A to tylko gongi
Jedzie sobie metrem. Ania. W ogólniaku była jedną z najlepszych uczennic. Całe grono pedagogiczne ją uwielbiało. Miała same 5 i 6 zarówno z przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych. Teraz jest na trzecim roku etnologii ale chwilowo ma wakacje. Pracuje w bufecie, w jednym z biurowców nieopodal stacji Politechnika. Myślę, że wraca z roboty- ma lekko zmęczone spojrzenie, blond włosy spięte w kok, niebieską bluzkę i czarną spódnicę w białe kwieciste wzory. Jeszcze kilka lat temu, w szkole, nie miała zbytniego powodzenia. Nie żeby była brzydka, przeciwnie, ma bardzo wyrafinowany typ urody, na którym po prostu gówniarze nie potrafili się poznać. Teraz to co innego. Naprawdę wielu facetów by ją chciało, ale Ania zna swoją wartość ; szuka dojrzałego partnera, powiedzmy po trzydziestce, z dobrze płatną pracą, odpowiedzialnego, który mógłby się nią zaopiekować. Póki co, mieszka z rodzicami i młodszym o jakieś osiem lat bratem na kabatach w dwupoziomowym mieszkaniu z klimatyzacją i ścianami w pastelowych kolorach.
Właśnie skończył się jej okres buntu przeciwko gatunkowi męskiemu, który trwał od rozstania z Kubą- kapitanem amatorskiej drużyny piłkarskiej, półgłówkiem. Byli razem od drugiej klasy liceum aż do drugiego roku studiów. Dwa-Dwa. 2+2=4 lub, jak wolała Ania, 2-2=0. W każdym razie już jej minął bunt- okres kiedy dwudziesto- dwudziestojednoletnie dziewczyny, zwłaszcza w kręgów intelektualno-alternatywnych, wpadają w towarzystwo zakompleksionych krów i niepotrafiących zaakceptować siebie, wytatuowanych lesbijek z kolczykami w wargach, które usilnie starają się im wpoić pogląd jakoby życie na Ziemi miało przyszłość wyłącznie po anihilacji mężczyzn będących źródłem wszelkiego zła i cierpienia. Teraz Ania znów odzyskuje wiarę w samców bo kilka dni temu poznała niepoprawnie przystojnego Włocha. Giovanni prowadził warsztaty z gry na gongach tybetańskich, na które dziewczyna poszła przez zwykłą ciekawość. Po zajęciach zaprosił ją na kawę do Cavy, opowiedział całą historię jak to zainteresował się gongami będąc na wakacjach w Himalajach cztery lata temu i jakie problemy miał ze sprowadzeniem instrumentów do Mediolanu, gdzie mieszka ze współlokatorem- jakimś młodym architektem. Anię urzekło, że w ogóle się do niej nie podwalał, mimo, iż widać było w jego oczach blask podniecenia. U ulicznej handlarki kupił jej ogromy bukiet róż i wręczył go razem z kartką ze swoim adresem e-mail mówiąc, że gdyby chciała kiedyś wpaść do Mediolanu to on zaprasza a architekt na pewno nie będzie miał nic przeciwko bo zwykle jest w pracy albo pali jointy w swoim pokoju i ogląda Friendsów na DVD.
Ania trzyma w ręku kubek z Coffee Heaven i czyta książkę, sądząc po barwie papieru, z antykwariatu albo BUW-u. Ma piękne niebieskie oczy i nie wie, że od kilkunastu minut na nią patrzę, niby to czytając reklamę aparatów słuchowych umieszczoną pod sufitem wagonu.
Wysiada na stacji Kabaty. Lekko spowolnionym przez zmęczenie, lecz nadal sprężystym krokiem rusza w kierunku domu. Spotyka po drodze Kubę. Chłopak ma na sobie krótkie spodnie w hawajskie wzorki, koszulkę głoszącą, że oprócz gry w piłkę tez nieźle surfuje i buty DC. Niesie siatkę z trzema Heinekenami i żelkami Haribo. Przez chwile rozmawiają. Kuba pyta ją czy wpadnie na imprezę do Piotrka- ich wspólnego znajomego. Ona odpowiada, że się zastanowi.
W sobotę wieczorem, u Piotrka wypili trochę i wypalili kilka blantów. Kuba pyta Anię, czy nie chciałaby do niego wrócić. Mówi jej, że tęskni. No i ona się zgadza, przed racjonalną stroną swego umysłu tłumacząc tę decyzję jako nową szansę dla Kuby, jako oczekiwanie, że się zmienił, zmądrzał, dojrzał. Giovanniemu nie napisze maila.
Po dwóch dniach już się pieprzą. Ania tak wrzeszczy szczytując, że sąsiedzi Kuby wzywają policję myśląc, że za ścianą dokonuje się jakaś ohydna zbrodnia…. a to tylko gongi… tybetańskie w dodatku.