Autoportret w zbroi
Opowiem ci, co przytrafiło mi się niedawno. Pewnie i tak nie uwierzysz. Nie musisz. Stoliki i krzesła z dykty stały na ulicznym bruku. Pośrodku był bar z takich samych płyt jak pozostałe meble; w menu kolorowe koktajle, importowane piwa, ale głównie wódka średniej klasy. Blade światło sterczącej z muru latarni, która przypominała zdeformowaną ludzką głowę. Dookoła tego wszystkiego tylko atramentowa noc, tak ciemna, że można by w niej utonąć. To by nie było przyjemne. Ta ciemność, w odróżnieniu od wódki z lodem w mojej szklance, była gęsta jak budyń. Wyobraź sobie, że toniesz w budyniu, czarnym w dodatku. Czerń wlewa się wszystkim otworami twojego ciała a ty nie możesz nic z tym zrobić. Jak na ruchomych piaskach, każdy gwałtowny ruch, szamotanina, pogarsza twoją sytuację. Ja i kilkadziesiąt innych osób, siedzieliśmy w świetle tej brzydkiej latarni i udawaliśmy, że celebrujemy życie. To jedna z naszych ulubionych zabaw. Pijemy alkohol, wzmacniamy jego działanie różnymi innymi substancjami psychoaktywnymi i wychodzimy w nocy na miasto. Uśmiechamy się, świecimy białymi zębami, ulegamy chwili, ulegamy temu, że inni ulegli chwili. Kiedyś byliśmy źli na takie życie. Nazywaliśmy je festiwalem próżności. Teraz bierzemy w nim udział i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo to jest bezbolesne. Jest raczej przyjemne. Unikamy dyskomfortu, dążymy do przyjemności, choćby chwilowej, za wszelką cenę – nawet jeśli cena jest wysoka, za wysoka. To ma być rekompensata za bylejakość dnia powszedniego. Ale to też jest w sumie byle jakie. W każdym razie siedzieliśmy z kilkuosobową grupką znajomych w tej dziwnej knajpie na świeżym powietrzu i sączyliśmy wódkę na lodzie. Już nas znudziły rozmowy. Coraz częściej pijemy w milczeniu, które przerywamy jedynie w celu zakomunikowania kompanom, że idziemy załatwić jakąś potrzebę fizjologiczną – żeby nie pomyśleli, że ktoś już idzie do domu. Sokrates stale rozmawiał z ludźmi, uważał te rozmowy za budujące. Dzisiaj nikt by z nim nie chciał gadać. I tym razem właśnie siedzieliśmy w takim milczeniu, bardzo anty-sokratejskim. Nagle, jakiś obcy facet podszedł do naszego stolika i zapytał czy może się dosiąść. Były wolne miejsca przy innych stolikach. „Proszę bardzo” – powiedziałem wskazując wzrokiem wolne krzesło. Powiedziałem to takim tonem, żeby wiedział, że nie jesteśmy zachwyceni jego towarzystwem ale kurtuazyjnie się zgodziliśmy. Moi kompani siedzieli dalej z wzrokiem wbitym w dna szklanek albo pełzającym jak naćpane ślimaki po ciałach młodych kobiet przy innych stolikach i barze.
-Miły wieczór. – powiedział nieznajomy, gdy już wygodnie rozsiadł się na swoim krześle.
-Wieczór jak wieczór. – odpowiedziałem.
-Jest dość ciepło, muzyka niezła, alkohol w dobrej cenie. Czego chcieć więcej od piątkowego wieczoru? – zapytał, wyraźnie przeciwstawiając się mojej obojętności.
-Myślę, że jest wiele rzeczy, których można by chcieć. Myślę, że ciepło, muzyka i niedroga wóda to nie jest szczyt marzeń. – Odparowałem.
-No to… dlaczego tu siedzicie? Dlaczego siedzicie wstawieni w milczeniu w tej knajpie, zamiast iść zdobywać świat, biec za prawdziwymi marzeniami? Dlaczego nie chwycicie losu mocno za jaja i nie zażądacie od niego tego, czego brak?
Jeden z moich kumpli, Piotrek, oderwał nagle wzrok od wirującej w jego szklance kostki lodu i powoli przeniósł spojrzenie na twarz nieznajomego.
-Wypierdalaj. Kim ty w ogóle jesteś? – powiedział i z zaciekawieniem oczekiwał reakcji obcego.
-A jakie to ma znaczenie? – facet odpowiedział pytaniem.
-Takie, że przylazłeś tutaj, usiadłeś przy naszym stole i masz jeszcze czelność krytykować nasz sposób spędzania wolnego czasu. A może ty się tak nieszablonowo przystawiasz? Kiepski strzał. Nikt tu nie jest zainteresowany, wszyscy wolimy dziewczynki.
-Spokojnie. – odparł nasz rozmówca, po czym uniósł prawą dłoń ze złotą obrączką.
-No to o co chodzi? Jesteś z jakiejś sekty? Chcesz nas zwerbować? – zapytał lekko poirytowany Piotrek.
-Tak się nie werbuje ludzi do sekt. Od razu widać, że gówno wiesz o życiu. Byłem kiedyś w sekcie i nie wyszło mi to na dobre. Nie pozwalali nam bzykać, pić kawy ani słuchać muzyki. Co rano tańczyliśmy w kółku na trawniku przed siedzibą zgromadzenia, a potem szliśmy na zakupy do sklepu sekty, w którym sprzedawali nam za ciężkie pieniądze ekologiczne warzywa, które sami uprawialiśmy…
-Gówno mnie to obchodzi. – przerwał mu, już wyraźnie podenerwowany Piotrek. – Pytam, czego chcesz od nas?
-Już mówię. Będzie tu dzisiaj niezłe show. Przysiadłem się do was żebyście nie przegapili widowiska.
-Jakiego znowu widowiska? – zapytałem, podobnie jak Piotrek, poirytowany całą sytuacją. „Psychol”, pomyślałem.
Nieznajomy popatrzył na zegarek i szeroko się uśmiechnął. Naszym oczom ukazała się złota jedynka, taka jak ludzie robili sobie w Rosji w latach siedemdziesiątych, obrzydliwe.
-Już się zaczyna. Sceną jest przestrzeń między barem a latarnią. – powiedział wyraźnie zadowolony z siebie i z tego, co mieliśmy zobaczyć.
Muzyka ucichła. Zastąpił ją dziwny szum – coś jakby połączenie odgłosów morza z rozstrojonym radioodbiornikiem. Najdziwniejsze było jednak to, że dźwięk ten nie dochodził z głośników tylko z otaczającej nas ciemności – tej atramentowej. Był nagle wszędzie, efekt jak w kinie z Dolby Digital. Wszyscy ludzie przy innych stolikach zamarli nagle; stali się szarzy i zupełnie bez znaczenia. Zastygli w bezruchu, jakby ktoś wcisnął pauzę, jak postaci z obrazów, jak posłuszni statyści – manekiny bez świadomości i celu innego niż wypełnianie przestrzeni. Ten motyw bardzo lubią wykorzystywać ambitni reżyserzy filmowi, jak Greenaway czy Majewski. No ale nie było ekranu. To wszystko było takie realistyczne, że naprawdę zacząłem się martwić, czy przypadkiem ktoś mi nie wrzucił do drinka jakiegoś świństwa. Lampa w kształcie głowy zwróciła się w moją stronę i przemówiła zachrypniętym, metalicznym głosem: „To będzie spektakl o tobie i tylko dla ciebie. Każdy tu widzi spektakl dla siebie. Każdy zobaczy coś innego, choć wszyscy patrzeć będą, w sumie, na to samo.” W tym momencie miarka się przebrała. Wziąłem ze stołu czyjąś paczkę papierosów i nerwowo jednego zapaliłem. Rozejrzałem się po moich kumplach od kieliszka. Wszyscy siedzieli nieruchomo i wlepiali wzrok w gadającą latarnię. Piotrek siedział z głową podpartą na łokciach i z otwartymi ustami wytrzeszczał oczy. Dźwięk przyjął niską tonację. Latarnia była z powrotem latarnią ale oświetlała już nie całą przestrzeń knajpianą, a jedynie odcinek wskazany przez nieznajomego jako „scena”.
Na środku improwizowanej sceny pojawiła się dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie. Średniej długości ciemne włosy delikatnie opadały na jej ramiona, asymetryczna grzywka z przodu dodawała lekko drapieżnego charakteru, co kontrastowało z jej łagodnymi rysami twarzy. Wielkie ciemne oczy zmierzyły powoli widownię, od lewa do prawa i zatrzymały się na mnie.
„Ty byś czegoś bardzo chciał.”- Powiedziała. Jej głos był ciepły, raczej niski, ale przy tym bardzo kobiecy. Nie zareagowałem, nie odezwałem się – to przecież przedstawienie. „Do ciebie mówię.”- rzekła z lekkim zniecierpliwieniem, cały czas patrząc wprost na mnie. Zdezorientowany wskazałem palcem na siebie. Kiwnęła potakująco głową. „Któż by nie chciał? Każdy chciałby czegoś.”- odpowiedziałem. Uśmiechnęła się. To był chyba najsłodszy uśmiech jaki w życiu widziałem. „No ale ty byś chyba czegoś bardzo chciał… ode mnie.”- powiedziała wesoło. „Przecież cię nie znam.”- odpowiedziałem broniąc się, jakbym był winnym. Nawet gdybym czegoś od niej chciał to nie jest to przecież żadnym przewinieniem. Dlaczego zacząłem się tłumaczyć? Skąd poczucie winy? „A czy to stoi w jakiś sposób na przeszkodzie?”- zapytała cały czas uśmiechnięta w ten z niewalający sposób. „Nie musisz nic mówić. Widzę, że picie w milczeniu całkowicie odebrało ci resztki krasomówczego talentu. Nic nie szkodzi.”- kontynuowała, widząc, że nie byłem w stanie nic powiedzieć – „Porozmawiamy na końcu. Jeśli dotrwasz do końca, będę twoją nagrodą. W przeciwnym wypadku, nagrodę dostanie ktoś inny, ktoś kto o nią nie walczy nawet. Nie ma bowiem gorszej kary dla zawodnika niż trofeum oddane w ręce kogoś z publiczności. Pamiętaj o tym.” Wypowiedziawszy tę kwestię rozpłynęła się w ciemności.
Na scenie pojawiła się kolejna postać. Wyglądała znajomo. Przyjaciel. Przyjaciel z dzieciństwa. To był Michał. Trzymał w ręku kufel z piwem i wyglądał na mocno zdziwionego całą sytuacją i przestraszonego, jak chrześcijanin wypuszczony na arenę, na moment przed lwami. Szybko odnalazł mnie wzrokiem, jako jedyną postać, którą znał w tym miejscu. To go uspokoiło. Podszedł do stolika, wziął sobie krzesło i usiadł naprzeciw mnie.
-Siema! – krzyknął, jakby chciał przekrzyczeć ciszę. – Co u ciebie? – zapytał.
-Cześć, Michał. U mnie wszystko w porządku, chociaż czuję się dziwnie w tej sytuacji. Wiesz może, o co w tym wszystkim chodzi? – zapytałem.
-O co chodzi, w czym?
-W tym całym przedstawieniu. Kim była ta dziewczyna, dlaczego wszyscy zastygli w bezruchu a tylko ty i ja możemy normalnie rozmawiać? – zapytałem zdziwiony jego ignorancją.
-Nie rozumiem za bardzo twojego pytania, stary. Napisałeś to, o czym mówiłeś ostatnio? Mówiłeś, że coś piszesz. Ja wpadłem tylko na chwilę. Muszę jutro wcześnie wstać. Robota. Też przydałaby ci się prawdziwa praca, rozumiesz, taka za prawdziwe pieniądze.
-Wiem, przydałaby się. Naprawdę nie widzisz, że coś jest tutaj nie tak? Świat się zatrzymał.
-Nie wiem co brałeś, ale zmień lepiej dilera.
-Sam już nie wiem, co brałem. Ta sytuacja mnie chyba przerasta.
-Musisz się ogarnąć. Poszukaj sobie zajęcia, jakiejś pracy, która przynosi prawdziwe pieniądze. To ci dobrze zrobi. Lecę. Pogadamy innym razem. W kontakcie! – krzyknął na koniec robiąc z dłonią gest „słuchawki telefonicznej” przy uchu, po czym wstał i odszedł za latarnię. Po kilku krokach zlał się z ciemnością.
Ta opowieść może wydać się nieprawdopodobna, ale przysięgam, że jest prawdziwa. Pamiętam wszystkie szczegóły. Przecież nie zmyśliłbym czegoś takiego, a nawet jeżeli to… po co? To jeszcze nie koniec…
Mistrz skończył obraz. Obmył dłonie w misce z ciepłą wodą, zapalił fajkę i z zadowoleniem przyglądał się dziełu. „Autoportret w zbroi.”- Taki nadał mu tytuł. Tymczasem, Don Kichot i Sancho Pansa w milczeniu oddalali się grząską błotnistą drogą w kierunku, z którego nadciągały nad wybrzeże ciemne chmury.
Widziałeś „Siódmą pieczęć” Bergmana? Pamiętasz początkową scenę, w której rycerz Block zaczyna grać ze śmiercią w szachy? No to wyobraź sobie Don Kichota na miejscu Blocka. Niepoprawny marzyciel, który siedzi gdzieś głęboko we mnie, tak dobrze ukryty, że obcując ze mną nawet przez dłuższy czas, ciężko go dostrzec, chciałby aby rycerz z La Manchy wygrał tę partię w trzech ruchach. Jest dobry, jest czysty, zasługuje na wygraną.
Na scenę wszedł starszy mężczyzna. Ciężko było określić jego wiek. Równie dobrze mógł mieć 55, jak i 65 lat. Był ubrany w nieźle skrojony garnitur i cienki prochowiec. Na nogach miał wysokiej klasy, brązowe sznurowane buty, tak starannie wypolerowane, że odbijały światło latarni w widoczny sposób, choć nie były lakierkami. Stanął dokładnie w połowie drogi między latarnią a barem. Rozejrzał się spokojnie po widowni.
„Postać, którą gram w tym przedstawieniu to profesor.”- zaczął – „Może się wam to podobać lub nie, ale taki dostałem angaż i zamierzam dobrze wykonać swoją pracę. Wam przypadła rola studentów. Ważny jest dla mnie dobry kontakt ze studentami. Nie oznacza to, że będę robił z siebie błazna, czy spoufalał się z wami. Po prostu, już na wstępie, obiecuję, że najzdolniejsi z was, najbardziej pracowici i zaangażowani, zostaną docenieni.” Ponieważ użył liczby mnogiej, popatrzyłem po ludziach, zwłaszcza po moich znajomych. „Czy nadal tkwią w tym letargu, w który, z niewiadomych mi przyczyn, zapadli wraz z początkiem spektaklu?”, pytałem siebie w duchu. Nadal byli nieruchomi. Profesor kontynuował: „Słuchanie tego wykładu nie jest obowiązkiem. To przywilej! Proszę mieć to na uwadze. Jeżeli już zdecydujecie się w nim uczestniczyć, pamiętajcie, że gramy na moich zasadach. Są one bardzo proste: maksimum wysiłku z waszej strony zaowocuje pozytywnymi ocenami, które będziecie mogli pokazać kiedyś dzieciom. Brak maksymalnego wysiłku z waszej strony, zaowocuje niezdanym egzaminem. Ponadto, żadnego gadania, jedzenia, picia, uśmiechania się, czy spania.” Nagle, ni stąd ni zowąd, Piotrek odzyskał świadomość. „Musimy wybrać”- zaszeptał w moją stronę – „Musimy wybrać, czy podejmujemy to wyzwanie, czy nie. Słyszałeś, nie ma takiego obowiązku. No… ale wyzwanie to wyzwanie. Ja chyba mówię, mimo wszystko, pas. Nie mam do tego głowy. Jakiś profesor, jakieś warunki. A ty?” Ja z kolei nie miałem głowy by zastanawiać się nad wyborem. Nurtowało mnie, jak to się stało, że cały czas wyłączony, wstrzymany w jakiejkolwiek aktywności Piotrek, nagle się ocknął? Gdzie był wcześniej? „Widziałeś tę dziewczynę? Na samym początku, wiesz…”- zapytałem go szeptem. „Jaką znowu dziewczynę?”- odpowiedział – „Na wykładzie nic nie wyrwiesz, stary….”- dodał. Nie wiedziałem, co zrobić. „Ja zostaję. Podejmuję to wyzwanie.”- powiedziałem głośno w stronę profesora.
Latarnia zwróciła swą zdeformowaną głowę w moją stronę. Zachrypnięty głos zakomunikował beznamiętnie: „Koniec pierwszego aktu! Kurtyna!” Otaczająca nas ciemność zaczęła się przybliżać. Początkowo powoli, później coraz szybciej. Ani się obejrzałem a była już o kilka metrów ode mnie. Czerń zaczęła wlewać się do wszystkich otworów mojego ciała. Chciałem krzyczeć, ale czarna materia zatkała mi usta. Zacząłem się dusić. Kiedy byłem już prawie przekonany, że to koniec, poczułem chłodną bryzę na twarzy i nagle odetchnąłem z ulgą. „Zaczyna padać. Lepiej chodźmy gdzieś, gdzie jest dach.”- powiedział Piotrek i jednym łykiem dopił swój drink. Muzyka grała tak, jak na początku, ludzie rozmawiali, zamawiali przy barze napoje. Moi znajomi siedzieli przy stoliku i przy użyciu słomek, bawili się ćwiartkami cytryn w swoich szklankach. Nieznajomego nie było. Nie wiem, co się ze mną stało. Może zasnąłem? A może ktoś mi naprawdę wrzucił coś do drinka, przez pomyłkę? Już mieliśmy wychodzić, gdy nagle zobaczyłem dziewczynę z przedstawienia. Była tak piękna jak za pierwszym razem. Siedziała przy stoliku z jakimś facetem. Podszedłem bliżej żeby się jej dokładnie przyjrzeć. Jej towarzyszem okazał się Michał. Miało to swoje dobre i złe strony. Zaleta było to, że miałem wytłumaczenie, dlaczego podszedłem.
-Siema! – krzyknął Michał, próbując przekrzyczeć muzykę.- Co tam? – zapytał.
-Wszystko w porządku.- odpowiedziałem – Może przedstawisz mnie swojej przyjaciółce? – dodałem.
-Jasne eeee, to jest Ania, a to jest eeee … . Słuchaj… czy napisałeś już to, o czym mówiłeś? Mówiłeś, że coś tam piszesz. Ja wpadłem na krótko. Jutro robota. Trzeba coś zarobić! Właśnie… Tobie też przydałaby się praca, taka prawdziwa, za prawdziwe pieniądze. Ja na przykład nie narzekam.
Nie mogłem wytrzymać. Coś we mnie pękło. Pod wpływem osobliwego przedstawienia, którego jeden akt odegrany został w mojej głowie, nie potrafiłem powstrzymać się od wypowiedzenia słów, które, o czym wiedziałem, mogły ranić, ale mogły też uczynić wiele dobrego. Nie tylko dla mnie.
-Michał, dlaczego za każdym razem, kiedy cię spotykam, mówisz tylko o swojej pracy i o pieniądzach? Dlaczego mówisz to zawsze z taką wyższością? Pieniądze wcale nie są najważniejsze. Chcę wierzyć, może trochę jak Don Kichot, że w tym świecie liczy się coś więcej, że liczy się całokształt, wszystkie sfery aktywności. Chcę wierzyć, że na końcu jest nagroda, trofeum dla tego, kto naprawdę włoży we wszystko, co robi, maksimum energii. Nie chodzi tylko o pracę. Chodzi o codzienne życie, o stawianie czoła przeciwnościom i godne wychodzenie z potyczek z konkurentami. Chcę wierzyć, że na końcu czeka nagroda.
„A co, jeśli nie czeka?”- zapytała Ania, zerkając na mnie swoimi pięknymi, czarnymi oczami – tak czarnymi, jak ciemność atramentowej nocy.