Archiwum dla czerwiec 2009
Cetacea/Brzeg (Rozdział I)
Długo nie mogło do mnie dotrzeć, że zostaliśmy kompletnie sami na tym brzegu. Przez dobrą godzinę siedziałem gapiąc się w toń czarnej wody, oczekując, że po drugiej stronie zamigocą światła i dobiegnie nawoływanie. Nic z tego. Tylko rechot żab i metaliczne pobrzękiwanie gdzieś w mojej głowie, jakby z każdym ruchem przesypywały się drobne monety.
-Spokojnie, masz, napij się- powiedział Al wręczając mi odkręconą stalową piersiówkę.- Whisky. Tania whisky.- Wziąłem niewielkiego łyka. Była rzeczywiście kiepska. Nigdy nie byłem zmuszony do picia perfum ale jeśli miałbym wyobrazić sobie ich smak, byłby właśnie taki.
-Sądzisz, że wrócą po nas?- zapytałem.
-Nie. Nigdy nie wracają po tych, co zostali. To dla nich strata czasu. Znajdą sobie nowych. Na tamtym brzegu jest dużo zagubionych miast i miasteczek pełnych zagubionych ludzi, którzy chętnie się przyłączą do Korowodu.- odparł, po czym zdrowo pociągnął z piersiówki.- Jeśli mogę ci poradzić, powinieneś zapomnieć o wszystkim, co spotkało cię w ciągu minionych dwóch miesięcy i spojrzeć w przyszłość. Znajdź swoje miejsce, osiądź gdzieś, przygruchaj sobie jakąś lokalną piękność, miejcie trójkę pięknych dzieci i…
-I umrzyjcie? Umrzyjcie razem siedząc na werandzie z owiniętymi kraciastym kocem nogami, z kubkiem herbatki ziołowej?
-Właśnie. To się nazywa spokojna starość. Każdy by chciał tak skończyć.
-Nie ja. Może coś ze mną nie tak, ale nie jestem w stanie zagrzać miejsca dłużej niż tydzień. Pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o Elizie.
-Eliza? Wiem! Sekretarka Eliza.
-Właśnie. To trwało miesiąc. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem przekonany, że będzie trwało wiecznie. Już miałem wizję siebie siedzącego z nią na tej werandzie pijącego herbatkę ziołową… No, ale po trzech tygodniach zaczęło mnie nosić. Wynajmowaliśmy pokój w niewielkiej kamienicy. Właścicielka była stara i do bólu religijna. Ciągle wściekała się, że wracamy po nocy i nie chodzimy do kościoła. Eli pracowała jako sekretarka w biurze miejscowego księgowego. Kokosów z tego nie było ale dało się żyć.
-A ty?
-A ja pomagałem na budowie. Porządkowałem narzędzia, nosiłem różne rzeczy, chodziłem do sklepu po bułki i piwo. Dniówka starczała na paczkę papierosów, butelkę wina i hamburgera. Jakoś szło. Eli wracała z pracy około siódmej. Jedliśmy kolację rozmawiając o tym jak nam minął dzień, wypijaliśmy wino i szliśmy do łóżka. Często spacerowaliśmy potem kilka godzin. Małe miasteczka nocą mają w sobie coś pociągającego, jakąś magię. Czujesz, że jesteś w cywilizowanym świecie a jednocześnie wszystko, co się z tym światem kojarzy zdaje się być tak odległe.
-No i co takiego się stało?
-Po trzech tygodniach poczułem to.
-Poczułeś co?
-Poczułem ten nieznośny ból na wysokości mostka. Ból, który powoduje, że kończyny stają się miękkie jak z waty a łzy same napływają do oczu. Jakiś wewnętrzny głos powtarzał mi w kółko „To nie jest twoje miejsce. Zrób coś ze swoim życiem. To, w czym trwasz nie ma sensu.” Nie mogłem wytrzymać. Początkowo miałem tak tylko w ciągu dnia, potem, coraz częściej w nocy, zwykle po stosunku. Odwracałem się wtedy do niej plecami, wkładałem głowę pod poduszkę i płakałem.
-Nie rozmawialiście o tym?
-Nie. Bałem się, że zostanę źle zrozumiany. Po pięciu, czy siedmiu dniach męczarni, pękłem. Nie poszedłem do pracy. Poczekałem aż Eli wyszła z domu, spakowałem swoje rzeczy i wskoczyłem do pierwszego lepszego pociągu. Nie miałem na bilet więc oddałem konduktorowi zegarek, pamiątkę po dziadku. W przedziale poznałem Eryka. To on powiedział mi o Korowodzie, zasugerował, że mogę się przyłączyć. Znasz Eryka, wiesz, że na pierwszy rzut oka nie wzbudza zaufania. Nie wziąłem jego propozycji poważnie ale wypiłem z nim i jego ówczesną narzeczoną, chyba miała na imię Roxy i była prostytutką, dwie butelki ginu. Dojechałem tak do południowego wybrzeża. Wysiadłem w miasteczku o nazwie Evee bo podobał mi się zielony budynek tuż przy stacji, który później okazał się komendą policji. Jak wspomniałem, byłem całkowicie spłukany. Pierwszą noc spędziłem na ławce w parku za komisariatem. Pod latarnią najciemniej, jak mówią. Kolejne cztery spałem na plaży. W ciągu dnia siadywałem przy głównym deptaku i obserwowałem ludzi. Nikt się nie spieszył. Każdy rytmicznie wykonywał swoje obowiązki. Przy molo była restauracja „Cetacea”, to znaczy „Waleń”. Rano przyjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. Muskularni faceci nosili do środka wielkie kartonowe pudła i skrzynki z warzywami; co rano tak samo, w tych samych granatowych kombinezonach. Gdy zegar na ratuszu wybijał dziewiątą, przyjeżdżała furgonetka z kwiatami. Różowe i białe chryzantemy, storczyki, goździki. Zawsze byli punktualni. O jedenastej przychodziła na śniadanie pewna kobieta. Zainteresowała mnie gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Miała spięte w kok długie czarne włosy, wielkie niebieskie oczy i bardzo jasną karnację. Zawsze siadała przy stoliku na zewnątrz, twarzą do morza.
-A jak to się ma do Elizy?
-Posłuchaj do końca.- Napiłem się jeszcze trochę whisky i zapaliłem papierosa bez filtra, którego Al podał mi z własnej inicjatywy. Żaby jakby trochę mniej rechotały, albo po prostu przyzwyczaiłem się do tego dźwięku, metaliczny brzęk jakby ucichł, może do niego też się przyzwyczaiłem. Eliza, dostawcy, chryzantemy, storczyki, goździki, „Cetacea”, dziewczyna z restauracji; wszystko to przelatywało mi przed oczami, jakby ktoś przewijał film, wypłowiały ze starości film, którego nikt nie chciał oglądać przez ostatnie czterdzieści lat.
-Kontynuuj.- Al szturchnął mnie lekko.
-Zawsze siadała twarzą do morza. Zamawiała dużo jedzenia ale większość zostawiała. Piła kawę i patrzyła w dal, była nieobecna duchem, czułem to. Pewnego dnia zauważyła mnie.
-Nie wyglądałeś chyba najlepiej? Byłeś bezdomny.
-Tak. Miałem długą brodę. Nie do twarzy mi z brodą ale przynajmniej zawsze byłem czysty, umyty i w świeżej koszuli. Myłem się pod natryskami dla plażowiczów, prałem w nocy pod kranem na zapleczu „Cetacei”. Mydło ukradłem z drogerii. Zauważyła mnie, w każdym razie i od tego czasu polecała kelnerowi aby przynosił mi to, czego nie zjadała. Miałem dzięki niej solidne śniadania za darmo. Ośmieliłem się wreszcie do niej podejść kiedy przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że powinienem jej chociaż podziękować. Poczekałem aż wyszła z restauracji i podszedłem. Była zdziwiona. Przez kilka sekund, które zdawały się być wiecznością, staliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku, nie dlatego, że wstydziłem się, czy bałem, ale dlatego, że nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie powinienem powiedzieć. Myślałem nad zwykłym „dziękuję”, ale kiedy otworzyłem usta, wydobył się z nich ciąg wyrazów. Nie wiem czy właśnie te słowa chciałem wypowiedzieć, ale jakoś tak wyszło. Zapytałem: Dlaczego Cetacea? Czemu zawdzięczam Pani szczodrość? Pani nie czuje się tutaj dobrze. Widzę, że chciałaby Pani uciec gdzieś daleko, może na północ?
-Dość dziwne słowa jak na bezdomnego, którego karmiło się przez kilka dni.
-Tak, to prawda. Sam nie mogę uwierzyć, że tak zacząłem, ale już piłka była w grze, nie mogłem się wycofać, wymigać od rozmowy.
-Co ona na to?
-Ha ha, nie uwierzysz! Uśmiechnęła się i powiedziała, że zgadłem. Wiesz czemu Cetacea? Walenie to grupa ssaków, do której należą wszystkie wieloryby. Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka, była, jak się okazało, plaża o tej nazwie. Prawdopodobnie stąd nazwa lokalu. Mnie jednak bardziej przyciągnęło to, co dzieje się na tej plaży.- rzekła moja żywicielka zwracając wzrok ku oceanowi.- Co roku ginie tam kilkadziesiąt wielorybów. Nie wiem czy można to nazwać zbiorowymi samobójstwami, nie wiem czy robią to świadomie, ale nawet te z nich, które udało się wciągnąć z powrotem do wody i odholować daleko, nawet trzysta mil od brzegu, wracają. Kończą żywot na złotym piasku pośród martwych ciał swoich pobratymców. Po tej opowieści pomyślałem, że pewnie jest jakąś nawiedzoną cipą z Greenpeace, która w wolnych chwilach bazgrze zieloną farbą po ogrodzeniach elektrowni albo wydziera się przez megafon z łodzi pontonowej, kiedy do portu wpływa nieszczelny tankowiec.
-Te są straszne.
-Tak, ale szczęśliwie okazało się, iż byłem w błędzie. Interesuje się Pani wielorybami?- zapytałem próbując ukryć drwinę w tonie. Interesuję się ludźmi.- odparła. Jesteśmy wszyscy jak te wieloryby. Płyniemy stadnie naszym stałym szlakiem aż nagle, pewnego razu, postanawiamy zakończyć wędrówkę. Kiedy ktoś nam w tym przeszkodzi, dokładamy wszelkich starań by dopiąć swego, by wypaść na piaszczysty brzeg i dopełnić przeznaczenia. Unlucky Tedd, legenda Evee wracał na plażę pięć razy. Pięć razy wciągano go z powrotem do wody i holowano jak najdalej od brzegu. Za szóstym razem pozwoliliśmy mu umrzeć. Usiedliśmy na „mojej” ławce i opowiedziałem jej swoją historię. Wyjaśniłem, że nie zgadzam się z teorią na temat wielorybów i ludzi. Ja nie jestem wielorybem, nie chcę spokojnie kończyć wśród zwłok bliskich. A co, jeśli nie znajdzie pan tego swojego miejsca w świecie i zabraknie panu sił by dalej szukać?-zapytała. Odparłem, że wówczas usiądę i będę czekał na śmierć. Sam się zapędziłem w kozi róg. Kobieta spojrzała na mnie i lekki uśmiech rozjaśnił na moment jej twarz. Jak wieloryb- powiedziała, po czym wstała z ławki i ruszyła wolnym krokiem w kierunku, z którego zwykle nadjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. W porcie szukają ludzi do pracy. Dają pryczę do spania i ciepły posiłek raz dziennie.- rzuciła przez ramię. Więcej jej nie spotkałem.
-No dobrze… Ale co z Elizą?
-Elizę przejechał autobus tego dnia, kiedy uciekłem. Dowiedziałem się o tym dopiero od komiwojażera, który mieszkał w tej samej kamienicy co my z Eli i był akurat przejazdem w Evee. Myślał, że o wszystkim wiedziałem i bardzo długo składał kondolencje. Gadał, że rozumie, że ja musiałem wyjechać aby uciec od wspomnień i inne tego typu bzdury. Miałem trochę wyrzuty sumienia, że Eli leżała w lodowatej kostnicy kiedy ja upijałem się z Erykiem i kurwą. No, ale i tak nie mógłbym jej już wtedy pomóc. Dalszy ciąg znasz. Cyrk Korowód Bob’a White’a rozbił namioty w okolicy, zgłosiłem chęć pracy i dostałem fuchę przy wbijaniu kołków i wznoszeniu rusztowań.
-Chodźmy spać. Już późno.
-Ok. Szkoda, że nie wracają po tych, co zostali. Może to jest właśnie plaża?