Czego właściwie bronimy?
Zabicie Osamy Ibn Ladena przez amerykańskie oddziały Navy Seals przyniosło Barackowi Obamie rekordowe wyniki w sondażach. Po raz pierwszy, od objęcia urzędu na początku 2009 roku, polityka prowadzona przez gabinet Obamy oceniana jest przez Amerykanów jednoznacznie pozytywnie. Nie chodzi tu tylko o ocenę walki z terroryzmem, choć ten wskaźnik osiągnął po 1 maja aż 73 proc. na korzyść prezydenta, ale wzrosło również społeczne poparcie dla linii polityki gospodarczej wyznaczanej przez Biały Dom (53 proc.). Śmierć najgroźniejszego terrorysty naszych czasów, człowieka przedstawianego po 11 września 2001 jako wcielenie samego diabła, ma też inny skutek, o którym, zwłaszcza w Polsce, mówi się niechętnie.
Chodzi o swego rodzaju moralne usprawiedliwienie dla funkcjonowania tajnych więzień CIA poza granicami USA i dla stosowania tortur. Czy czeka nas era społecznego przyzwolenia dla stosowania średniowiecznych praktyk w pozyskiwaniu informacji? Czy mnożenie wyjątków od ogólnie przyjętych w demokratycznych państwach reguł, podyktowane względami bezpieczeństwa, nie prowadzi tzw. cywilizacji zachodu do ślepego zaułka jakim jest zatracenie podstawowych demokratycznych wartości w ferworze walki o ochronę demokracji?
Podobno informacje, które w decydujący sposób wpłynęły na powodzenie akcji wywiadowczej mającej zlokalizować Ibn Ladena pozyskane zostały jeszcze na samym początku tzw. wojny z terroryzmem, w jednym z tajnych więzień CIA, gdzieś w Europie Środkowej. Tym gdzieś mogła być Polska. Wszyscy przypominamy sobie przecież aferę z lotniskiem w Szymanach, ze szkołą wywiadu i nieoznakowanymi samolotami B-737 kursującymi między Polską a Afganistanem. Nikt do tej pory nie wyjaśnił obywatelom RP, co właściwie działo się na Mazurach za ogrodzeniem z drutem kolczastym – możemy się tylko domyślać a owe domysły rysują niezwykle mroczny obraz rycerza na białym koniu jakim dotychczas mieniły się Stany Zjednoczone. Temat jednak ucichł, sprawa przyschła i właściwie, przed 1 maja 2011, mało kto pamiętał o sprawie więzień CIA, które mogły znajdować się na terytorium Polski. Informacja o pochodzeniu danych wywiadowczych, choć wcale nie musiała być podawana do wiadomości publicznej, pojawiła się. Ciężko wierzyć, że był to przypadek – przecież w wypowiedziach Białego Domu nie ma przypadków. Przywołała ona pytania, które wciąż czekają na odpowiedź: Czy tajne więzienia CIA działały na terytorium RP? Czy w Polsce torturowano ludzi? Czy polskie władze wiedziały o torturach? Kto ponosi za to odpowiedzialność?
Nie łudziłbym się, że tym razem odpowiedzi zostaną udzielone. Przeraża mnie jednak to, że coraz mniej ludzi chciałoby rzeczywiście te odpowiedzi poznać. Euforia, jaka zapanowała w USA w pierwszych godzinach po śmierci terrorysty, wiwatowanie nad trupem budzące w każdym, posiadającym minimum przyzwoitości i dobrego smaku człowieku, odczucia ambiwalentne, nie pozwala liczyć nawet na cień jakiejkolwiek refleksji nad słusznością poczynań amerykańskich i koalicyjnych sił zbrojnych oraz wywiadu.
„Jeżeli torturowanie pana Chaleda Szejka Mohammeda uniemożliwiło przeprowadzenie chociaż jednego zamachu – jestem za.” – powiedział 6 maja b.r. w Poranku TOK FM Tomasz Lis – obecnie naczelny tygodnika Wprost. Takie stanowisko budzi we mnie odczucia podobne trochę do tych związanych z wielką fiestą post mortem. Dziwi mnie, że takie stanowisko przyjmuje dziennikarz – reprezentant profesji, której istnienie jest pochodną dbałości o respektowanie praw człowieka. Pamiętajmy o tym, że one nie dzielą się na ważniejsze i mniej ważne. Prawo do swobody wypowiedzi i wywodząca się z niego zasada wolności prasy są w katalogu uniwersalnych praw przysługujących istotom ludzkim, równie ważne jak prawo do wolności od tortur – kategoria osobliwa, nieskodyfikowana ze względu na oczywistość genezy, ze względu na fakt, iż w naturalny sposób wynika ze wszystkich pozostałych praw. Chaled Szejk Mohammed, jako człowiek, miał takie samo prawo aby być w humanitarny sposób przesłuchany, aby stanąć przed niezawisłym sądem i bronić się, jak Tomasz Lis ma prawo do publicznego wyrażania swojej opinii.
Powodzenie operacji Geronimo to bardzo niebezpieczny dla demokracji liberalnej sukces. Warto zauważyć, że nie wiemy, ile niewinnych osób poddano torturom, nim udało się trafić na człowieka, który udzielił potrzebnych CIA informacji. Zwolennicy tortur i bezprawnego więzienia zyskali pozorny argument skuteczności popieranych przez siebie metod. Dlaczego pozorny? Poszukiwania Osamy Ibn Ladena trwały właściwie od początku 2002 roku, zatem 9 lat. W tym czasie misja w Afganistanie pochłonęła dziesiątki miliardów dolarów, a działalność tajnych więzień CIA i bazy w Zatoce Guantanamo przyczyniła się do cierpienia wielu ludzi i ich rodzin – ich liczby pewnie nigdy nie poznamy. Czy skuteczną można nazwać metodę, która wymaga tak potężnych nakładów dla uzyskania tak mizernych skutków? Czy zastrzelenie brodatego Araba ukrywającego się w jakiejś norze na terytorium Pakistanu jest rzeczywiście znaczącym sukcesem dla potęgi takiej jak Stany Zjednoczone? Czy warto było poświęcić życie i zdrowie setek, a może nawet tysięcy ludzi, tylko po to by odnieść zwycięstwo mające jedynie wymiar symboliczny? Nie przeprowadzono jeszcze po 1 maja badań sondażowych, które mogłyby wykazać stopień społecznego poparcia, czy choćby przyzwolenia dla stosowania tortur. Na całym świecie pojawiają się jednak głosy, które takie przyzwolenie manifestują. W Polsce – Lis, w USA – John Yoo z National Review i wielu innych. Można odnieść wrażenie, że po 1 maja 2011 tortury stają się uznanym, skutecznym środkiem do pozyskiwania informacji. Wrażenie to prowadzi do smutnego wniosku, że cywilizacyjne osiągnięcia zachodu, o które całe narody walczyły na przestrzeni ostatnich 400 lat, odsuwane są na bok, choć nadal chętnie wykorzystywane w sposób instrumentalny przez różne środowiska. Podstawowe wartości, jakie niesie ze sobą termin demokracja liberalna stają się tylko wyblakłymi, pustymi sloganami, które wypełnić można dziś dowolną treścią.
Z politycznego punktu widzenia, trudno mieć pretensję do Baracka Obamy. Prezydent USA zebrał plony z pola, które obsiał jego poprzednik. Wzrost poparcia dla jego administracji i dla całej Partii Demokratycznej to niewątpliwy sukces, który osiągnięto przy stosunkowo niewielkich nakładach politycznych albowiem większość kosztów ponieśli Republikanie. Nie trzeba było wywoływać wojny – bo już była; wystarczyło odnieść na niej jakiś sukces. Boleć może jednak fakt, że mamy do czynienia nie tylko z prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale również z laureatem pokojowej nagrody Nobla. To wyróżnienie zobowiązuje. Ogłaszając śmierć Ibn Ladena, prezydent podkreślił, że nie prowadzi wojny ze światem Islamu, a jedynie z terrorystami. To samo przecież powtarzał jego poprzednik – George W. Bush ogłaszając początek wojny z terroryzmem bezpośrednio po zamachach z 11 września 2001. Niezależnie jednak od tego, kim jest wróg obywatele i przywódcy państw demokratycznych powinni pamiętać, co tak naprawdę odróżnia Nas – dobrych, skoro czynimy już podział na czarne i białe, od tych złych, przeciwko którym walczymy.
Zbrodniarzy hitlerowskich osądzono w Norymberdze i skazano. Pokazano tym samym, swego rodzaju moralną przewagę wolnego świata nad nazistowskim reżimem, gdzie mordowano ludzi ze względu na pochodzenie, rasę, ułomności fizyczne. Dlaczego nie osądzono Osamy Ibn Ladena? Dlaczego nie skazano go prawomocnym wyrokiem sądu? Powracamy nie tylko do tortur ale również, jak widać do zasad rodem z kodeksu Hammurabiego.
Czy tortury powróciły na dobre do katalogu dopuszczalnych metod śledczych? Czy broniąc pewnych wartości nie zatraciliśmy ich? Jeżeli tak, to czego właściwie bronimy, z wyjątkiem naszego materialnego, fizycznego bezpieczeństwa?