Jest super…
…śpiewał Muniek Staszczyk z niemałą dozą ironii przeszło 14 lat temu. Ta piosenka jest dziś chyba bardziej na czasie niż w 1997 roku.
Chociaż wieść o zamrożeniu przez rząd Viktora Orbána kursów franka, euro i jena rozeszła się po Europie bardzo szybko i natychmiast zrodziła dyskusję nad kwestią zastosowania tego typu rozwiązania w innych krajach, również w Polsce, nasi krajowi eksperci i władza monetarna są spokojni i zadowoleni z siebie. Ci pierwsi mówią, że w kraju nad Wisłą tylko około 2 proc. kredytobiorców zadłużonych we franku szwajcarskim ma trudności ze spłatą rat. Ci drudzy zaś chełpią się tym, jaka to polska Komisja Nadzoru Finansowego była przezorna wprowadzając w 2006 roku tzw. rekomendację S – dokument określający warunki, jakie musi spełnić kredytobiorca aby otrzymać kredyt w obcej walucie. W całym tym samozachwycie niknie jednak kwestia kosztów, jakie polskie gospodarstwa domowe ponoszą by kredyty w stale umacniającym się franku spłacać na czas oraz jakie mogą być tego konsekwencje w niedalekiej przyszłości.
Nikt zdaje się nie zwracać uwagi na to, że konieczność spłacania stale rosnących rat zmusza ludzi do radykalnych wyrzeczeń, niektórych spycha wręcz w kierunku nędzy. Pamiętać należy, że owe wyrzeczenia oznaczają spadek popytu na wiele towarów i usług, który, choć dziś jeszcze nie daje się zaobserwować, pod wpływem gwałtownego umocnienia franka w ostatnich dniach, w najbliższym kwartale może już być zauważalny – zwłaszcza, że prognozy dla tej waluty przewidują dalszy wzrost jej wartości. Trudno zresztą by w okresie przedwyborczym ktokolwiek, poza opozycją, mówił o takich zjawiskach – przecież z przemówienia premiera Tuska na 10-leciu Platformy Obywatelskiej wynika, że jest super… I będzie jeszcze lepiej! Opozycja jednak też woli milczeć w tej kwestii. SLD – partia ponoć lewicowa, nie chce Platformy drażnić bo wie, że jest dla niej potencjalnym koalicjantem po jesiennych wyborach. Prawo i Sprawiedliwość natomiast unika merytorycznej, konstruktywnej krytyki na tym polu – bo Jarosław Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, że grupa docelowa, do której chce dotrzeć, to nie zadłużona we frankach i euro klasa średnia, tylko uboga ludność z małych miast i wsi. Panująca w Polsce od czterech lat propaganda sukcesu jest, co trzeba przyznać, bardzo skuteczna. Wyborcy, choć wielu z nich, mimo ciężkiej, sumiennej pracy, po spłaceniu comiesięcznych rat, ledwo udaje się wiązać koniec z końcem, wciąż wyrażają poparcie dla rządu. W tym miejscu powraca jednak, jak co cztery lata zresztą, to samo pytanie, na które każdy ma inną odpowiedź – czy ludzie popierają Platformę, czy może głosują przeciwko obecnej opozycji? Nie to jest jednak tematem tego krótkiego artykułu. Jest nim problem ubożenia klasy średniej. Ponieważ to właśnie ona stanowi lwią część elektoratu Platformy Obywatelskiej, lepiej, przed wyborami, wmawiać jej, że wszystko idzie w dobrą stronę… że „jesteśmy wzorem dla Europy Zachodniej” – jak ujął to premier na wspomnianym rocznicowym wiecu.
Rząd wstrzymał oddech i czeka na wybory. Do października więc nie mamy co liczyć na jakiekolwiek znaczące działania z jego strony – możemy jedynie słuchać obietnic. Wchłonięcie Bartosza Arłukowicza i ciągłe „przytulanie się” z Joanną Kluzik-Rostkowską (w tym jej obecność na konwencji PO) są dowodem na to, że partia rządząca jest dziś skoncentrowana wyłącznie na celu, jakim jest utrzymanie władzy. Chociaż Grzegorz Schetyna w „Kropce nad i” Moniki Olejnik (09.06) wychwalał koalicję z PSL-em, podkreślał, jak wiele Platforma nauczyła się przy ludowcach, stale wisi nad nią widmo konieczności znalezienia silniejszego koalicjanta. Ta sytuacja jest dosyć niebezpieczna dla Polaków. Nie chodzi o SLD w rządzie (bo taki wariant zdaje się raczej pożądany) ale o to, co dzieje się dziś – o unikanie przez rząd podejmowania wyzwań wynikających z sytuacji globalnej, będące skutkiem koncentracji wyłącznie na wewnętrznych rozgrywkach i kampanii wyborczej. Niestety, rynek finansowy oddechu nie wstrzymał i nie może poczekać do października. Niestety, raty kredytów w walutach obcych stale szybują w górę.
Może się wydawać, że ruch rządu Orbána to nic innego jak „kupno kolejnej wygranej dla Fideszu”, jak określił to w niedawnej rozmowie Piotr Woyke, ale ja skłaniałbym się raczej ku twierdzeniu, że takiej decyzji wymagała sytuacja – zwłaszcza, że wybory parlamentarne na Węgrzech były zaledwie rok temu. Z logicznego punktu widzenia, analogiczny do węgierskiego krok w wykonaniu polskiego rządu mógłby znacząco wzmocnić Platformę Obywatelską i przyczynić się być może nawet do jej „wielkiego marzenia o samodzielnym rządzeniu” (Schetyna, 09.06). Mogłoby to również powstrzymać nieunikniony dziś spadek popytu w wielu sektorach i podtrzymać nasz wzrost gospodarczy. O tym, czy tak by się stało jednak nie przekonamy się – bo rząd woli czekać na wybory, fotografować się przy roll-upach z logotypem polskiej prezydencji w UE i powtarzać, że „jest super”. Pozostaje nam – wyborcom tylko dalej pracować, spłacać grzecznie raty i rozpacz tym spowodowaną tłumić rozrywkami w stylu wzajemnego obrzucania się błotem na wizji, których na pewno dostarczy tegoroczna kampania wyborcza.