Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla lipiec 2008

Dycha

z 3 komentarzami

Nie chciałem od niego zbyt wiele. Chciałem tylko aby był jak inni ojcowie- żebym nie musiał się go wstydzić. Nic w tym kierunku nie zrobił. Później dorosłem i już mi było wszystko jedno. Tyle tylko, że nie mogłem przyjmować gości w domu- żeby nie poznali otyłej kreatury w za ciasnym t-shircie i bokserkach, wylegującej się na wytartej kanapie. To mi tak bardzo nie przeszkadzało ale trochę głupio nie zaprosić znajomych, u których bywa się dość często. Jeszcze jako mały dzieciak poprzysiągłem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Unikałem telewizji, prysznic brałem po trzy razy na dobę. Tak mi zostało. Czy on miał wobec mnie jakieś oczekiwania? Nie wiem. Nigdy mi nic nie mówił. Ja jemu też, chociaż, o ile dobrze pamiętam, raz czy dwa próbowałem… ale nie wyszło… nie zrozumiał. Gdy miałem jedenaście lat, na wyraźny wniosek mojej mamy, wyznaczył mi tygodniówkę- 10 zł. Miałem dostawać dychę co poniedziałek. Dwa razy nawet dał a potem już „zapominał”.
Rodzice się rozwiedli. Poszło im szybko. Gdy mama chciała mi w kłótni dosrać, mówiła: „Jesteś jak twój ojciec.” Początkowo strasznie mnie to wkurzało. Z czasem i to stało się obojętne.
Zawsze ceniłem bardziej przyjaźń niż miłość. W miłość, szczerze powiedziawszy, nigdy nie wierzyłem, podobnie jak w Boga, czy bezkrwawe operacje, w których Filipińczyk wyciąga gołą dłonią nowotwory z ludzkich ciał. Przyjaciół miałem kilku. Zwykle, po paru latach, okazywało się, że nie byli wcale moimi przyjaciółmi. A ja nie chciałem od nich przecież zbyt wiele. Chciałem tylko by byli jak inni przyjaciele. Jak przyjaciele innych ludzi- tacy, co to ich się poznaje w biedzie. Nie wiem czego oni oczekiwali ode mnie. Nigdy nie zapytałem.
Pewnego dnia wszyscy oni odeszli. A chciałem przecież tylko, żaby zostali. Może zbyt często zapominałem o wypłaceniu im dychy?

Written by olgbor

lipiec 13, 2008 at 12:02 pm

Napisane w Fikcja

A to tylko gongi

without comments

Jedzie sobie metrem. Ania. W ogólniaku była jedną z najlepszych uczennic. Całe grono pedagogiczne ją uwielbiało. Miała same 5 i 6 zarówno z przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych. Teraz jest na trzecim roku etnologii ale chwilowo ma wakacje. Pracuje w bufecie, w jednym z biurowców nieopodal stacji Politechnika. Myślę, że wraca z roboty- ma lekko zmęczone spojrzenie, blond włosy spięte w kok, niebieską bluzkę i czarną spódnicę w białe kwieciste wzory. Jeszcze kilka lat temu, w szkole, nie miała zbytniego powodzenia. Nie żeby była brzydka, przeciwnie, ma bardzo wyrafinowany typ urody, na którym po prostu gówniarze nie potrafili się poznać. Teraz to co innego. Naprawdę wielu facetów by ją chciało, ale Ania zna swoją wartość ; szuka dojrzałego partnera, powiedzmy po trzydziestce, z dobrze płatną pracą, odpowiedzialnego, który mógłby się nią zaopiekować. Póki co, mieszka z rodzicami i młodszym o jakieś osiem lat bratem na kabatach w dwupoziomowym mieszkaniu z klimatyzacją i ścianami w pastelowych kolorach.
Właśnie skończył się jej okres buntu przeciwko gatunkowi męskiemu, który trwał od rozstania z Kubą- kapitanem amatorskiej drużyny piłkarskiej, półgłówkiem. Byli razem od drugiej klasy liceum aż do drugiego roku studiów. Dwa-Dwa. 2+2=4 lub, jak wolała Ania, 2-2=0. W każdym razie już jej minął bunt- okres kiedy dwudziesto- dwudziestojednoletnie dziewczyny, zwłaszcza w kręgów intelektualno-alternatywnych, wpadają w towarzystwo zakompleksionych krów i niepotrafiących zaakceptować siebie, wytatuowanych lesbijek z kolczykami w wargach, które usilnie starają się im wpoić pogląd jakoby życie na Ziemi miało przyszłość wyłącznie po anihilacji mężczyzn będących źródłem wszelkiego zła i cierpienia. Teraz Ania znów odzyskuje wiarę w samców bo kilka dni temu poznała niepoprawnie przystojnego Włocha. Giovanni prowadził warsztaty z gry na gongach tybetańskich, na które dziewczyna poszła przez zwykłą ciekawość. Po zajęciach zaprosił ją na kawę do Cavy, opowiedział całą historię jak to zainteresował się gongami będąc na wakacjach w Himalajach cztery lata temu i jakie problemy miał ze sprowadzeniem instrumentów do Mediolanu, gdzie mieszka ze współlokatorem- jakimś młodym architektem. Anię urzekło, że w ogóle się do niej nie podwalał, mimo, iż widać było w jego oczach blask podniecenia. U ulicznej handlarki kupił jej ogromy bukiet róż i wręczył go razem z kartką ze swoim adresem e-mail mówiąc, że gdyby chciała kiedyś wpaść do Mediolanu to on zaprasza a architekt na pewno nie będzie miał nic przeciwko bo zwykle jest w pracy albo pali jointy w swoim pokoju i ogląda Friendsów na DVD.
Ania trzyma w ręku kubek z Coffee Heaven i czyta książkę, sądząc po barwie papieru, z antykwariatu albo BUW-u. Ma piękne niebieskie oczy i nie wie, że od kilkunastu minut na nią patrzę, niby to czytając reklamę aparatów słuchowych umieszczoną pod sufitem wagonu.
Wysiada na stacji Kabaty. Lekko spowolnionym przez zmęczenie, lecz nadal sprężystym krokiem rusza w kierunku domu. Spotyka po drodze Kubę. Chłopak ma na sobie krótkie spodnie w hawajskie wzorki, koszulkę głoszącą, że oprócz gry w piłkę tez nieźle surfuje i buty DC. Niesie siatkę z trzema Heinekenami i żelkami Haribo. Przez chwile rozmawiają. Kuba pyta ją czy wpadnie na imprezę do Piotrka- ich wspólnego znajomego. Ona odpowiada, że się zastanowi.
W sobotę wieczorem, u Piotrka wypili trochę i wypalili kilka blantów. Kuba pyta Anię, czy nie chciałaby do niego wrócić. Mówi jej, że tęskni. No i ona się zgadza, przed racjonalną stroną swego umysłu tłumacząc tę decyzję jako nową szansę dla Kuby, jako oczekiwanie, że się zmienił, zmądrzał, dojrzał. Giovanniemu nie napisze maila.
Po dwóch dniach już się pieprzą. Ania tak wrzeszczy szczytując, że sąsiedzi Kuby wzywają policję myśląc, że za ścianą dokonuje się jakaś ohydna zbrodnia…. a to tylko gongi… tybetańskie w dodatku.

Written by olgbor

lipiec 11, 2008 at 5:13 pm

Napisane w Fikcja

Droga C.,

z 2 komentarzami

Zapytasz, co spowodowało, że nie zadzwoniłem. Sam nie wiem. Może strach? Strach przed nowymi zobowiązaniami, przed czymś, co jak sobie uroiłem, ograniczy moją wolność. Mam na myśli „wolność” w znaczeniu bardziej hedonistycznym niż tym wzniosłym, rodem z dokumentów ONZ. I tak z niej za bardzo nie korzystam. Czasem wychodzę na noc- upić się. Nie zadzwoniłem też z innego powodu. Miałem sen. Śniła mi się A. Sądząc po scenerii, to musiało być jedno z naszych pierwszych spotkań, kiedy już coś zaczynało „iskrzyć”. Siedzieliśmy w kawiarni popijając lurę zwaną latte i jakiś wewnętrzny głos, gdzieś głęboko w głowie, wyszeptał mi „Wiesz przecież jak to się skończy. Znasz przyszłość. Co zrobisz?”. Nie miałem wątpliwości- wstałem i bez słowa wyszedłem. Następnego dnia, na jawie, spotkałem jej najlepszą przyjaciółkę. Nie widziałem jej od ponad roku. To musiał być znak. Znak, żeby nie dzwonić, jeśli nie chcę się uwikłać po raz kolejny w to samo. Oczywiście, Z nie jest taka jak A. Mogłoby być, zatem, inaczej. Gdyby chodziło o telefon do Ciebie, bez namysłu chwyciłbym za słuchawkę. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma… choć dziś to już chyba bez znaczenia. W każdym razie, do niej nie zadzwoniłem i raczej tego nie zrobię, przynajmniej przez najbliższe kilkanaście kwartałów… albo lat.

Dawno nie rozmawialiśmy o niczym na poważnie. Wiem, mogłem sam zacząć taką rozmowę ale nie chciałem obarczać Cię tego typu ciężarem. Czy Ty mnie również? A może nie mamy o czym rozmawiać? Sam już nie wiem.

Od tygodnia piję. Nic szczególnego się nie wydarzyło- tak po prostu wyszło. Co rano, na kacu, myślałem nad napisaniem listu do Ciebie i, jak widać, w końcu przechodzę do czynu.

Dawniej, ludzie pisali listy znacznie częściej. Wiem, wiem, nie mieli telefonów, internetu ani walkie-talkie. Technologia rozleniwia. Sam nie pamiętam kiedy ostatni raz napisałem list na papierze i umieściwszy go w kopercie, przykleiwszy znaczek, wrzuciłem do skrzynki. To musiało być jakoś dawno temu.

Wiesz, my- faceci- mamy chyba wszyscy coś na kształt syndromu sztokholmskiego, jeśli chodzi o relacje kobietami. Wiesz co to? To taki stan psychiczny występujący u ofiar, najczęściej u zakładników. Po pewnym czasie zaczynają sympatyzować ze swoimi oprawcami, z porywaczami, aż w końcu przechodzą na ich stronę; niekiedy nawet bronią się przed ludźmi, którzy mają im pomóc. Zachowujemy się tak zwykle na początku- „im trudniej, tym lepiej”. Kobiety też to mają, nawet częściej, ale w innym kształcie i na innym etapie relacji. Pamiętasz, ile razy rozmawialiśmy o parach, w których bita dziewczyna przez lata broni swojego „misia” bo „kocha go”? Nigdy nam się to nie mieściło w głowach. Teraz już wszystko jasne! Syndrom sztokholmski. Zmierzam właściwie do kolejnego argumentu przeciwko zatelefonowaniu do Z. Byłoby zbyt łatwo. Po prostu. Wiem, że mnie rozumiesz i znasz doskonale ten mechanizm.

Wkrótce napiszę do Ciebie znowu.

Written by olgbor

lipiec 2, 2008 at 10:08 am

Napisane w Uncategorized