Archiwum dla wrzesień 2008
Kolejny dowód na to, iż autor nie zna się na niczym.
On mówi do niej głównie o tym jak bardzo oczarowuje go jej uroda, ona do niego, jak bezpieczna i spokojna czuje się w jego towarzystwie. Jesień, choć szara jak papier czerpany i zimna niby posadzka przejścia podziemnego, nie jest im straszna. Są zakochani, ogrzewają się własnym ciepłem. Przemierzają październikową noc jakby w kryształowej kuli, której powłoka daje intymność nawet w zatłoczonych, przesyconych dymem tytoniowym kafejkach, pubach, restauracyjkach. Potem, pod jej domem smakują wzajemnie siebie. Ona jest słodka, z lekką nutą goryczy. On pociągająco korzenny, goździkowy. Jeszcze tylko wymiana spojrzeń. Wilgotne błękity zatapiają się na moment w mahoniowej otchłani obiecując rychły powrót, kolejne spotkanie, następny cudowny wieczór, może nawet noc.
Już w samotności, oboje delektują się tym, jak szczęśliwymi stali się ludźmi. Zamykając oczy, chłoną całym ciałem i duszą magiczne ciepło, które, tylko sobie znanymi kanałami zamiennie, to w jedną to w drugą stronę, przepływa między nimi nie bacząc na miejskie kilometry, na betonowe, ceglane i marmurowe bariery. Ciemność jest sprzymierzeńcem. W ciemności są spokój i cisza, dające wyraźniej, bardziej namacalnie odczuć wyjątkowość chwili.
Pięknie. Jak w brukowym romansidle. Może tego nam właśnie potrzeba? Może powinniśmy nauczyć się odrzucać myśl, że to wszystko jest dużo bardziej złożone, że miłosna Idylla nie istnieje, że ci, którzy w niej żyją zasługują na miano szaleńców, głupców, naiwnych romantyków?
To sztuka! Niechaj „niekochany czci miłość” i „nakręca zegar”! To szaleństwo! Może szaleństwo jest sztuką samą w sobie? Dobre pytanie! Szkoda, że tylekroć już zadane.
Nauka surfingu w weekend
Wszyscy kumple zazdroszczą ci dziewczyny… to znaczy tego, że z nią jesteś. Wiesz, że słusznie. Nie będąc na swoim miejscu, sam byś sobie zazdrościł. Patrzysz w jej wielkie, niebieskie oczy, dotykasz jej złocistych, gęstych, pachnących włosów i wiesz, że oni mogą o tym tylko pomarzyć. „Cool, huh?” Ty natomiast jesteś na swoim miejscu… zawsze kiedy jesteś w niej. Wiesz, że kumple tego ci zazdroszczą najbardziej, myślą o niej waląc konia, nogi im miękną gdy ją spotykają na ulicy albo w galerii sztuki… albo w centrum handlowym… albo w klubie. Stop! W klubie jest zawsze z tobą… więc im nie miękną. Nic tak nie ujmuje pięknej kobiecie seksapilu jak facet lub dziecko u boku. W klubie zatem przykrywasz swój skarb peleryną własnej męskości- niewidzialną barierą. Zachwycasz się. Głównie jej urodą ale też samym sobą- „Masz chłopie talent! Zobacz tylko, jaką masz dziewczynę!” – mówisz sam do siebie w myślach. Jej wnętrze? Tak… oczywiście… ekhm… wnętrze jest najważniejsze. Zainteresowania ma jak każda piękność z bogatego domu- fotografia (kiepsko jej to wychodzi), taniec, podróże. Zawsze mówisz, że jej zdjęcia mają głębię, że są rewelacyjne… a potem znów się kochacie… powiedzmy, że na podłodze w jej salonie, na papierze Kodaka.
Pewnego dnia, w wakacje, przestajesz być na swoim miejscu. Ona cię tam już nie chce. Nie ma czasu na spotkania z tobą. Jedzie do RPA ze swoim nowym chłopakiem- surferem- obowiązkowo surferem. One zawsze uciekają z surferami.
Nieznośny upływ czasu
Dzisiaj odkryłem, że już prawie dwa lata upłynęły od kiedy zacząłem produkować się na łamach tego bloga. Ci, którzy czytają moje wpisy od samego początku (gorące podziękowania dla Was), wiedzą, że na przełomie września i października 2006 roku poruszała mnie raczej tematyka polityczna. Ten stan utrzymywał się do połowy zeszłego roku, kiedy to zająłem się prozą i ta formuła przypasowała mi znacznie bardziej. Pragnę podziękować Wam wszystkim za to, że jesteście- to dla Was piszę.
Przeglądam stare artykuły mojego autorstwa i myślę o tym, jak bardzo się zmieniłem przez te dwa lata. Nie chodzi mi tylko o warsztat, który, choć bardzo daleko mu do ideału, niewątpliwie poprawiłem ale o samo spojrzenie na świat, na ludzi, na życie. Ciężko jest pisać o samym sobie, zwłaszcza o zmianach we własnej osobowości. Mam nadzieję jednak, iż ocenicie je raczej jako pozytywne.
Często słyszę od tych z Was, których znam w życiu realnym, najczęściej gdy siedzimy przy piwku, że “czytaliście ostatnie opowiadanie”, że “mam trafne obserwacje”, że “napisałem kolejne grafomańskie gówno, którego nie da się przeczytać bez torsji”, że “uważacie inaczej”, że “uważacie tak samo”. Bardzo mnie cieszy każda opinia. Dzięki.
Mam nadzieję, że starczy mi sił i chęci by pisać nadal, przez kolejne dwa lata.
Dominik
Pewnego razu, w przedszkolu, Dominik powiedział mi, że tata mnie nie odbierze bo nie żyje. „Jak to nie żyje?”- zapytałem zdenerwowany. „Normalnie, umarł.”- odpowiedział wstrętny gówniarz bez cienia emocji w głosie. Nie mogłem w to uwierzyć. „To niemożliwe. Mój tata nigdy nie umrze!”- myślałem. Z drugiej jednak strony, nie byłem pewien. A jeśli to prawda? Strasznie się wtedy przestraszyłem, histeryzowałem przez parę godzin, aż do czasu, kiedy ojciec po mnie przyszedł. Już w domu, obwieściłem rodzicom, że do przedszkola więcej nie pójdę. I tak poszedłem… ale z Dominikiem więcej nie rozmawiałem. W ogóle nikt z nim nie chciał za bardzo rozmawiać bo Dominik palił papierosy i wszystkich bił. Chciał być wodzem „starszaków”. Nie zadowalało go, że był wodzem Indian, gdy się bawiliśmy w Winnetou, że był generałem aliantów, gdy bawiliśmy się w drugą wojnę światową, że dowodził policjantami i złodziejami przy zabawie w mafię. Dominik chciał być naszym wodzem poza zabawą- takim prawdziwym. Zawsze chodził w dżinsach, trampkach i koszulkach na ramiączkach. Był twardzielem. Dziewczyny się go bały ale widziałem jak patrzyły na niego z podziwem. Na nikogo innego tak nie patrzyły… no dobra, z wyjątkiem Konrada, ale on był jakiś taki dziewczyński i w jego przypadku to chyba nie był podziw tylko sympatia- taka sympatia jaką ma się dla dobrej koleżanki. Dominika zwykle odbierała babcia. To była stara, gruba baba z wąsami i tatuażem na przedramieniu. Śmialiśmy się, że ta babcia to dziadek. W Każdym razie, pewnego dnia, nie odebrała go. Przedszkolanki dzwoniły do domu Dominika ale nikt tam nie podnosił słuchawki. Dopiero późnym wieczorem przyszła podobno jego ciocia. Babcia Dominika nie odebrała go bo umarła, normalnie.
Liście
Kolega mój widział jak samochód potrącił psa na Puławskiej. Nie zabił go od razu. Uszkodził mu kręgosłup i organa wewnętrzne. Zwierzę otrząsnęło się i w szoku, powłócząc tylnymi łapami, tocząc krwistą pianę z pyska, piszcząc z bólu, przebiegło jakieś sto metrów po czym wpadło do przydrożnego rowu… i dopiero tam umarło. Kundel miał obrożę. Pewnie uciekł komuś z posesji. Pewnie ktoś go nie upilnował. W każdym razie śmierć. Ostatnio mnie prześladuje śmierć. Jakieś dwa tygodnie temu córka znajomych moich rodziców umarła. Siedemnaście lat miała. Na drzwiach ich domu wisiała klepsydra. Było napisane, że miała wszystkie święte sakramenty, że była dobrą katoliczką. Kogo to obchodzi? Teraz i tak nie żyje- jak ten pies. On nie miał żadnych sakramentów ale jego też bolało, też czuł jak wychodzi z niego życie.
Koło dworca Centralnego widziałem jak samochód przejechał człowieka. Facet leżał na wznak dobre dziesięć minut i nikt nie próbował udzielić mu pomocy. Nikt nawet nie sprawdził pulsu. Żule ukradli buty, z których wyskoczył przy uderzeniu. Przyjechała karetka, reanimowali go ale jestem prawie pewien, że na marne. Widziałem jak leciał, jak uderzył o czerń zimnego asfaltu. Powietrze śmierdziało śmiercią. Nie wiem czy był dobrym katolikiem. Pewnie nie. Dobrzy katolicy nie chadzają pijani po Jerozolimskich w piątek wieczorem… ale też umierają.
Nie jestem dobrym katolikiem. W ogóle nie jestem katolikiem. W ogóle nie wierzę w Boga. Też umrę. Póki co, żyję i mam się nieźle. Mam się nieźle podczas gdy „dobra katoliczka” leży w drewnianym pudełku pod kilkumetrową warstwą żyznego czarnoziemu. Bo świat… nie jest sprawiedliwy. Z drugiej jednak strony… to życie wcale nie jest takie fajne.
Z katolickiego obrządku lubię Święto Zmarłych. Pomijając wielogodzinne stanie w korkach, wkurwiającą napastliwość cyganek handlujących „pańską skórką” i wszechobecny festiwal fałszywego smutku- żalu po ludziach, których się nie znało, żalu po ludziach, którzy umarli sto lat temu, żalu po funkcjonariuszach SB (też, prywatnie, dobrych katolikach), żalu po dziadkach i babciach, którzy mieli żyć wiecznie ale nie wyszło- lubię Powązki przykryte kocem kolorowych liści- martwych liści nigdy nie mających szans zostać dobrymi katolikami.
Bądź przyjacielem i żyj wśród przyjaciół
„Zdradziła mnie. Suka!”- mówił tamtego wieczoru gdy siedzieliśmy w pobliskim ogródku piwnym sącząc Tyskie z plastikowego szkła.- „Po tym wszystkim, co dla niej zrobiłem… ona mnie zdradziła!”- skomlał rozgoryczony jak jakieś bezbronne, zranione zwierzę, jak kilkuletnie dziecko odprowadzające wzrokiem w nicość swoją ulubioną zabawkę, która akurat wyśliznęła mu się z rąk na moście… i teraz, w towarzystwie gówien i innych nieczystości, spokojnie dryfuje w kierunku jakiegoś odległego, wielkiego akwenu. „Nie chcę cię dobijać, stary, ale moim zdaniem to nie jest zdrada. Ona cię po prostu rzuciła. Zdrada to by była w przypadku, gdyby sypiała z kimś innym będąc z tobą.”- Mam w zwyczaju się mądrzyć. Zawsze… ale najgorzej jest jak popiję. „Skąd mam wiedzieć, że nie sypiała?”- zapytał ostrzejszym, jakby bardziej szorstkim tonem. Takim tonem, który niezależnie od wypowiadanych nim słów zawsze niesie oskarżenie „Wiesz coś! Wiesz coś, czego ja nie wiem! Mów! Mów, kurwa, co wiesz!”. „Nie takich chojraków się spotykało”- pomyślałem i z najsłodszym uśmiechem na jaki mnie stać odparłem, że „pewności nigdy nie ma ale intuicja podpowiada mi, że nie sypiała.” Spokorniał. „Przepraszam za ten ton.”- wymamrotał zmieszany- „Wiem, że chcesz mnie pocieszyć… na swój sposób… bo, tak jak kiedyś gadaliśmy, lepiej być porzuconym niż zdradzonym i porzuconym ale… jakoś sobie nie radzę z tym wszystkim”. W tym momencie byłem już pewien, że mam go w garści, że niczego się nie domyśla.