocje w głównej mierze na Amerykanów, nie oskarżano polskiego rządu. Ten zresztą wszystkie ewentualne zarzuty odpierał przez negację.

Im dłużej nic nie wiadomo, im więcej wokół sprawy rośnie znaków zapytania i kontrowersji, tym lepszym staje się ona materiałem na polityczny pocisk. Zarzuty postawiono, jak na razie, tylko Zbigniewowi Siemiątkowskiemu – ówczesnemu szefowi Agencji Wywiadu. Od razu pojawiły się jednak głosy, że Siemiątkowski ma się stać kozłem ofiarnym, który ochroni pozostałych winnych. Zwrócił na to uwagę również Palikot.

Dla Leszka Millera temat jest niewygodny. Były premier ma jednak swego rodzaju milczące (lub mówiące bardzo nie wprost i szeptem) poparcie ze strony Platformy Obywatelskiej. W programie „Fakty po faktach” (28.03.2012) Stefan Niesiołowski wypowiadał się na temat szefa Sojuszu w sposób, wyjątkowo jak na niego, delikatny. Cały jad skierował na Palikota. Rozmowa dotyczyła, co prawda relacji państwo – kościół – pieniądze, ale może być wskaźnikiem trendu. Myślę, że jest to pewien znak. Niesiołowski, jako polityk barwny, głośny, skory do awantur, a przy tym posłusznie reprezentujący stanowisko partii, jest moim zdaniem, dobrym wskaźnikiem kierunku, w którym zmierza Platforma Obywatelska. PO woli przewidywalnego Millera niż nieobliczalnego Palikota; bardziej jej na rękę stary wróg niż nowy – w dodatku zdrajca.  Czy więc ostre ataki na Millera opłacą się Ruchowi? Myślę, że mimo wszystko, tak. Warto pamiętać, że wyborcy mają zasadniczo słabą pamięć. Zarzuty postawione Siemiątkowskiemu stały się korbą rozruchową dla od dawna nieużywanej maszyny „Polska – więzienia – tortury”. Janusz Palikot bardzo zdecydowanym ruchem tą korbą zakręcił (stąd ostrość wypowiedzi) i spokojnie będzie patrzył, czy nie najmłodszy już Miller będzie potrafił tę maszynę obsłużyć. Bierne poparcie ze strony Platformy niewiele tu pomoże. Politycy partii władzy nie będą chcieli angażować się w sprawę, która dla nich jest również drażliwa. Media mogłyby zacząć rozpisywać się na przykład na temat przenoszenia spraw związanych z tajnymi więzieniami z jednej prokuratury do drugiej bez żadnego racjonalnego uzasadnienia, co nawet w oczach laika jest typową grą na zwłokę. To byłoby Platformie bardziej nie na rękę niż Palikot jako konkurent.

Sprawa jest poważna choć niektórzy próbują ją bagatelizować. Dopóki nie zostanie wyjaśniona, wszystkie rządy od 2002 roku, a więc również obecny i kolejne, będą uwikłane w torturowanie ludzi na terenie RP, będą współwinne.

Written by olgbor

Marzec 28, 2012 at 11:00 pm

Quo Vadis Lewico? Dlaczego jesteś pijana?

Skomentuj »

19 marca w audytorium im. Stefana Czarnowskiego na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się debata pod hasłem „Quo Vadis Lewico?”. Organizatorem wydarzenia był Ośrodek Analiz Politologicznych UW. Na pytania prof. Mirosława Karwata, doc. dr Bohdana Kaczmarka i dr Małgorzaty Kaczorowskiej odpowiadali: Ryszard Kalisz (SLD), Andrzej Rozenek (Ruch Palikota) i Sergiusz Najar (Stowarzyszenie „Ordynacka”). Spotkanie poprowadziła doc. dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.

Czy udało się w jakimkolwiek stopniu kolektywnie odpowiedzieć na tytułowe pytanie?
Nie sądzę, jednak uważam, że każdy z uczestników spotkania (biernych lub czynnych) mógł na jego podstawie wytworzyć własną odpowiedź. Mogę mówić tylko za siebie i to zamierzam uczynić poniżej.

Po pierwsze, uważam, że w miejscu pytania o kurs lewicy powinno znaleźć się pytanie o to, czy lewica w ogóle w Polsce istnieje. Szokujące? Nie bardzo. Jedyną partią parlamentarną posiadającą lewicowy program jest obecnie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Bacząc jednak na jego dokonania – służalczy stosunek do kościoła czy interwencję w Iraku oraz całkowitą bierność w sprawach takich jak legalizacja związków partnerskich – trudno postrzegać tę partię jako lewicową. Niewdzięczne przypadło stanowisko Ryszardowi Kaliszowi, którego darzę sporym szacunkiem i niemniejszą sympatią. Zaproszono go jako przedstawiciela SLD bo jest rozpoznawalny i przez masy z tym ugrupowaniem kojarzony. Sam Kalisz w sposób dyskretny dystansował się od wielu stanowisk głoszonych przez jego partię. Mówił o swoistym „konserwatyzmie polskiej lewicy”. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem tę wypowiedź, nie wiem czy „konserwatywna lewica” oznaczać miała konserwatyzm lewicowości działaczy tj. przywiązanie do lewicowości w starym stylu, czy też konserwatyzm działaczy SLD, tj. konserwatywne poglądy członków partii lewicowej. Interpretacji nie ułatwia fakt, iż wypowiedź ta padła w kontekście uległości rządu Leszka Millera wobec kościoła. Większy sens miałoby pewnie zaproszenie samego Millera, ale wątpię, czy przyjąłby zaproszenie. Ruch Palikota? Sam Andrzej Rozenek przyznał, pod naciskiem co prawda ze strony prof. Karwata, że lewicowość jego partii jest właściwie łatką przypiętą jej przez media. Podstawowe wartości, jakie Ruch Palikota głosi, są w istocie wartościami czysto liberalnymi. Sprawy obyczajowe stanowią dla Ruchu i lewicowości punkt zbieżny. Stanowisko zaś w kwestii gospodarki i polityki społecznej, sytuuje młodą partię na scenie politycznej bliżej Donalda Tuska niż wspomnianego Leszka Millera. Czy mówienie o lewicowości z liberalnym stosunkiem do gospodarki ma jakikolwiek sens? No chyba nie bardzo. To jest bolid F1 na kwadratowych kołach. Nie da się ułożyć jednego obrazka z dwóch różnych zestawów puzzli.  Metafory można tu mnożyć w nieskończoność, ale przyznać trzeba, że sfera obyczajowa, która dla większości młodych wyborców o poglądach lewicowych została zaniedbana przez Sojusz, wyeksponowana przez Janusza Palikota dała mu sukces. To jednak nadal puzzle z jednego kompletu. Bardzo istotne pytanie zadała dr Kaczorowska – czym jest właściwie lewicowość? Serguisz Najar mówił o stosunku do przeszłości a Ryszard Kalisz, jak zwykle wygłosił tyradę o lewicowej wrażliwości (co akurat uważam za najbardziej sensowne w zaistniałych okolicznościach). Czy więc mamy w Polsce lewicę? W moim odczuciu można tu użyć metafory florystycznej (zainspirowanej zresztą drugim członem pytania Pani doktor, czy mamy w Polsce szansę na rodzime L’Ulivo – Drzewo Oliwne – jak we Włoszech). Jeśli PRL była drzewem, które rozrosło się nadmiernie, złapało liczne choroby, a w dodatku było nieźle targane przez wiatry historii, myślę, że po zwaleniu się tego drzewa, mamy dziś tylko doniczkę z czymś tam kiełkującym pomiędzy grudkami średnio pulchnej gleby i dąb Bartek raczej z tego nie wyrośnie, ale może być to całkiem ładny fikus.

Po drugie, sądzę, że dobór gości na debatę był nietrafiony. Skoro Ruch Palikota nie jest w istocie partią lewicową, Ryszard Kalisz nie bardzo oddaje stanowisko Sojuszu Lewicy Demokratycznej a Sergiusz Najar… niewiele powiedział, to z jakim głosem lewicy mamy tu do czynienia? Jak ten głos, to trio, miałoby nam odpowiedzieć dokąd zmierza lewica? Może należało zaprosić Piotra Ikonowicza? Może Piotra Gadzinowskiego? Może Marka Borowskiego? Wiem, że nie da się zaprosić wszystkich, a celem było realne określenie kursu, który wyznaczać, teoretycznie, mogą dziś tylko RP i SLD, ale skoro okazało się to niemożliwe to może już więcej korzyści przyszłoby w konfrontacji życzeniowych koncepcji lewicowego planktonu? Na płaszczyźnie teoretycznej, taka dyskusja na pewno byłaby ciekawsza.

Jak kto „wypadł”? Klasycznie. Ryszard Kalisz i Andrzej Rozenek do świetni mówcy, nie można im zarzucić, w moim odczuciu, niczego, z wyjątkiem tego, że odpowiedzi udzielali zbyt długo, przez co nie starczało czasu dla trzeciego uczestnika debaty.

Jakiej więc odpowiedzi na pytanie Quo Vadis Lewico ja sobie udzieliłem? Otóż, mam wrażenie, że lewica zachowuje się trochę jak bohater popularnego niegdyś na YouTube filmiku „Idę albo nie idę” – zatacza się, robi kilka kroków do przodu, kilka wstecz, zatrzymuje się żeby zjeść arbuza, krzyczy, ale niewiele z tego wynika bo w jednym kadrze pozostaje od co najmniej ośmiu lat. Mam nadzieję, że wytrzeźwieje i ruszy niebawem naprzód.

Written by olgbor

Marzec 26, 2012 at 10:05 am

KTO JEST „ZA A NAWET PRZECIW”? A MOŻE NAWET ODWROTNIE?

z 3 uwagami

Czemu służyć ma nagonka na gimnazjalistów? Chcemy rozwiązać poważny nowy problem w oświacie, czy może potrzebne jest mocniejsze poparcie dla skompromitowanego i wyśmiewanego przez większość społeczeństwa ministra?

felgraf.jpg

Czasami zastanawiam się, komu właściwie media służą w tym kraju za narzędzie i dlaczego. Nie od dziś wiadomo, że obiektywna prasa i telewizja nie istnieją. Każda stacja czy wydawnictwo sprzyja jakiejś opcji politycznej i poprzez odpowiednie prezentowanie problemów oraz kładzenie nacisku na „właściwe” z nich, wspomaga swych ulubieńców przysparzając im nowego elektoratu lub po prostu umacniając ten, który już jest. Takie założenie przyjmować zwykłem dotychczas, jednak obserwując to, co wypisują gazety i portale internetowe oraz o czym trąbią wszystkie telewizje od czasu tragedii w gdańskim gimnazjum, odchodzę powoli od wspomnianego poglądu. Dobrze znamy wybiórczość tak bardzo powszechną w środkach masowego przekazu. Tradycja chce, aby była ona celowa i prowadziła do konkretnego sukcesu konkretnej grupy. Tradycja jednak, jak widać nie ma tu znaczenia bo wszyscy nagle zaczęli, wbrew temu, co mówią, sprzyjać ministrowi Romanowi Giertychowi- nawet jego zagorzali przeciwnicy. Może wszystko jest w porządku i tendencyjność pozostaje zachowana lecz działa na rzecz rządu? Pozwolę sobie wziąć za przykład informacje z pierwszej strony portalu o2.pl, gdzie korzystam z bezpłatnej poczty. Zaledwie sześciu dni potrzeba było, aby ukazało się tam 9 wiadomości mówiących o przestępstwach dokonywanych przez małoletnich oraz nauczycieli w szkołach i poza nimi(dalej nie chciało mi się liczyć ale było ich tam jeszcze kilka). Czy przed gdańską tragedią takich przypadków było mniej? Oczywiście, że nie. Warto jest się zastanowić nad konsekwencjami medialnej nagonki na gimnazjalistów.

05.11.06

Wspomniany portal podaje informację: „Policjantom z Gdańska dzięki informacji od kolegów z Bochni udało się udaremnić próbę samobójczą nastolatki, która o swoich zamiarach rozmawiała poprzez internetowy komunikator.”

06.11.06

„15-letni uczeń jednego z częstochowskich gimnazjów, który odepchnął nauczycielkę próbującą zapobiec jego bójce z innym uczniem, został zatrzymany przez policję. Chłopak odpowie przed sądem rodzinnym…”

Redaktorzy o2 unaoczniają nam zatem, że fatalne wypadki nie opuszczają polskich szkół a wręcz mamy do czynienia z ich eskalacją. W ciągu następnych kilku dni, szanowni dziennikarze, niezmordowanie nadal dowodzą tego samego publikując wiadomości o gimnazjalistach prześladujących kolegę i chłopcu, który w szkole uderza nauczycielkę butem w twarz(07.11.06). Na tym nie koniec. Już kolejnego dnia dowiadujemy się, że w Augustowie 12-latki handlują wódką z mety a we Wrocławiu nauczyciele licealni prowadzą lekcje na bani. Dziesiątego listopada z kolei, 14-latek brutalnie bije 12-latka na oczach nauczycielki, która nikogo o tym nie zawiadamia a jego rówieśnik z innego miasta proponuje sex i grozi 11-latce.

„Jeśli wierzyć, że z Jasia wyrośnie kiedyś Jan to aż strach pomyśleć, co będzie za 4-5 lat”- taki tok myślowy przeprowadzi przysłowiowy Kowalski po kilku sprawdzeniach skrzynki e-mailowej. Na szczęście jego niepokój szybko załagodzi program pierwszy telewizji publicznej, podając, że wspaniałomyślny minister edukacji ma plan wykurzenia ze szkół wszelakiej przemocy i drobnej przestępczości. Kowalski jest już spokojny i zadowolony, więc przełącza program na „Taniec z gwiazdami” czy inną „Modę na sukces” pozostawiając problem bez dalszej refleksji i wnikania w szczegóły ministerialnego planu. Akcja „Zero tolerancji” tymczasem nie jest wcale pewnym środkiem w walce z przemocą w szkołach a może tylko pogorszyć sytuację. Na temat jej bezsensowności musiałbym napisać co najmniej drugie tyle, co zajął mi ten artykuł do tego miejsca, więc pozostawię ten temat do Waszego własnego przemyślenia. Skupmy się natomiast na skutkach wspomnianej nagonki. Do tej pory tracący poparcie i raczej nielubiany przez społeczeństwo Roman Giertych zyskuje nowych zwolenników a nawet Newsweek porównuje go do Rudolpha Guilianiego sugerując, że zaprowadzi on w polskiej oświacie porządek tak, jak burmistrz Nowego Jorku zrobił to w swoim mieście. Krótko mówiąc- antyrządowe media ukazują swą prawdziwą twarz- mordkę potulnego pudelka merdającego ogonkiem przy nodze pana (czyt. Rządu).

Swoją drogą, zastanawiam się czy rzeczywiście samobójstwo 14-latki z Gdańska było wydarzeniem tak wstrząsającym, że wywołało wielką debatę społeczną, czy może nagłośniono je aby Giertych mógł przedstawić przygotowany już wcześniej plan wychowawczy? Nie chcę osądzać ani oceniać- po prostu czuję się niepewnie w tym kraju mając świadomość, że niektóre z głupich pomysłów wicepremiera mogą przetrwać do czasów, kiedy moje dzieci (o ile się ich dorobię) pójdą do szkoły.

Written by olgbor

Listopad 11, 2006 at 7:15 pm

Napisane w media, Społeczeństwo

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.