Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla maj 2009

Tradycyjnie- o wszystkim i niczym za razem

z 2 komentarzami

Wylewanie czerwonej farby na białe prześcieradła, klepanie kaskami w łby… tyle że kocie i rozlepianie na billboardach w metrze kiepsko skserowanych plakatów zrobionych w Paincie to chyba nie droga. To znaczy, dla niektórych na pewno jakąś tam drogą to jest ale chyba nie prowadzi ona do celu- do zmiany panujących stosunków społecznych i ekonomicznych na świecie (chyba taki jest cel? Nie wierzę, że chodzi tylko o michę.). Oczywiście, trzeba jakoś dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, trzeba pokazywać, że nie jesteśmy wszyscy obecnym porządkiem (burdelem?) usatysfakcjonowani… no ale nie w ten sposób. Nie wydaje mi się by prawdopodobną była wizja, w której miliony ludzi wychodzą na ulice i urządzają globalne przedmieścia Paryża. Niby teraz byłoby im łatwo się zmówić- komórki, „internet w każdym domu”, te sprawy, ale więzi międzyludzkie za słabe i egoizm zbyt silny. Trudno zresztą wymagać od kogokolwiek by poświęcał się „dla dobra ogółu” skoro większość z nas, ja również, nie ma czasem wystarczająco dużo jaj by poświęcić się dla samego siebie. Różnoracy naukowcy, tak z prawa jak i z lewa, snują podparte rzekomo wynikami badań, teorie na temat współczesnego człowieka i jego przyszłości. Piszą na ten temat bardzo grube, bardzo nudne książki, których cały nakład wykupują biblioteki. Historia pokazuje, że nigdy się te wszystkie prognozy nie sprawdzają… no, czasem się okazuje, że ktoś coś przewidział ale zwykle jest już po ptakach a ony ktoś leży dawno w piachu nie będąc za życia docenionym, wysłuchanym, dopuszczonym do głosu przed szerszym audytorium. Rodzi się, przede wszystkim, pytanie, kto niby ma na te ulice wyjść? Ziomy wąsatego faceta, który rozmontował McDonalda, naiwne Róże Luksemburg wierzące w rewolucję, mniejszości etniczne i religijne, czy może radykalne infanty święcie przekonane, że ludzki gatunek stworzony jest do życia , w którym jedynym wyznacznikiem wolności jest wolność drugiego człowieka (tak się składa, że najczęściej ci sami mają w dupie wolność innych ludzi i nade wszystko przedkładają jednak własną)? Mogłaby wybuchnąć oczywiście jakaś rewolucja, w której każdy walczyłby o obalenie stanu bieżącego ramię w ramię ze swymi światopoglądowymi i politycznymi przeciwnikami, mając na celu późniejsze wydymanie tych ostatnich i narzucenie im swojej woli. Mogłaby… ale chyba już nie jesteśmy aż tak głupi by powielić błędy przykładowo rewolucji irańskiej. Wiem! Tak, wiem- to nie jest w porządku, że jakieś 98% ludzkości jest uzależnione finansowo od 2%, które trzyma w swych rękach poważny kapitał, zwłaszcza że ów rzadko kiedy zdobyty został uczciwe, ale wystarczy popatrzeć na wydarzenia ostatniego półrocza- oni już się sypią… już nie długo. Jak na razie, stracili zaufanie, może, z biegiem czasu utracą też wpływy. Mówi się, że kapitalizm zeżarł własny ogon… no… prawda- myśląc, że jeszcze trochę tego ogona zostało, ugryzł się niechcący w dupę- zabolało i mamy „światowy kryzys gospodarczy”. Czasem myślę, że najbliżsi wyjściu na ulice są pracownicy właśnie korporacji, które do obecnej sytuacji doprowadziły. Jestem przeciwny wszelkiego rodzaju programom antykryzysowym organizowanym naprędce przez rządy. Rozumiem, że chodzi o utrzymanie ładu społecznego, chociaż, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, raczej nic wielkiego i tak nam nie grozi, ale dając pieniądze tym, jak określił ich kiedyś w felietonie Maciej Nowak, „tatuśkom” tylko pogarszają sytuację. Winowajcy całego zamieszania bowiem pozostają w świetnych humorach, wiedząc, że nawet jak coś spierdolą to państwo (szeroko pojęte) i tak nareperuje. Trzeba coś z tym zrobić, naturalnie, ale tym czymś na pewno nie jest wydzieranie mordy przez megafon pod ministerstwem. Może wystarczy poczekać? Pewne złe „autorytety” topnieją… i żadne zapomogi finansowe ich nie uratują.

Written by olgbor

maj 26, 2009 at 11:02 pm

Matrioszka

z jednym komentarzem

Ostatnio pisałem z nudów.
Wyszło tak:
Po tym co działo się dzień wcześniej, a właściwie poprzedniej nocy, nie czułem się najlepiej. Zaparzyłem sobie kawę, nalałem kieliszek Cointreau i usiadłem do sobotnio- niedzielnej gazety. Poranne słońce wlewało się do pokoju niosąc jakby malutkie kawałki szafirowego nieba i rozrzucając je po szklanych przedmiotach, które, choć dawno nie polerowane, na moment przypomniały o swym dawnym blasku. Prasa, jak zwykle, próbowała zepsuć mi humor smutnymi informacjami i sugestiami, że wszyscy Polacy skończą pod mostem. Złożyłem szarą płachtę przez pół i rzuciłem w kąt pokoju, na wysoką stertę innych szarych płacht, które chciały mnie zdenerwować w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wymyślając szeptem Michnika, Wildsteina, Żakowskiego i innych Ziemkiewiczów, rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu komórkowego. Robię to z przyzwyczajenia- i tak nikt do mnie nie pisze a rzadko kto dzwoni ale miałem cichą nadzieję, że może chociaż operator chciał zaproponować mi udział w konkursie z samochodem do wygrania, albo jakieś darmowe dzwonki z telewizji muzycznej, której nie oglądam od kilku lat. Nic z tego. Koniec końców, dowiedziałem się przynajmniej, która godzina. Była jedenasta. Wypiłem likier, wziąłem kilka łyków kawy i podrapałem się po jajach. „Już czas!”- pomyślałem sięgając po zatłuszczonego i zakurzonego laptopa z naklejkami „Wolny Tybet” i „Farel Gott”. Gwoli ścisłości, mam w dupie górskie prowincje Chin a rzeczonej kapeli rockandrollowej w życiu nie słyszałem ale nadużywanie alkoholu w towarzystwie nieznajomych czasem wzbogaca wystrój mieszkania o nowe gadżety. W każdym razie, odpaliłem edytor tekstów z zamiarem napisania jakiegoś niezbyt długiego opowiadania z błyskotliwą pointą, w stylu młodego Trumana Capote albo wczesnego Kereta… Albo Oza, niezależnie od okresu twórczego. Miałem w głowie szkic tej krótkiej formy, miałem już nawet niektóre detale… szkoda tylko, że to było jak kładłem się spać i o poranku już nic nie pamiętałem. „Znowu, kurwa, to samo”- powiedziałem półgłosem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy- ktoś, kto wcześniej podsłuchiwał moje myśli i wiedział doskonale, co jest przyczyną złości. „Ty myślisz, że kim jesteś?”- rozległo się nagle pytanie, wypowiedziane głosem trochę podobnym do mojego, gdzieś spomiędzy półkul mózgowych, kawałek za zatokami czołowymi- „Literat się znalazł!”. Nalałem jeszcze jeden kieliszek tripple sec’a dla bogatych i dopiłem letnią już kawę. Poprawiłem kąt nachylenia ekranu i zacząłem klepać w czarne płytkie klawisze. Wyszło tak:
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w nieznanym mi mieszkaniu. Przydługie niebieskie zasłony opadały na tanią szarą wykładzinę tworząc coś, co przy odrobinie wyobraźni można by określić jako zbocze góry lodowej wystającej ponad powierzchnię brudnego od ropy naftowej oceanu. Przez szparę między płachtami błękitnej materii wdzierały się do pokoju rażące promienie porannego słońca. Obok spała umiarkowanie ładna brunetka a na podłodze walały się różne części naszej garderoby i puste butelki po parszywej whisky z czerwoną etykietą. Uznałem, że nie ma sensu się żegnać, skoro i tak nie pamiętałem powitania. Ubrałem się i wyszedłem. Klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Była taka duża, chłodna i pachniała geranium, które rosło w doniczkach na parapetach. Marzyłem o małej buteleczce zimnego piwa, zaś ciążący w tylnej kieszeni dżinsów portfel sugerował, że mam wystarczająco dużo bilonu by sobie na takowe pozwolić. Na ulicy było jasno, gorąco, duszno i śmierdziało knajpianym zapleczem. Sznur samochodów pełzł niby wielka, ociężała mechaniczna glista. Znalazłem w kieszeni mocno sfatygowaną paczkę Davidoffów, wydobyłem z niej ostatniego, pogniecionego papierosa i oparłszy się o elewację- zapaliłem. Smakował jak Café au lait z cukrem waniliowym. Przyjemne były tylko pierwsze trzy machy. Przy czwartym poczułem, że moja ślina przypomina w konsystencji ekologiczny klej do papieru. Rzuciłem niedopałek na chodnik, przydeptałem i ruszyłem w kierunku, w którym idąc kilka minut szybkim krokiem, jak podpowiadała mi intuicja, powinienem znaleźć sklep spożywczy i stację metra. Nie zawiodła mnie. Pod sklepem policzyłem bilon. Miałem dokładnie dwanaście złotych i sześćdziesiąt siedem groszy, co oznaczało, że poza małym piwkiem stać mnie było na nową paczkę papierosów. I tak nie miałem ochoty palić ale zdałem się sobie niezwykle bystry przewidując, iż za godzinę- półtorej może najść mnie chęć na odrobinę rakotwórczego dymu. Piwa nie wypiłem od razu. Przecież dżentelmenowi nie przystoi wlewać w siebie alkoholu pod sklepem… przynajmniej nie w biały dzień. Uwielbiam warszawskie metro. To nam się udało! Mamy jedną linię, ale za to jaką?! To bez wątpienia najczystsze metro w Europie. Gdy czekałem na pociąg, zadzwonił telefon. Wyświetliło się, że kumpel, z którym minionej nocy poszedłem na imprezę, pragnął się ze mną porozumieć. Rozłączyłem go. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń, za to ani jednej wiadomości na poczcie głosowej. Gdyby chodziło o coś ważnego, nagraliby się. Dotarłszy na peryferia, gdzie zamieszkuję- na wielkie osiedle z klocków Duplo- znalazłem ławeczkę w cieniu. Piwko było wyborne. W domu wziąłem prysznic, założyłem czyste ubranie i napiłem się wody z cytryną. Mniej więcej od tego momentu zaczęło się to, co naprawdę istotne w niniejszej historii.
Dostałem maila od koleżanki- byłej dziewczyny jednego znajomego, który wyjechał do Holandii na truskawki dwa lata temu a dziś jest ścigany przez tamtejszą policję za rozboje i wymuszenia. Napisała, że Zaratustra właśnie idzie po linie rozpiętej nad przepaścią człowieczeństwa i jeśli nie zorganizuję jej (koleżance) szybko funduszy na bilet powrotny z Bombaju do Warszawy to straci równowagę i w ową przepaść spadnie. Nie bardzo zrozumiałem, czy spadnie ona, czy Zaratustra, w każdym razie wiadomość epatowała dramatyzmem i poruszyła mnie- mam słabość do Nietzschego. Gdyby dziwnym trafem zadzwonił wówczas do mnie mówiący po angielsku z walijskim akcentem prawnik informując, że jestem ostatnim spadkobiercą jakiejś fortuny ulokowanej w gruntach i nieruchomościach na Wyspach oraz złocie w okolicach Zurychu to bez namysłu wysłałbym koleżance kwotę wystarczającą by mogła sobie wrócić Lufthansą w I klasie. Przez chwilę słyszałem już nawet dzwonek telefonu ale okazało się, że to tylko u mnie w głowie. Trzeba było jakoś pomóc. Finansowa pustka to nic. Trzeba być zaradnym. Odpisałem jej. Wyszło tak:
Kurt to był człowiek! Mieszkał naprzeciwko. Zawsze nienagannie ubrany, ogolony, spryskany wodą toaletową o świeżym, przywołującym na myśl zakłady farmaceutyczne, zapachu. Mimo to, nie wyglądał zdrowo; był stale blady, z zielonkawymi worami pod przekrwionymi oczami. Poznaliśmy się przypadkiem którejś zimy. Wracałem z jakiejś imprezy, byłem kompletnie pijany i zapragnąłem zapalić papierosa. Moje się skończyły, byłem spłukany. Dał mi jednego. Ten to miał gest. Umarł na raka płuc w zeszłym roku. Ja nie mam papierosów ale gdybym miał to bym Ci z chęcią dał jednego- dwa. Po naszemu- nie wiem skąd wziąć pieniądze na bilet powrotny dla Zaratustry ale zapytaj w ambasadzie, tylko nie niemieckiej- w naszej- Polandzkiej. Podobno finansują powroty niezaradnym owieczkom, które zanadto oddaliły się od stadka. Nie miej do mnie żalu. Domyślam się, że spodziewałaś się innej odpowiedzi ale Kurt umarł bo dał mi papierosa i boję się, iż większe z mej strony zaangażowanie może również się odbić na moim zdrowiu- jak gest Kurta na jego.

Opróżniłem kieliszek i zapaliłem ohydną wiśniową cygaretkę. Przeleciałem wzrokiem po powyższym tekście szukając typowych dla mnie błędów ortograficznych, stylistycznych i literówek. Nic rażącego nie znalazłem- może dlatego, że język ojczysty nigdy nie był moją mocną stroną. Na bezesemesowym wyświetlaczu pojawiła się 12.00. „No, kurwa.”- mruknąłem z samozachwytem- „Objętościowo, całkiem nieźle.” Wstałem od stołu, wygrzebałem ze sterty w rogu Duży Format i poszedłem do kibla. „Znowu dałeś dupy!”- wykrzyknął głos zza zatok czołowych. Chyba miał rację- znów nici z błyskotliwego zakończenia.

Written by olgbor

maj 18, 2009 at 9:43 pm

Napisane w Fikcja, Uncategorized

“Kalendarz adwentowy” (pierwotnie “Cztery koty w pralce z programem PŁUKANIE i WIROWANIE”)

z 2 komentarzami

Ernest:
Trudno umiejscowić w czasie ten moment… chodzi mi okres, w którym z chłopców staliśmy się młodymi mężczyznami. Nie ma zresztą większej różnicy- po prostu zamiast urwanych filmów pojawiły się całkiem dobrze skonstruowane retrospekcje, będące podłożem do kaców moralnych a „głupie cipy” wyparte zostały przez dziewczyny, które potencjalnie mogłyby zostać matkami naszych dzieci. Wszystko to jest kwestią podejścia, bo przecież twarze i miejsca nie zmieniły się z dnia na dzień. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień kiedy po raz pierwszy ktoś powiedział do mnie „proszę pana”. Jaki tam „pan”? Byłem wówczas gnojkiem niezdającym sobie sprawy, że tuż za rogiem czai się największe niebezpieczeństwo- dorosłe życie. Oczekiwania, nadzieje, wizje. Wszystko to rozjebaliśmy w kilka wieczorów jak wódkę rodziców dobrze ukrytą na dnie zamrażalnika. Każdy poszedł na mniej lub bardziej prestiżowe studia żeby zarobić w przyszłości pieniądze na nowe, drogie buty, mieszkanie w eleganckiej lub artystycznej dzielnicy i wino, którego nie będzie wstyd odłożyć do leżakowania . Wszystko to przeleciało jakby w jedną sekundę. Jesteś tu, pstryk, jesteś tam, pstryk- jesteś tu. Czasem udajemy, że nic się nie zmieniło- pijemy Wyborową w parku ćmiąc Davidoffy i cytujemy sobie z uśmiechem kawałki Molesty. Na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut wracamy do szczeniactwa i jest dobrze. Jest zajebiście. Wszystko, co dla psychiki stanowi balast ląduje na ziemi- gdzieś daleko pod gondolą naszego balonu. Ziemia jest dla frajerów, którym brak wolności umysłu, dla nudnych ćwoków, którzy rozpijają ciepłą Ludową pod letnią herbatę marki Aro na przegotowanej kranówce żeby odłożyć na trzydziestoletnie BMW z Austrii i rozmawiają przy tym o alufelgach, w najlepszym wypadku o szesnastoletnich dziewczynach swoich trzydziestoparoletnich kumpli, które właśnie są w ósmym miesiącu ciąży.
-Nie ma Boga
-Nie ma.
-Skoro nie ma Boga to po chuj to wszystko?
-Dla żartu.
-Dla żartu? To kiepski żart.
Prowadzimy dyskusje na tematy tak kurewsko górnolotne, że żaden Sputnik nam nie zawadzi a w gruncie rzeczy gówno wiemy. No, ale jak pewne opinie wygłasza osoba w szmatach wartych tyle, co mały samochód miejski składany przez producenta zegarków to nie brzmią one tak marnie jak w ustach „chama” w beżowym swetrze, w przykrótkich jeansach i obuwiu „Adidadidada”.
Najczęściej rozmawiamy o życiu albo swoich małych sukcesach. Egzystencjalizm albo przechwalstwo. Dość wąsko. Jeszcze pogarda. Pogardzamy wszystkimi, nikogo nie oszczędzamy, każdy jest „gorszy”, na każdego się coś znajdzie.

Diana:
Czasem myślę, że świat jest jak mieszanka Kubina z Gigerem podana w popartowym, warholowskim opakowaniu. Mam też dni, kiedy zdaje się on być post-punkową, radioaktywną pustynią usianą opuszczonymi betonowymi miastami z zarzyganymi jednoperonowymi stacyjkami kolejowymi. Leżę na designerskiej sofie jedną ręką paląc jointa, drugą głaszcząc po pośladkach moją przyjaciółkę i myślę o tym jak Dżem przemierza białym starym busem szosy Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w latach siedemdziesiątych. Idealny relaks po wernisażu.

Andrzej:
Mam mocny kręgosłup moralny. To religia. Gdyby nie Chrystus… to nie wiem gdzie bym teraz był. Nie wiem też gdzie podzieje się to biedne stracone pokolenie ludzi bez żadnej wiary, bez żadnego katalogu reguł, których się po prostu nie łamie. Nie jestem zabobonny ani głupi. Nie wierzę w dziadka z brodą. Bóg jest dla mnie czymś bezkształtnym i niepojętym… ale wiem, że jest… i że każdego wysłucha… i że nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko jest częścią jakiegoś porządku znanego tylko Najwyższemu. Znajomi często próbują ze mnie nieudolnie szydzić. Opowiadają o tacy w kościele i o księżach jeżdżących Audi Q7 na dziwki. Ludzie są ludźmi. Do kościoła nie chodzi się dla ludzi tylko dla Boga.

Mateusz:
Przeczytałem te twoje grafomańskie wypociny. Niestrawne jak zawsze. Gdyby Andrzeja spotkał jakiś prawdziwy życiowy dramat to najpewniej zacząłby gadać, że Bóg się od niego odwrócił, albo coś w tym stylu. Religia jest jak opaska, którą ludzie dobrowolnie wiążą sobie na oczach i oddają lejce swego życia w ręce bandy prawiczków w sutannach. Diana jest zwykłą przylansowaną głupią cipą, udającą, że zna się na sztuce a Ernest jest pozornie przeintelektualizowany. Pozornie! Bo tak naprawdę cała jego kwestia jest plwociną bez ładu i składu. A ty? Ty jesteś po trochu nimi wszystkimi… i mną też. Ludzie, którzy teraz to czytają dla zabicia czasu, jako odskocznię od nauki albo ze zwykłej ciekawości, cóż takiego ma do powiedzenia ten zabawny człowieczek, który upija się jak ostatnia świnia, też składają się z pierwiastków Ernesta, Diany, Andrzeja i mnie. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Życie jest jak pudełko czekoladek wypchane gównem- zawsze trafia się to samo tylko w różnych kształtach, zależnie od formy przegródki.

Written by olgbor

maj 10, 2009 at 9:35 pm

Napisane w Uncategorized