Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum kategorii ‘Fikcja

Herbata

z 4 komentarzami

Wczesna jesień. Na drzewach jeszcze trzymają się liście, jeszcze niektóre zielone. Wilgoć w powietrzu, mokry bruk uliczny. Siedzimy w knajpie pełnej nieznajomych, wokół zapach wilgotnej wełny merino przesiąkniętej dymem papierosowym. Pod swetrem mam koszulę i krawat bo chciałbym wyglądać elegancko, jak jakiś intelektualista z europejskiego kraju. Rozmawiamy ściszonym głosem. Momentami się przez to nie słyszymy, ale nie mamy siły głośniej. Kiedyś krzyczałem. Nie panowałem nad tym, miałem donośny głos i duszę nieznoszącą kompromisów, gorącą krew. Przyjaciele mówili żebym się uspokoił, kiedy ja tylko artykułowałem myśli, myśli napływające do głowy wysokimi jak wieżowce falami; myśli, które potrzebowały natychmiastowego ujścia bo w przeciwnym wypadku mogłyby być niebezpieczne, przede wszystkim dla mnie. Sporo się zmieniło. Nie mam już tamtych przyjaciół, zrozumiałem, że nie mam też duszy. Coś mnie przytłumiło. Nie nazwę tego stanu wyciszeniem. Jakaś cząstka nadal wrzeszczy ale nie ma już siły przebicia. Pijemy herbatę. Alkohol szkodzi zdrowiu. Nie tamuje natłoku myśli, gwaru wywołanego setkami głosów mówiących jednocześnie. One mówią a alkohol wykrzykuje losowo wybrane hasła aby zagłuszyć całą resztę. I zagłusza. Ta herbata smakuje akurat jak woda, w której ktoś płukał starą ścierkę. Nic nie szkodzi. Rozmawiamy o polityce z dozą emocji godną prognozy pogody. Rozmawiamy o Bliskim Wschodzie jakby znajdował się w innej galaktyce. Z głośników wydobywa się dyskretnie „Dance with me” Nouvelle Vague. Dyskutujemy o losach świata i rozważamy jaka będzie przyszłość niektórych ludzi, naszych wspólnych znajomych, o których, podejrzewam, niewiele wiemy. Łatwiej mówić o innych niż o sobie. Czasem warto milczeć. Czasem warto nie dopowiedzieć.
-Kiepsko wyglądasz.- mówi F. Zapalając papierosa.- Masz problemy ze snem?
-Nie wiem czy można mówić o problemach ze snem skoro w ogóle nie sypiam.- odpowiadam i bezmyślnie sięgam do wygniecionej paczki po Davidoffa, właściwie tylko dlatego, że on zapalił.
-No to masz problemy ze snem.
-Miałbym, gdybym przewracał się godzinami z boku na bok próbując zasnąć. Ja się już nawet nie kładę bo wiem, że to bez sensu.- wypowiadam to zdanie bez cienia emocji, bez znaków interpunkcyjnych, bez ozdobników w czcionce.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.- Odpowiadam szczerze, jest mi naprawdę wszystko jedno. Kiedy piję, wiem, że to ułuda. Zdaję sobie sprawę, że wódka tylko znieczula, nie leczy. Zapijanie smutków daje mylne wrażenie, że dokonaliśmy jakiegoś oczyszczenia, jakiegoś Katharsis, aktu mistycznego niemalże, z pogranicza świata materii i tego drugiego świata, który tak naprawdę nie istnieje. Kiedy byłem trochę młodszy, kilka lat temu, w okresie największego buntu przeciwko wszystkiemu, przeciwko właściwie nie wiadomo czemu, miałem marzenie by obudzić się pewnego dnia i nie czuć nic. Chciałem wyeliminować z mojego życia uczucia, trochę jak w „Equilibrium” tylko bez zastrzyków. Później już do tego nie dążyłem ale częściowo się udało. Szkoda, że na etapie, na którym już wolałem czuć.
Uśmiecham się. Uśmiecham się najpromienniej jak umiem.
„Za lepsze jutro!”- wznoszę toast i wlewam do gardła czterdzieści mililitrów lodowatego Absoluta.
Zachodzące słońce rzuca ciepłe, żółte promienie na korę starego dębu. Żyto kołysze się na wietrze. Sylvain Chauveau przygrywa na fortepianie. Jadę na rowerze nieutwardzoną drogą. Pedałuję ile sił. Czuję wolność. Czuję zimne powietrze smagające twarz, powodujące, że palce na kierownicy drętwieją. Equilibrium nie istnieje.
Istnieją wyłącznie uczucia i zmysły. Orgia bodźców. Mógłby ją w pełni opisać chyba tylko Tomasz Mann. To nie przez wódkę. Już jesteśmy gdzie indziej, w innym wymiarze. Już jesteśmy daleko.
-Ta A.- zaczyna F.- to mnie prześladuje przez całe życie.
-Przez całe?- pytam z pozowanym niedowierzaniem, udaję, że mnie to obchodzi.
-Całe. Zaczęło się w przedszkolu. Nie znałem jej wtedy ale kiedyś w rozmowie wyszło, ze chodziliśmy do tego samego przedszkola w tym samym czasie. Potem była podstawówka. W czwartej klasie do nas doszła. Wtedy ją poznałem. Nie lubiliśmy się. W liceum byliśmy parą przez kilka miesięcy. Wyjechała na studia za granicę, chyba do Belgii. Myślałem, że już po wszystkim. Nagle, niż stąd, ni z zowąd, na trzecim roku spotkałem ją na terenie kampusu. Prześladuje mnie, cały czas.
-To źle?- nadal chcę podtrzymać pozór uwagi przykładanej do tego, co mówi. Zapalam papierosa. Dookoła gwar. Wszystkie stoliki zajęte, delikatna woń wilgotnej wełny zmienia się w smród stęchlizny.
Ik-ęęęę, ik-ęęęę, ik-ęęęę- miarowe skrzypienie dawno nie smarowanych zębatek w rowerze. To stary rower. Kręcę ile sił. Las na horyzoncie mami ciepłymi jesiennymi kolorami, jakże kontrastującymi z panującym dookoła zimnem. W powietrzu zapach kasztanów, zapach wilgoci i dymu.
-Gdyby dogadali się z Saddamem zamiast napadać na Irak, świat wyglądałby dziś inaczej.-rzuca F.
i poprawia krawat, który założył najprawdopodobniej w tym samym celu co ja.
Już jestem w lesie. Pod kołami szeleszczą opadłe liście. Poza tym szelestem i „ik-ęęęę” jest zupełnie cicho. Jest pusto. Jestem w tym lesie sam ale dobrze mi tu, bardzo dobrze.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.

Written by olgbor

wrzesień 12, 2009 at 9:50 am

Napisane w Fikcja

Bohaterowie

without comments

Kiedy powiedziałem jej, że mam raka to nawet się nie rozpłakała. Trochę mnie to wkurwiło, trochę zasmuciło. Człowiek ma umrzeć lada moment a jego najlepsza przyjaciółka nawet nie płacze z tego powodu. Chyba mi nie uwierzyła. Paweł mówi, że ona po prostu nie chce przyjąć tego do wiadomości; ludzie tak mają kiedy otrzymują złe wieści. Jeden facet z Radomia podobno nie przyjął do wiadomości faktu, że jego ukochany pies zdechł. Nadal wyprowadzał go na spacery. Ciągnął trupa po trawniku, mówił do niego, głaskał. Obrzydliwe. W końcu zabrali go do zakładu dla chorych na głowę a psa zutylizowali na wysypisku śmieci. Nie chciałbym być zutylizowany na wysypisku. Chociaż, lepsze to niż stanowienie pożywienia dla podziemnej fauny. W każdym razie, mam niedługo umrzeć a nikt nie chce w to uwierzyć. Mam wrażenie, że nawet Paweł, chociaż ze zrozumieniem kiwał głową kiedy opowiadałem mu, że Zosia nawet się nie rozpłakała. Wyobrażałem sobie własną śmierć setki tysięcy razy, zwłaszcza nim usłyszałem wyrok. Marzyłem o bene moriendi, te sprawy. Chciałem pojechać na jakąś słuszną wojnę i słusznie zginąć, ratując na przykład jakichś cywilów albo kolegów z oddziału. Chciałem jak Winkelried rzucić się na dzidy. Nigdy nie sądziłem, że skończę tak niewidowiskowo. Gdybym zginął w wypadku, Zosia na pewno by płakała. No ale to by był płacz pełen pożałowania. Ja chciałbym żeby płakała z uznaniem. Laski lecą na bohaterów. Gdybym zginął bohatersko, mógłbym pieprzyć każdą. Może przesadzam? Na bank tak jest! Laski kochają martwych bohaterów. Ustawiają sobie ich zdjęcia jako tapety w telefonach komórkowych. Założę się, że w łóżku wyobrażają sobie, że ich partnerzy to martwi bohaterowie i dopiero wtedy osiągają orgazm. A ja mam, kurwa, raka i nikt mi w to nawet nie wierzy.

Written by olgbor

sierpień 28, 2009 at 1:03 pm

Napisane w Fikcja

Monument (dedykowane Horacemu)

z jednym komentarzem

-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.

Written by olgbor

sierpień 23, 2009 at 11:26 am

Napisane w Fikcja, osobiste

Dziura/Kartka/Kartka z dziurą

z 2 komentarzami

To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…

Written by olgbor

sierpień 21, 2009 at 2:56 pm

Cetacea/Brzeg (Rozdział I)

z 4 komentarzami

Długo nie mogło do mnie dotrzeć, że zostaliśmy kompletnie sami na tym brzegu. Przez dobrą godzinę siedziałem gapiąc się w toń czarnej wody, oczekując, że po drugiej stronie zamigocą światła i dobiegnie nawoływanie. Nic z tego. Tylko rechot żab i metaliczne pobrzękiwanie gdzieś w mojej głowie, jakby z każdym ruchem przesypywały się drobne monety.
-Spokojnie, masz, napij się- powiedział Al wręczając mi odkręconą stalową piersiówkę.- Whisky. Tania whisky.- Wziąłem niewielkiego łyka. Była rzeczywiście kiepska. Nigdy nie byłem zmuszony do picia perfum ale jeśli miałbym wyobrazić sobie ich smak, byłby właśnie taki.
-Sądzisz, że wrócą po nas?- zapytałem.
-Nie. Nigdy nie wracają po tych, co zostali. To dla nich strata czasu. Znajdą sobie nowych. Na tamtym brzegu jest dużo zagubionych miast i miasteczek pełnych zagubionych ludzi, którzy chętnie się przyłączą do Korowodu.- odparł, po czym zdrowo pociągnął z piersiówki.- Jeśli mogę ci poradzić, powinieneś zapomnieć o wszystkim, co spotkało cię w ciągu minionych dwóch miesięcy i spojrzeć w przyszłość. Znajdź swoje miejsce, osiądź gdzieś, przygruchaj sobie jakąś lokalną piękność, miejcie trójkę pięknych dzieci i…
-I umrzyjcie? Umrzyjcie razem siedząc na werandzie z owiniętymi kraciastym kocem nogami, z kubkiem herbatki ziołowej?
-Właśnie. To się nazywa spokojna starość. Każdy by chciał tak skończyć.
-Nie ja. Może coś ze mną nie tak, ale nie jestem w stanie zagrzać miejsca dłużej niż tydzień. Pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o Elizie.
-Eliza? Wiem! Sekretarka Eliza.
-Właśnie. To trwało miesiąc. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem przekonany, że będzie trwało wiecznie. Już miałem wizję siebie siedzącego z nią na tej werandzie pijącego herbatkę ziołową… No, ale po trzech tygodniach zaczęło mnie nosić. Wynajmowaliśmy pokój w niewielkiej kamienicy. Właścicielka była stara i do bólu religijna. Ciągle wściekała się, że wracamy po nocy i nie chodzimy do kościoła. Eli pracowała jako sekretarka w biurze miejscowego księgowego. Kokosów z tego nie było ale dało się żyć.
-A ty?
-A ja pomagałem na budowie. Porządkowałem narzędzia, nosiłem różne rzeczy, chodziłem do sklepu po bułki i piwo. Dniówka starczała na paczkę papierosów, butelkę wina i hamburgera. Jakoś szło. Eli wracała z pracy około siódmej. Jedliśmy kolację rozmawiając o tym jak nam minął dzień, wypijaliśmy wino i szliśmy do łóżka. Często spacerowaliśmy potem kilka godzin. Małe miasteczka nocą mają w sobie coś pociągającego, jakąś magię. Czujesz, że jesteś w cywilizowanym świecie a jednocześnie wszystko, co się z tym światem kojarzy zdaje się być tak odległe.
-No i co takiego się stało?
-Po trzech tygodniach poczułem to.
-Poczułeś co?
-Poczułem ten nieznośny ból na wysokości mostka. Ból, który powoduje, że kończyny stają się miękkie jak z waty a łzy same napływają do oczu. Jakiś wewnętrzny głos powtarzał mi w kółko „To nie jest twoje miejsce. Zrób coś ze swoim życiem. To, w czym trwasz nie ma sensu.” Nie mogłem wytrzymać. Początkowo miałem tak tylko w ciągu dnia, potem, coraz częściej w nocy, zwykle po stosunku. Odwracałem się wtedy do niej plecami, wkładałem głowę pod poduszkę i płakałem.
-Nie rozmawialiście o tym?
-Nie. Bałem się, że zostanę źle zrozumiany. Po pięciu, czy siedmiu dniach męczarni, pękłem. Nie poszedłem do pracy. Poczekałem aż Eli wyszła z domu, spakowałem swoje rzeczy i wskoczyłem do pierwszego lepszego pociągu. Nie miałem na bilet więc oddałem konduktorowi zegarek, pamiątkę po dziadku. W przedziale poznałem Eryka. To on powiedział mi o Korowodzie, zasugerował, że mogę się przyłączyć. Znasz Eryka, wiesz, że na pierwszy rzut oka nie wzbudza zaufania. Nie wziąłem jego propozycji poważnie ale wypiłem z nim i jego ówczesną narzeczoną, chyba miała na imię Roxy i była prostytutką, dwie butelki ginu. Dojechałem tak do południowego wybrzeża. Wysiadłem w miasteczku o nazwie Evee bo podobał mi się zielony budynek tuż przy stacji, który później okazał się komendą policji. Jak wspomniałem, byłem całkowicie spłukany. Pierwszą noc spędziłem na ławce w parku za komisariatem. Pod latarnią najciemniej, jak mówią. Kolejne cztery spałem na plaży. W ciągu dnia siadywałem przy głównym deptaku i obserwowałem ludzi. Nikt się nie spieszył. Każdy rytmicznie wykonywał swoje obowiązki. Przy molo była restauracja „Cetacea”, to znaczy „Waleń”. Rano przyjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. Muskularni faceci nosili do środka wielkie kartonowe pudła i skrzynki z warzywami; co rano tak samo, w tych samych granatowych kombinezonach. Gdy zegar na ratuszu wybijał dziewiątą, przyjeżdżała furgonetka z kwiatami. Różowe i białe chryzantemy, storczyki, goździki. Zawsze byli punktualni. O jedenastej przychodziła na śniadanie pewna kobieta. Zainteresowała mnie gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Miała spięte w kok długie czarne włosy, wielkie niebieskie oczy i bardzo jasną karnację. Zawsze siadała przy stoliku na zewnątrz, twarzą do morza.
-A jak to się ma do Elizy?
-Posłuchaj do końca.- Napiłem się jeszcze trochę whisky i zapaliłem papierosa bez filtra, którego Al podał mi z własnej inicjatywy. Żaby jakby trochę mniej rechotały, albo po prostu przyzwyczaiłem się do tego dźwięku, metaliczny brzęk jakby ucichł, może do niego też się przyzwyczaiłem. Eliza, dostawcy, chryzantemy, storczyki, goździki, „Cetacea”, dziewczyna z restauracji; wszystko to przelatywało mi przed oczami, jakby ktoś przewijał film, wypłowiały ze starości film, którego nikt nie chciał oglądać przez ostatnie czterdzieści lat.
-Kontynuuj.- Al szturchnął mnie lekko.
-Zawsze siadała twarzą do morza. Zamawiała dużo jedzenia ale większość zostawiała. Piła kawę i patrzyła w dal, była nieobecna duchem, czułem to. Pewnego dnia zauważyła mnie.
-Nie wyglądałeś chyba najlepiej? Byłeś bezdomny.
-Tak. Miałem długą brodę. Nie do twarzy mi z brodą ale przynajmniej zawsze byłem czysty, umyty i w świeżej koszuli. Myłem się pod natryskami dla plażowiczów, prałem w nocy pod kranem na zapleczu „Cetacei”. Mydło ukradłem z drogerii. Zauważyła mnie, w każdym razie i od tego czasu polecała kelnerowi aby przynosił mi to, czego nie zjadała. Miałem dzięki niej solidne śniadania za darmo. Ośmieliłem się wreszcie do niej podejść kiedy przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że powinienem jej chociaż podziękować. Poczekałem aż wyszła z restauracji i podszedłem. Była zdziwiona. Przez kilka sekund, które zdawały się być wiecznością, staliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku, nie dlatego, że wstydziłem się, czy bałem, ale dlatego, że nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie powinienem powiedzieć. Myślałem nad zwykłym „dziękuję”, ale kiedy otworzyłem usta, wydobył się z nich ciąg wyrazów. Nie wiem czy właśnie te słowa chciałem wypowiedzieć, ale jakoś tak wyszło. Zapytałem: Dlaczego Cetacea? Czemu zawdzięczam Pani szczodrość? Pani nie czuje się tutaj dobrze. Widzę, że chciałaby Pani uciec gdzieś daleko, może na północ?
-Dość dziwne słowa jak na bezdomnego, którego karmiło się przez kilka dni.
-Tak, to prawda. Sam nie mogę uwierzyć, że tak zacząłem, ale już piłka była w grze, nie mogłem się wycofać, wymigać od rozmowy.
-Co ona na to?
-Ha ha, nie uwierzysz! Uśmiechnęła się i powiedziała, że zgadłem. Wiesz czemu Cetacea? Walenie to grupa ssaków, do której należą wszystkie wieloryby. Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka, była, jak się okazało, plaża o tej nazwie. Prawdopodobnie stąd nazwa lokalu. Mnie jednak bardziej przyciągnęło to, co dzieje się na tej plaży.- rzekła moja żywicielka zwracając wzrok ku oceanowi.- Co roku ginie tam kilkadziesiąt wielorybów. Nie wiem czy można to nazwać zbiorowymi samobójstwami, nie wiem czy robią to świadomie, ale nawet te z nich, które udało się wciągnąć z powrotem do wody i odholować daleko, nawet trzysta mil od brzegu, wracają. Kończą żywot na złotym piasku pośród martwych ciał swoich pobratymców. Po tej opowieści pomyślałem, że pewnie jest jakąś nawiedzoną cipą z Greenpeace, która w wolnych chwilach bazgrze zieloną farbą po ogrodzeniach elektrowni albo wydziera się przez megafon z łodzi pontonowej, kiedy do portu wpływa nieszczelny tankowiec.
-Te są straszne.
-Tak, ale szczęśliwie okazało się, iż byłem w błędzie. Interesuje się Pani wielorybami?- zapytałem próbując ukryć drwinę w tonie. Interesuję się ludźmi.- odparła. Jesteśmy wszyscy jak te wieloryby. Płyniemy stadnie naszym stałym szlakiem aż nagle, pewnego razu, postanawiamy zakończyć wędrówkę. Kiedy ktoś nam w tym przeszkodzi, dokładamy wszelkich starań by dopiąć swego, by wypaść na piaszczysty brzeg i dopełnić przeznaczenia. Unlucky Tedd, legenda Evee wracał na plażę pięć razy. Pięć razy wciągano go z powrotem do wody i holowano jak najdalej od brzegu. Za szóstym razem pozwoliliśmy mu umrzeć. Usiedliśmy na „mojej” ławce i opowiedziałem jej swoją historię. Wyjaśniłem, że nie zgadzam się z teorią na temat wielorybów i ludzi. Ja nie jestem wielorybem, nie chcę spokojnie kończyć wśród zwłok bliskich. A co, jeśli nie znajdzie pan tego swojego miejsca w świecie i zabraknie panu sił by dalej szukać?-zapytała. Odparłem, że wówczas usiądę i będę czekał na śmierć. Sam się zapędziłem w kozi róg. Kobieta spojrzała na mnie i lekki uśmiech rozjaśnił na moment jej twarz. Jak wieloryb- powiedziała, po czym wstała z ławki i ruszyła wolnym krokiem w kierunku, z którego zwykle nadjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. W porcie szukają ludzi do pracy. Dają pryczę do spania i ciepły posiłek raz dziennie.- rzuciła przez ramię. Więcej jej nie spotkałem.
-No dobrze… Ale co z Elizą?
-Elizę przejechał autobus tego dnia, kiedy uciekłem. Dowiedziałem się o tym dopiero od komiwojażera, który mieszkał w tej samej kamienicy co my z Eli i był akurat przejazdem w Evee. Myślał, że o wszystkim wiedziałem i bardzo długo składał kondolencje. Gadał, że rozumie, że ja musiałem wyjechać aby uciec od wspomnień i inne tego typu bzdury. Miałem trochę wyrzuty sumienia, że Eli leżała w lodowatej kostnicy kiedy ja upijałem się z Erykiem i kurwą. No, ale i tak nie mógłbym jej już wtedy pomóc. Dalszy ciąg znasz. Cyrk Korowód Bob’a White’a rozbił namioty w okolicy, zgłosiłem chęć pracy i dostałem fuchę przy wbijaniu kołków i wznoszeniu rusztowań.
-Chodźmy spać. Już późno.
-Ok. Szkoda, że nie wracają po tych, co zostali. Może to jest właśnie plaża?

Written by olgbor

czerwiec 10, 2009 at 11:01 pm

Napisane w Cetacea/Brzeg, Fikcja

Matrioszka

z jednym komentarzem

Ostatnio pisałem z nudów.
Wyszło tak:
Po tym co działo się dzień wcześniej, a właściwie poprzedniej nocy, nie czułem się najlepiej. Zaparzyłem sobie kawę, nalałem kieliszek Cointreau i usiadłem do sobotnio- niedzielnej gazety. Poranne słońce wlewało się do pokoju niosąc jakby malutkie kawałki szafirowego nieba i rozrzucając je po szklanych przedmiotach, które, choć dawno nie polerowane, na moment przypomniały o swym dawnym blasku. Prasa, jak zwykle, próbowała zepsuć mi humor smutnymi informacjami i sugestiami, że wszyscy Polacy skończą pod mostem. Złożyłem szarą płachtę przez pół i rzuciłem w kąt pokoju, na wysoką stertę innych szarych płacht, które chciały mnie zdenerwować w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wymyślając szeptem Michnika, Wildsteina, Żakowskiego i innych Ziemkiewiczów, rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu komórkowego. Robię to z przyzwyczajenia- i tak nikt do mnie nie pisze a rzadko kto dzwoni ale miałem cichą nadzieję, że może chociaż operator chciał zaproponować mi udział w konkursie z samochodem do wygrania, albo jakieś darmowe dzwonki z telewizji muzycznej, której nie oglądam od kilku lat. Nic z tego. Koniec końców, dowiedziałem się przynajmniej, która godzina. Była jedenasta. Wypiłem likier, wziąłem kilka łyków kawy i podrapałem się po jajach. „Już czas!”- pomyślałem sięgając po zatłuszczonego i zakurzonego laptopa z naklejkami „Wolny Tybet” i „Farel Gott”. Gwoli ścisłości, mam w dupie górskie prowincje Chin a rzeczonej kapeli rockandrollowej w życiu nie słyszałem ale nadużywanie alkoholu w towarzystwie nieznajomych czasem wzbogaca wystrój mieszkania o nowe gadżety. W każdym razie, odpaliłem edytor tekstów z zamiarem napisania jakiegoś niezbyt długiego opowiadania z błyskotliwą pointą, w stylu młodego Trumana Capote albo wczesnego Kereta… Albo Oza, niezależnie od okresu twórczego. Miałem w głowie szkic tej krótkiej formy, miałem już nawet niektóre detale… szkoda tylko, że to było jak kładłem się spać i o poranku już nic nie pamiętałem. „Znowu, kurwa, to samo”- powiedziałem półgłosem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy- ktoś, kto wcześniej podsłuchiwał moje myśli i wiedział doskonale, co jest przyczyną złości. „Ty myślisz, że kim jesteś?”- rozległo się nagle pytanie, wypowiedziane głosem trochę podobnym do mojego, gdzieś spomiędzy półkul mózgowych, kawałek za zatokami czołowymi- „Literat się znalazł!”. Nalałem jeszcze jeden kieliszek tripple sec’a dla bogatych i dopiłem letnią już kawę. Poprawiłem kąt nachylenia ekranu i zacząłem klepać w czarne płytkie klawisze. Wyszło tak:
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w nieznanym mi mieszkaniu. Przydługie niebieskie zasłony opadały na tanią szarą wykładzinę tworząc coś, co przy odrobinie wyobraźni można by określić jako zbocze góry lodowej wystającej ponad powierzchnię brudnego od ropy naftowej oceanu. Przez szparę między płachtami błękitnej materii wdzierały się do pokoju rażące promienie porannego słońca. Obok spała umiarkowanie ładna brunetka a na podłodze walały się różne części naszej garderoby i puste butelki po parszywej whisky z czerwoną etykietą. Uznałem, że nie ma sensu się żegnać, skoro i tak nie pamiętałem powitania. Ubrałem się i wyszedłem. Klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Była taka duża, chłodna i pachniała geranium, które rosło w doniczkach na parapetach. Marzyłem o małej buteleczce zimnego piwa, zaś ciążący w tylnej kieszeni dżinsów portfel sugerował, że mam wystarczająco dużo bilonu by sobie na takowe pozwolić. Na ulicy było jasno, gorąco, duszno i śmierdziało knajpianym zapleczem. Sznur samochodów pełzł niby wielka, ociężała mechaniczna glista. Znalazłem w kieszeni mocno sfatygowaną paczkę Davidoffów, wydobyłem z niej ostatniego, pogniecionego papierosa i oparłszy się o elewację- zapaliłem. Smakował jak Café au lait z cukrem waniliowym. Przyjemne były tylko pierwsze trzy machy. Przy czwartym poczułem, że moja ślina przypomina w konsystencji ekologiczny klej do papieru. Rzuciłem niedopałek na chodnik, przydeptałem i ruszyłem w kierunku, w którym idąc kilka minut szybkim krokiem, jak podpowiadała mi intuicja, powinienem znaleźć sklep spożywczy i stację metra. Nie zawiodła mnie. Pod sklepem policzyłem bilon. Miałem dokładnie dwanaście złotych i sześćdziesiąt siedem groszy, co oznaczało, że poza małym piwkiem stać mnie było na nową paczkę papierosów. I tak nie miałem ochoty palić ale zdałem się sobie niezwykle bystry przewidując, iż za godzinę- półtorej może najść mnie chęć na odrobinę rakotwórczego dymu. Piwa nie wypiłem od razu. Przecież dżentelmenowi nie przystoi wlewać w siebie alkoholu pod sklepem… przynajmniej nie w biały dzień. Uwielbiam warszawskie metro. To nam się udało! Mamy jedną linię, ale za to jaką?! To bez wątpienia najczystsze metro w Europie. Gdy czekałem na pociąg, zadzwonił telefon. Wyświetliło się, że kumpel, z którym minionej nocy poszedłem na imprezę, pragnął się ze mną porozumieć. Rozłączyłem go. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń, za to ani jednej wiadomości na poczcie głosowej. Gdyby chodziło o coś ważnego, nagraliby się. Dotarłszy na peryferia, gdzie zamieszkuję- na wielkie osiedle z klocków Duplo- znalazłem ławeczkę w cieniu. Piwko było wyborne. W domu wziąłem prysznic, założyłem czyste ubranie i napiłem się wody z cytryną. Mniej więcej od tego momentu zaczęło się to, co naprawdę istotne w niniejszej historii.
Dostałem maila od koleżanki- byłej dziewczyny jednego znajomego, który wyjechał do Holandii na truskawki dwa lata temu a dziś jest ścigany przez tamtejszą policję za rozboje i wymuszenia. Napisała, że Zaratustra właśnie idzie po linie rozpiętej nad przepaścią człowieczeństwa i jeśli nie zorganizuję jej (koleżance) szybko funduszy na bilet powrotny z Bombaju do Warszawy to straci równowagę i w ową przepaść spadnie. Nie bardzo zrozumiałem, czy spadnie ona, czy Zaratustra, w każdym razie wiadomość epatowała dramatyzmem i poruszyła mnie- mam słabość do Nietzschego. Gdyby dziwnym trafem zadzwonił wówczas do mnie mówiący po angielsku z walijskim akcentem prawnik informując, że jestem ostatnim spadkobiercą jakiejś fortuny ulokowanej w gruntach i nieruchomościach na Wyspach oraz złocie w okolicach Zurychu to bez namysłu wysłałbym koleżance kwotę wystarczającą by mogła sobie wrócić Lufthansą w I klasie. Przez chwilę słyszałem już nawet dzwonek telefonu ale okazało się, że to tylko u mnie w głowie. Trzeba było jakoś pomóc. Finansowa pustka to nic. Trzeba być zaradnym. Odpisałem jej. Wyszło tak:
Kurt to był człowiek! Mieszkał naprzeciwko. Zawsze nienagannie ubrany, ogolony, spryskany wodą toaletową o świeżym, przywołującym na myśl zakłady farmaceutyczne, zapachu. Mimo to, nie wyglądał zdrowo; był stale blady, z zielonkawymi worami pod przekrwionymi oczami. Poznaliśmy się przypadkiem którejś zimy. Wracałem z jakiejś imprezy, byłem kompletnie pijany i zapragnąłem zapalić papierosa. Moje się skończyły, byłem spłukany. Dał mi jednego. Ten to miał gest. Umarł na raka płuc w zeszłym roku. Ja nie mam papierosów ale gdybym miał to bym Ci z chęcią dał jednego- dwa. Po naszemu- nie wiem skąd wziąć pieniądze na bilet powrotny dla Zaratustry ale zapytaj w ambasadzie, tylko nie niemieckiej- w naszej- Polandzkiej. Podobno finansują powroty niezaradnym owieczkom, które zanadto oddaliły się od stadka. Nie miej do mnie żalu. Domyślam się, że spodziewałaś się innej odpowiedzi ale Kurt umarł bo dał mi papierosa i boję się, iż większe z mej strony zaangażowanie może również się odbić na moim zdrowiu- jak gest Kurta na jego.

Opróżniłem kieliszek i zapaliłem ohydną wiśniową cygaretkę. Przeleciałem wzrokiem po powyższym tekście szukając typowych dla mnie błędów ortograficznych, stylistycznych i literówek. Nic rażącego nie znalazłem- może dlatego, że język ojczysty nigdy nie był moją mocną stroną. Na bezesemesowym wyświetlaczu pojawiła się 12.00. „No, kurwa.”- mruknąłem z samozachwytem- „Objętościowo, całkiem nieźle.” Wstałem od stołu, wygrzebałem ze sterty w rogu Duży Format i poszedłem do kibla. „Znowu dałeś dupy!”- wykrzyknął głos zza zatok czołowych. Chyba miał rację- znów nici z błyskotliwego zakończenia.

Written by olgbor

maj 18, 2009 at 9:43 pm

Napisane w Fikcja, Uncategorized

TOBIE NA ZŁOŚĆ

z jednym komentarzem

„Tato, naprawdę uważam, że nie powinieneś czytać tego badziewia”- powiedział Patryk potrząsając zwiniętym w rulon egzemplarzem „Naszego Dziennika”- „To ci robi sieczkę z mózgu! Masz osiemdziesiąt pięć lat. Całe życie nie znosiłeś tych, jak ich nazywałeś, świń w koloratkach i dewotek, a teraz? Co się z tobą dzieje?”. Twarz starego ojca, pełna głębokich zmarszczek, nosząca na sobie całą historię, począwszy od rozwiązania Obozu Wielkiej Polski, przez zamach na generała Świerczewskiego, aż po ukończenie budowy pierwszej linii warszawskiego metra, przybrała wyraz lekko naburmuszony, odrobinę cierpiętniczy. Po chwili, wąskie, zdałoby się mocno zaciśnięte, wargi poruszyły się lekko. „Ty niczego, synku, nie rozumiesz.”- odezwał się spomiędzy owych warg basowy, słychać, że niegdyś mocny i donośny, dziś już zardzewiały głos. „Wy, młodzi jesteście wszyscy liberałami… ale to was kiedyś zgubi. Całe szczęście, że ja tego dnia nie dożyję.”- kontynuował- „Nie dożyję tego dnia, ale póki co… żyję i proszę ciebie- mojego jedynego syna- abyś poszedł do kiosku i kupił mi dzisiejszy numer.” Ostatni człon zdania wypowiedziany został z wyraźnym zmieszaniem. „Tato, jest -25 stopni! Nigdzie nie pójdę.”- odparował Patryk. Niebieskie, jakby zaszłe mgłą, oczy starego mężczyzny ożywiły się. Ożywiły się złością. „Wobec tego sam pójdę! Sam pójdę i jeszcze po drodze zamarznę żeby ci zrobić na złość! O!”- wykrzyknął ów pordzewiały głos, pokazując, że ma jeszcze w sobie coś z dawnej mocy. „Proszę cię, nie rób scen.”- odpowiedział spokojnym tonem syn. „Jakich znów scen?!”- wrzeszczał starzec- „Ja tobie nie robię żadnych scen! Ja ciebie tylko o coś poprosiłem! Żadnego pożytku z ciebie nie ma! Idę sam i już!.” Patryk nie wiedział co robić. „Niech idzie mądrala!”- pomyślał- „Ledwo wyjdzie na dwór i zobaczy jak jest zimno, to mu się odechce spacerów.” „Ok, idź”- rzucił cicho. Starzec, nie bacząc na panujący za oknem mróz, zignorowawszy wiszący przy drzwiach płaszcz, wyszedł. „Odbiło mu…! Kurwa!”- wykrzyknął w myślach Patryk. „Spokojnie. Droczy się ze mną stary złośliwiec… Pewnie wyszedł na klatkę schodową i będzie siedział przy kaloryferze na półpiętrze aż się zainteresuję co z nim i wyjdę go szukać. Niedoczekanie jego.”- przemknęło przez umysł Patryka. Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Leciały akurat wiadomości. Młoda dziennikarka opatulona grubym wełnianym szalikiem relacjonowała „z terenu”, że w Bydgoszczy zamarzło trzech bezdomnych pijaczków i zaczadziły się dwie wielodzietne rodziny zamieszkujące jakiś skłot. „Fajna dupa”- szepnął Patryk koncentrując wzrok na perfekcyjnie kształtnych ustach prezenterki. „Przeniesiemy się teraz do studia…”- zatrajkotał głos owej „dupy”. „Ta też niczego sobie… jak na swój wiek…”- westchnął podsumowując Justynę Pochanke, lekko zaniepokojony kilkuminutową już nieobecnością ojca.
Po godzinie, Patryk wyszedł szukać taty. Nie było go, wbrew oczekiwaniom, na klatce schodowej. Przedzierając się przez twarde, trzeszczące pod butami zaspy, dotarł do kiosku. Tutaj również ani śladu starego człowieka. Poszukiwania objęły całe osiedle i okolice… bez efektów. Zrezygnowany mężczyzna postanowił wrócić do domu i poczekać. „Może schował się u któregoś z sąsiadów? Na przykład u tego od szachów…”- myślał.
O godzinie 22.33 zadzwonił telefon. Rozległa się klasycznie idiotyczna melodyjka Siemensa. „Słucham!”- krzyknął pełen obaw Patryk prosto do słuchawki. „Dobry wieczór. Czy pan Patryk Niklewicz?”- zatrzeszczał głos z drugiej strony drutu. „Tak, o co chodzi?”- odparł syn „uciekiniera” przeczuwając, że głos nie ma dla niego dobrych wieści. „Czy pański ojciec to Henryk Niklewicz?”- kontynuował pytania, jakby celowo podnosząc napięcie, głos. „Tak! O co, kurwa, chodzi?!”- wydarł się z całych sił podenerwowany młody Niklewicz. „Posterunkowy Buławski, rejonowa komenda policji. Mam złe wieści.”- wydukał powoli głos, nie wykazując zupełnie żadnego przejęcia grubiańskim zachowaniem Patryka. „Dzisiaj, o godzinie 20.50, funkcjonariusze znaleźli w Ogrodzie Saskim ciało pańskiego ojca. Denat zamarzł. Na rozpoznanie zapraszam jutro o godzinie 8.15 rano. Złoży pan również wyjaśnienie. Ojciec miał przy sobie gazetę, na której, według naszych ustaleń, sam zapisał słowa TOBIE NA ZŁOŚĆ. Czy domyśla się pan, o co mogło mu chodzić?”- rzekł głos w słuchawce, po czym zapadła pełna napięcia cisza- taka cisza, która oznacza oczekiwanie na coś bardzo ważnego. „Domyślam się…”- odparł Patryk, po czym z całej siły rzucił telefonem o ścianę a po jego policzkach zaczęły spływać łzy.

Written by olgbor

styczeń 9, 2009 at 3:45 pm

Napisane w Fikcja

Astronomia naiwna

z jednym komentarzem

Gdy zaczynasz myśleć nad skończeniem ze sobą, to jeszcze nie jest najgorzej. Gdy zastanawiasz się nad metodą, jest kiepsko. Kiedy obmyślasz szczegóły techniczne… Coś ci opowiem. Jeden facet, dość młody, mógł mieć góra dwadzieścia pięć- sześć lat, zwykł mówić do swojej dziewczyny per „słońce”. Nigdy nie zastanawiał się nad głębszym tego sensem, tak mówił- po prostu. Ona zwracała się do niego różnie; był „kotkiem”, „skarbem”. Pewnego razu zaświtało jej, że skoro on nazywa ją „słońcem”, ona nazwie go, przekornie, „księżycem”. Na początku mu się spodobało. „No tak, słońce, księżyc… Znaczy, że się idealnie uzupełniamy.” Potem, zaczął nad tym głębiej rozmyślać. „Zaraz, zaraz… Przecież księżyc świeci światłem odbitym.” Nie mógł pojąć, że własna dziewczyna, partnerka, w niektórych wizjach nawet taka na całe życie, sugeruje, że ON- jej chłopak, taki kochający i gotów do wszelakich poświęceń, świeci JEJ światłem odbitym- nie własnym. Była dobra, to prawda… wszyscy ją lubili a on przy niej błyszczał. Była duszą towarzystwa. On zwykle stał gdzieś z boku, co jakiś czas obrzucany ciepłymi spojrzeniami jej koleżanek i lodowatymi, pełnymi zazdrości- kolegów. Z czasem, uwierzył, że bez niej nie może istnieć, nie może świecić. Przyzwyczaił się do tej myśli, do tego stanu rzeczy. Wszystko było ok… do czasu, kiedy okazało się, iż jego „słońce” ma inny „księżyc”… a w życiu nie jest jak w kosmosie i ciężko mieć więcej niż jeden… zwłaszcza gdy oba o sobie wiedzą. Stracił blask. Myślał nad skończeniem ze sobą. Myślał nad metodą. Ostatecznie, stwierdził, że nie ma co się zabijać. Znalazł sobie inną dziewczynę- głupią i mało towarzyską. Teraz to on był „słońcem” a ona „księżycem”. Nie miał wyrzutów sumienia zrywając z nią po jakimś czasie aby wrócić do tej pierwszej. „Znajdź własny księżyc”- poradził jej na odchodnym. Nie wiedziała, biedulka, o co mu chodziło i podcięła sobie żyły w wannie. Opowiedziałem ci to tylko po to, byś nie zrobił jakiegoś głupstwa „bo jest ciemno, zimno i brzydko za oknem a dziewczyna zerwała z tobą w zeszły czwartek.”

Written by olgbor

styczeń 4, 2009 at 7:30 pm

Napisane w Fikcja

Oko

without comments

Dawid ma jedno oko szklane. Powiedział mi kiedyś, że w wieku pięciu lat bawił się z amstafem sąsiadów i tak jakoś wyszło. Oczywiście wersja dla dziewczyn jest taka, że został ranny w bójce- broniąc swojego czarnego kumpla gdy napadli ich skinheadzi. Laski to lubią. Wzdychają zawsze z podziwem i współczuciem a potem przysyłają mu na maila swoje przepełnione erotyzmem zdjęcia- w stringach i czarnych koronkowych stanikach, na tle peerelowskich meblościanek. W sumie, nie zazdroszczę mu. Wole mieć dwoje oczu. Dawid ostatnio opowiedział mi najbardziej, jak twierdzi, pojebany ze swoich snów.

To było tak, posłuchaj- mówił podekscytowany- jak się kładłem spać miałem we krwi ze dwa i pół promila, jak Boga kocham!- zawsze przesadza- Położyłem się pod kocem, w ubraniu, rozumiesz, nie miałem siły ścielić. W każdym razie… w tym śnie też byłem pijany, w dodatku rzygałem do obszczanego kibla, chyba w jakiejś obskurnej norze bo na podłodze było pełno błota zmieszanego z siuśkami i mokrą papierową breją- taką, wiesz, jaka się robi gdy rolka srajtaśmy wpadnie do wody. Tak rzygałem i rzygałem, i nagle oko mi wpadło do kibla, w te wszystkie wymiociny. „Nie będę w tym grzebać przecież”, pomyślałem- „Jeszcze ktoś zobaczy i jak ja się wytłumaczę?” Zasłoniłem oczodół dłonią i wyszedłem. Teraz będzie dobre, uważaj. Wróciłem do domu i położyłem się spać! Łapiesz? Położyłem się spać we śnie! Haha! To jeszcze nie koniec! Śniłem, że śniło mi się, że widzę tym szklanym okiem! Najpierw byłem w Wiśle- w rzece w sensie. Dryfowałem sobie spokojnie na północ. Później wpadłem do Bałtyku, gdzie zjadła mnie jakaś duża ryba, a jeszcze później… obudziłem się… tak naprawdę, z głównego snu.

Nie wiedziałem jak ten sen zinterpretować. Wolałem nie myśleć nawet, co by miał do powiedzenia Freud na ten temat. „Rzeczywiście pojebany sen”- podsumowałem z, jak sądzę, niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Pewnie zastanawiacie się teraz, po co właściwie wam opowiadam pijacki sen kumpla, nawet nie własny. Otóż wczoraj kupiłem sobie w Tesco rybę- taką w całości, co sprzedają z lodu. Przyniosłem ją do domu, zabrałem się za patroszenie i… w środku było- wiem, że ciężko w to uwierzyć- szklane oko! Dawid ma swoje na miejscu, więc to nie jego. Nie interesuje mnie za bardzo czyje. Ciekaw jestem tylko, czy ten człowiek, który je zgubił, widzi nim przez sen? Na wszelki wypadek, zawsze jak oglądam telewizję, kładę oko na stoliku tak, aby tamten też mógł sobie pooglądać.

Written by olgbor

grudzień 15, 2008 at 9:39 pm

Napisane w Fikcja

Najsilniejszy człowiek świata

z jednym komentarzem

Pewnego lata, do naszego miasteczka przyjechał cyrk. Na murach, płotach i latarniach zawisły plakaty. Dobrze je pamiętam- przedstawiały muskularnego mężczyznę o sumiastym wąsie, ubranego w obcisły biały kombinezon. Czerwone litery krzyczały „Cyrk Ezelsteina przedstawia najsilniejszego człowieka świata!”. Pokazy miały odbywać się zaledwie przez tydzień. Już pierwszego dnia, kiedy uśmiechnięci, mówiący po rosyjsku drągale o czerwonych twarzach stawiali namiot, poszedłem do mojego taty i poprosiłem go by zabrał mnie na spektakl. „Tato, tato! Tam będą klauni, małe pieski robiące salta, lew, tygrysy, a nawet kobieta z wąsami! Będzie najsilniejszy człowiek świata!”- wrzeszczałem rozentuzjazmowany. Ojciec opierał się. Powiedział: „Wszystko to już przecież widziałeś, nie pamiętasz? Na jarmarku w zeszłym roku. Był nawet tańczący niedźwiedź. Synku, nie mam czasu.” Nie dawałem za wygraną, nigdy nie widziałem najsilniejszego człowieka świata- „Dobrze wiesz, że nie widziałem! Tato, chodźmy do cyrku! Za tydzień odjedzie i już na pewno nie zobaczę.”

Po trzech dniach, prawie cała moja klasa opowiadała o tym, co widziała pod wielką kolorową kopułą. Gruby Eryk mówił, że najsilniejszy człowiek świata prostuje podkowy i przenosi słonie. Nie mogłem w to uwierzyć. „Ty nie byłeś? Nie widziałeś jeszcze?”- dopytywał z niedowierzaniem Staś Kolanko, którego tata miał warsztat samochodowy- „Najsilniejszy człowiek świata podniósłby nawet takiego wielkiego pickupa, jakim jeździ mój tatuś.”

Sytuacja w szkole spowodowała, że zwiększyłem naciski na ojca. W końcu się zgodził. „Pójdziemy w piątek ale pod warunkiem, że do tego czasu nie usłyszę od ciebie ani słowa o cyrku i o najsilniejszym człowieku świata, zgoda?” Zgodziłem się, choć milczenie było nie lada wyzwaniem.

Wreszcie przyszedł piątek- upragniony, wyczekiwany z niecierpliwością. Tata chwycił mnie za rękę i poszliśmy. Byliśmy na miejscu dość wcześnie by kupić bilety w pierwszym rzędzie. Spektakl rozpoczął się. Pieski fikające salta, czy nawet lew skaczący przez płonące obręcze, nie robiły na mnie wrażenia. Czekałem na najsilniejszego człowieka świata. W końcu pojawił się. Był naprawdę ogromny. Jedna jego dłoń miała wielkość niemal całego mnie, gdybym przy nim stanął, przypuszczalnie sięgałbym mu gdzieś tak do kolan. Klauni przynieśli podkowy. Olbrzym brał jedną po drugiej i zamieniał w podłużne pręty. Patrzyłem z otwartymi ustami, świat poza tym jednym gigantem przestał dla mnie istnieć. Gdy podkowy się skończyły, treserzy wprowadzili słonia. Najsilniejszy człowiek świata uśmiechnął się, pochylił a zwierzę weszło na jego plecy. Kiedy słoń odszedł za kulisy, najsilniejszy człowiek świata wziął od konferansjera mikrofon. „Tełaz pokaze fam numeł, któłego ne sapomnycie do konca fasego pustego zycia.”- wykrzyknął z takim trudem jakby słowa te ważyły tysiąckroć więcej nić największy ciężar jaki kiedykolwiek uniósł, po czym rzucił mikrofonem o ziemię. Najsilniejszy człowiek świata stanął na samym środku areny i złapał się oburącz za głowę- tak, że dłonie zakrywały uszy. W namiocie zaległa grobowa cisza. „Ciekawe, co będzie? Chłopaki w szkole nic nie mówili o tym numerze”- mówiłem sam do siebie w myślach, będąc podnieconym to granic możliwości. Najsilniejszy człowiek świata napiął muskuły i zaczął z całej siły ściskać swoją głowę. Z pierwszego rzędu widziałem nawet krople potu, które wstąpiły na jego czoło. Cała twarz stała się purpurowa a sumiaste wąsiska lekko drgały. W końcu głowa najsilniejszego człowieka świata rozbryznęła się jak balonik napełniony wodą rzucony z czwartego piętra. Krew powoli spływała po białym kombinezonie a kawałki czaszki i mózgu spadały na ziemię z odgłosem podobnym do mokrej szmaty upuszczanej kilkakroć na posadzkę. Po chwili, ogromne cielsko runęło na ziemię. W namiocie zapanował chaos. Dzieci płakały, rodzice byli nie mniej przerażeni ale przytomnie zasłaniali pociechom oczy. Mój tata też próbował mi zasłonić ale się nie dałem. Patrzyłem na nieruchome martwe ciało najsilniejszego człowieka świata i tak sobie pomyślałem, że chyba wcale nie był najsilniejszy a jeśli był… to świat się skończył właśnie tamtym letnim wieczorem.

Written by olgbor

listopad 27, 2008 at 6:57 pm

Napisane w Fikcja