Archiwum dla Sierpień 2010
Woda z kranu
Naczynia oblepione brudem stoją w zmywarce a woda kapie miarowo z kranu. Krople stukają w dno aluminiowego zlewu jak zegar. Roleta nie opuszcza się do końca; żółte światło latarni wpada do pokoju i to wygląda trochę jakby na podwórku lądowało UFO. Regał. Półki zastawione książkami w porządku… no właśnie, wcale nie alfabetycznym, tylko według wielkości- ciężkie muszą być na dole a ten regał nie jest przykręcony do ściany bo nie ma w tym domu dzieci i pewnie nigdy nie będzie. Zdjęcia w ramkach- sekundy uchwycone na cyfrowej matrycy kilka lat temu- bo wszyscy robią zdjęcia na wakacjach, trzeba mieć zdjęcia z wakacji żeby mieć co przetwarzać w pamięci i wyświetlać innym. Zdjęcia. Film o tym, jak powinny były tech chwile wyglądać.
Ewa od tygodnia mieszka sama. Tydzień temu miała urodziny- jeszcze dwójka w dziesiątkach ale trójka nieubłaganie wpycha się na jej miejsce. Mateusz wyprowadził się, a właściwie zabrał z szafy kilka par skarpet, majtek, jakieś T-shirty i trzasnął drzwiami po tym jak odsłuchał z automatycznej sekretarki wyjątkowe życzenia od byłego Ewy, które wcale nie były takie wyjątkowe. Teraz pewnie trochę żałuje swojej decyzji. Najbardziej lubił jej policzki- niezależnie od temperatury białe- jakby z porcelany. Brakuje mu tych policzków i poczucia, że jest potrzebny. Najprawdopodobniej pije w knajpie na Powiślu bo tam ma kolegę za barem, który daje mu „na krechę” (kolega, w sensie- nie bar). Znajomi Ewy tam też bywają i Mateusz liczy, że jak go zobaczą w stanie żałosnego upodlenia, zadzwonią do niej a ona przyjedzie i go zabierze do siebie, do mieszkania z uszkodzoną roletą. Swoje klucze wrzucił do studzienki.
W skrzynce na listy już nie ma miejsca. Przez pięć dni bank, towarzystwo ubezpieczeniowe, dostawca kablówki, fundusz emerytalny, francuska sieć drogerii i lokalna pizzeria próbowały nawiązać z Ewą kontakt, ale bezskutecznie. To wszystko się uzbierało, więc listonosz jej listy układa na skrzynce opierając o ścianę, tak żeby było widać, że to do niej- jak będzie przechodzić to weźmie, jak nie będzie to wyrostki dla zabawy podrą albo spalą na klatce schodowej.
Zosia mówi, że Mateusz to dupek. Zosia kopci jak huta Sendzimira gdy była jeszcze Lenina- ale jeden chuj bo to w Krakowie- więc daleko. Pali Pink Elephanty i narzeka, że smakują jak mydliny ale ten niesmak to nic w porównaniu z tym, co czuje myśląc o Mateuszu. Zosia kocha Ewę jak siostrę i chce dla niej tylko szczęścia, byleby nie większego niż jej własne. „Mateusz to dupek. To kundel, który ugryzł pańcie i uciekł. Ale wróci. Z podkulonym ogonem, jak tylko skończą mu się pieniądze a kumplom uleje się zapewnianie mu darmowego noclegu i żarcia. Nie wpuszczaj wtedy. Ten kundel ma wściekliznę.”- powiedziała dzień po feralnych urodzinach, a dym wytoczył się z jej ust kłębami takimi jak z chińskiego kadzidełka pod Domami Centrum. Wysłała do niego już dwadzieścia esemesów i na żadnego nie odpisał- była zdenerwowana.
Ten cieknący kran może irytować, ale ma też swoje zalety. Licznik nie rejestruje tych kropli; można podstawić wiaderko i po jednej nocy kapania mieć kilka litrów darmowej kranówki- do zmopowania podłogi na przykład. Mateusz tak zawsze robił jak tu mieszkał. Odgłos mu nie przeszkadzał bo, poza nocami z seksem, chodził spać w słuchawkach. Puszczał sobie szum morza, odgłosy wielorybów albo Buriala.
Smuga żółtego światła pod roletą. Ewa siedzi w kapsule z materiału przypominającego trochę organiczną błonę, trochę lateks, trochę niewyprawioną skórę. Przez tę powłokę widać kolorowe przyciski i sylwetki niewielkich ludzików o nieproporcjonalnych do tułowia, długich rękach i malutkich główkach. Kosmici wcale nie wyglądają jak na Archiwum X. Ewa nie wie, że porusza się z szybkością, jakiej ludzki umysł nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie wie, że obca cywilizacja odnotowała, iż mieszkańcy zielonej planety żyją w małych pomieszczeniach, suszą żywność na okrągłych płytkach poukładanych równo na metalowych stelażach, domostwa wyciszają i uszczelniają przed chłodem przy pomocy papierowych bloczków ustawionych jeden przy drugim na dziwnych drewnianych konstrukcjach, a upływ czasu odmierzają ilością kropel wody rozbijających się o dno błyszczącego naczynia z dziurą na środku.
Nie ma żadnego sporu
Od przeszło czterech miesięcy próbuje się w Ojczyźnie naszej poddawać dyskusji kwestie bezdyskusyjne, nakłaniać do dialogu w kwestiach, w których brak na dialog miejsca i szukać winnych w sprawie, gdzie winny jest od początku znany.
Takim wstępem mógłbym rozpocząć wypowiedź zarówno w obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, jak i przeciwko niemu. W pierwszym przypadku wytoczyłbym argumenty takie jak to, że obywatele mają prawo w wybranym przez siebie miejscu składać hołd ofiarom tragedii narodowej, że na pokładzie byli sami chrześcijanie, więc krzyż jest jak najbardziej na miejscu, że Polacy mogą, a nawet powinni, żądać od władz by upamiętniły Smoleńsk budując ofiarom pomnik pod Pałacem Namiestnikowskim, albowiem tam mieściła się kancelaria Lecha Kaczyńskiego i z tym miejscem będzie już zawsze kojarzony świętej pamięci prezydent.
W drugim wariancie powołałbym się na Konstytucję RP, która zapewnia świeckość państwa (co nie jest do końca prawdą) i gwarantuje wolność przestrzeni publicznej od symboli religijnych (co nie jest prawdą w ogóle). Zwróciłbym uwagę na fakt, iż Kaczyński był „Prezydentem RP” a nie „Prezydentem polskich chrześcijan” i obywatele naszej Ojczyzny niepodzielający wiary w męczeńską śmierć Chrystusa mogą czuć się urażeni faktem, że pod pałacem prezydenta ich kraju stoi symbol obcej religii. Przytoczyłbym kilka błyskotliwych haseł, jak np. „Miejscem dla krzyża jest kościół”, czy „Gdybyście mieli Boga w sercach, nie potrzebowalibyście go pod pałacem.”
Nie zrealizuję żadnego z wyżej przedstawionych scenariuszy. Byłoby to nielogiczne. Podtrzymałbym ów niepożądany stan rzeczy naszkicowany we wstępie. Obie strony bowiem poddają dyskusji kwestię bezdyskusyjną. Krzyż ma zniknąć- nie dlatego, że… (tutaj argumenty z poprzedniego akapitu), tylko ponieważ taką decyzję podjęła władza. Argument, że państwo powinno zachować neutralność światopoglądową jest jak najbardziej zasadny, jednak przytaczanie jakichkolwiek argumentów (choćby najsłuszniejszych) mija się z celem, działa szkodliwie, pokazuje „obrońcom krzyża”, że ktoś chce z nimi dyskutować; ktoś przedkłada swoje argumenty, więc zaprasza ich tym samym do analogicznego gestu- przedstawienia kontrargumentów.
„Krzyżacy” i „Kontrkrzyżacy” mają coś wspólnego. Na szczeblu politycznym obie strony namawiają do „dialogu”, „zgody”, „solidarności”. Każda ze stron inaczej rozumie te hasła i konflikt się zaognia, bąbel pęcznieje. Nie ma więc w istocie mowy o żadnym „dialogu.” Jaki byłby sens prowadzenia owego , gdy, jak już doszliśmy, kwestia krzyża jest bezdyskusyjna. Może chodzi o „dialog”, który zakończy polsko-polską wojnę? Nie. Wojen nie kończy się dialogiem. Wojny się wygrywa albo przegrywa. Bzdurą jest twierdzenie, że w tym przypadku Polska może tylko przegrać. Jedna Polska przegra, druga Polska wygra- logiczne, skoro są dwie, czyż nie?
Poszukiwany jest winny. Poszukiwany jest ten, kto stoi za podzieleniem Polski. Wszyscy udają, że szukają, podczas gdy ów winny jest wszystkim bardzo dobrze znany. Mowa o Jarosławie Kaczyńskim, który najpierw, w obrzydliwy sposób wykorzystał do celów politycznych śmierć własnego brata, następnie zmienił wizerunek na bardziej stonowany, usunął w cień najgłośniejszych PiS-owskich szczekaczy a twarzami swej kampanii uczynił panią Kluzik-Rostkowską i pana Poncyliusza- osoby budzące sympatię, co w szeregach tego ugrupowania zdaje się rzadkością. Gdy to okazało się bezskuteczne, w konsekwencji wybory przegrane, wilk dłużej w owczej skórze nie wytrzymał i swoją prawdziwą twarz pokazał przy okazji zaprzysiężenia Bronisława Komorowskiego. Kiedy krucyfiks miał spod pałacu zniknąć, prezes PiS złożył pod nim kwiaty. Niby hołd dla brata, naprawdę złośliwość- mała złośliwostka wyrządzona konkurentowi.
Kto tu traci, kto zyskuje? Podobno zyskuje Donald Tusk… bo awantura wokół skrzyżowanych desek odwraca uwagę opinii publicznej od sprawy podniesienia podatku VAT. Podobno zyskuje Bronisław Komorowski… bo pokazuje się w dobrym świetle, jako ten otwarty, skłonny do pertraktacji, miły i cywilizowany polityk. Podobno traci Jarosław Kaczyński… bo wychodzi na ciemnego zakapiora bez klasy. Podobno.
Rząd Tuska zyskuje tylko pozornie, gdyż osoby, które kwestia podwyższenia VAT-u interesuje, niezależnie od awantur między Bristolem a skwerem Hoovera, poświęcają jej dużo uwagi. Prezydent Komorowski rzeczywiście zyskuje. Część osób, które zagłosowały na niego jako na „mniejsze zło” teraz może obdarzy go autentyczną sympatią. Jarosław Kaczyński nie traci. Stały i zdyscyplinowany elektorat PiS oczekuje od prezesa takiej właśnie postawy jaką prezentuje on od przegranych wyborów. Jarosław Kaczyński wzmacnia swą warownię, co siłą rzeczy nie idzie w parze z zyskiwaniem nowych terytoriów ale za to zwiększa bezpieczeństwo, a tego dziś potrzeba najbardziej Prawu i Sprawiedliwości w dobie rosnącej w siłę lewicy.