Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla sierpień 2008

Wolontariat

z jednym komentarzem

Dla K.

Z. delektuje się wolnością. Chodzi sobie na wystawy, koncerty, wernisaże i przyziemne sprawy ma w dupie. F. też by tak chciał ale nie może bo ma pracę, w której siedzi po dwanaście godzin dziennie. Z. nakłania go, by rzucił robotę i stał się wolny, jak ona. On tłumaczy, że nie może bo potrzebuje pieniędzy. „Jesteś podłym, pustym materialistą!” wykrzykuje wówczas Z. i wychodzi. Patowa sytuacja. Tak źle i tak nie dobrze. Kiedyś, jeszcze w liceum, F. uchodził za wielkiego imprezowicza, za człowieka wolnego, podążającego tylko tam gdzie zechce. Był „sam sobie łodzią, sterem i żeglarzem”, czy jakoś tak. Później, to się nieco zmieniło- studia, praca, ciągłe kłótnie z mamą. W ogóle nie mógł się z tą mamą dogadać, mimo że żyli razem, tylko we dwójkę, od kiedy ojciec opuścił ich na początku lat dziewięćdziesiątych- niby za chlebem na saksy… i już tam został. Teraz ma drugą żonę i jakieś tam dzieci, których F. nigdy nie widział i pewnie nie zobaczy.
Minęły dwa lata. Szybko minęły.
„Może pojedziesz do Afryki jako wolontariuszka? Będziesz pomagać biednym murzynkom…”- zagaił F. pewnego dnia, kiedy akurat miał wolne i siedział rano w domu.- „Zrealizujesz się, poczujesz potrzebna…”- kontynuował.- „Widzę jak tutaj się męczysz. Stajesz na głowie w nadziei, że świat do góry nogami będzie mniej trywialny… Tymczasem jest dokładnie taki sam… tylko na odwrót.” Z. akurat czytała gazetę. Przerwała tę czynność rzucając w jego kierunku zaniepokojone, rozdrażnione spojrzenie. Chwileczkę… na studiach uczyli ją, że w takich sytuacjach należy zachować spokój, najlepiej obrócić wszystko w żart, rozluźnić atmosferę. Uśmiechnęła się zatem słodko i odpowiedziała pytaniem: „Chcesz się mnie stąd pozbyć? Przecież tak nam razem dobrze.” F. nie dawał za wygraną. „Nie chcę. Po prostu tak zaproponowałem. Chciałbym, żebyś była szczęśliwa. Taki wyjazd, powiedzmy na dwa- trzy miesiące mógłby ci wiele dać.” Zapadła niezręczna cisza. F. poszedł do sklepu po jakieś warzywa do obiadu i jak wrócił, już jej nie było. Zabrała wszystkie swoje rzeczy; szybko się z tym uwinęła. Ciekawe czy pojechała do Afryki?

Written by olgbor

sierpień 6, 2008 at 10:28 am

Napisane w Uncategorized

Dawid Lumieré

z 2 komentarzami

Edi roześmiał się obnażając przy tym wybrakowany, nadpsuty garnitur uzębienia. „Jesteś fenomenalny! Fenomenalny, kurwa, jesteś, stary!” Wykrzyknął cały czas rechocząc, nie mogąc złapać oddechu. „Dawid Lumieré! Najlepszy komik i magik w mieście! Ba! W całym tym zapyziałym kraju! Kraju, gdzie najwięcej jest kościołów i burdeli… Czasem to jedno i to samo!” Wrzeszczał w euforii.
„Kolejna zagadka zatem.”- rzekł połechtany komplementem Dawid Lumieré- „Mam usta, lecz nie mówię. Mam serce, lecz nie kocham. Mam oczy, lecz nie widzę. Mam władzę, lecz…”. „To prezydent! Na pewno chodzi o prezydenta!”- krzyknął Edi z drugiego końca baru. Dawid Lumieré nie dokończył. „Jeśli pan w szarej marynarce zgaduje nie wysłuchawszy do końca, to… to może przejdźmy do sztuczek.”- rzekł wyraźnie niezadowolony.
Na początek był oklepany numer z królikiem i kapeluszem. „Zniknij tak cały ten syfiasty kraj, panie magik!”- dopingował, coraz to bardziej wcięty Edi. Kilka razy gwizdnął i pstryknął na dwie dziewczyny lekkich obyczajów siedzące przy drugim barze. „Chodźcie tu, kurwy! Chodźcie! Zobaczycie jakie pan Dawid Lumieré robi czary! Panie Dawidzie! Może te kurwy też pan zniknie?!” Magik zignorował tę uwagę. Edi natomiast nic sobie z tego nie zrobił; wypił jeszcze kieliszeczek wódki, zapalił śmierdzącą jak zgniłe siano cygaretkę i jął podszczypywać prostytutki.
Dawid Lumieré miał już tego wszystkiego dość. Wykonał kilka dziwnych ruchów różdżką i cały ten syfiasty kraj, gdzie najwięcej jest kościołów i burdeli, gdzie prezydent ma władzę, lecz…, gdzie kurwy nie chcą znikać… zniknął.

Written by olgbor

sierpień 5, 2008 at 5:46 pm

Napisane w Uncategorized

Zbrodnia?

z jednym komentarzem

-Jasne, że trochę się baliśmy. Każdy by się bał.
-Ale wszystko dobrze się skończyło?
-Tak. Można tak powiedzieć.- Lolo zapalił papierosa i dookoła jego głowy zawisła chmura siwego dymu. Dzień był bezwietrzny.
-Nie żałujesz czasem?
-Czasem żałuję ale teraz to przecież bez znaczenia. Młodzi byliśmy… i głupi. Miałem siedemnaście lat wtedy. Zresztą to była jej decyzja.
-Chcesz ją obarczyć całą odpowiedzialnością?- Teraz Jacek też zapalił.
-Nie całą. Fifty-fifty.
-Mówisz o tym tak obojętnie, jakby cała sprawa nie dotyczyła w ogóle ciebie.
-Bo już nie dotyczy.
-Ale to się stało!
-Otóż to! Stało się! Czas przeszły! Było! Nie „jest”, tylko „było”… kiedyś.
-Każdą zbrodnię zatem powinno się puszczać w niepamięć?!
-Jaką znowu zbrodnię!?
-Popełniliście zbrodnie. Lekarz wam jeszcze w tym pomógł.
Lolo chwycił Jacka za kołnierz i z całej siły rzucił nim o podłogę, po czym wymierzył mu kilka mocnych kopniaków w żebra.
-Jacuś! Jedno musi być, kurwa, jasne. Nikt nie popełnił żadnej zbrodni.- powiedział ściszonym głosem. W jego oczach były łzy.

Written by olgbor

sierpień 5, 2008 at 5:09 pm

Napisane w Uncategorized