Archiwum dla czerwiec 2008
Fala
Lekko przegniły pomost cicho skrzypiał pod stopami podczas gdy dwa, zdałoby się bezkresne, błękity- niebo i ocean- tworząc coś w rodzaju jednolitej materii, delikatnie napierały na wilgotną od potu, spaloną słońcem twarz. Naszło mnie wówczas bardziej przeczucie niż myśl, że nie mógłbym istnieć bez tej chwili, a skoro tak- ona nie mogłaby istnieć beze mnie. Widziałem kiedyś pewną ilustrację. Dwoje ludzi stało na kuli ziemskiej, jakby na ogromnej piłce. Nie pamiętam już czego tyczył się ów obrazek ale jego przesłanie można łatwo odgadnąć- para miała świat u stóp… ale tylko w tej jednej chwili. Kompletna bzdura. Czy ta planeta jest rzeczywiście całym światem? Byli zakochani. Gdy człowiek jest zakochany, potrafi uwierzyć w różne rzeczy. Później, pewnego dnia, jego świat zderza się ze światem rzeczywistym niczym mucha z przednią szybą ciężarówki. Jeszcze później, innego dnia, zakochuje się od nowa i powtarza te same błędy, słucha tych samych bajek, wierzy w nie. Wierzy w „świat u stóp”- nawet w chwilowy.
Światło słoneczne załamywało się na wodzie, najbardziej na spienionych pióropuszach fal. Ktoś zawołał „jagodzianki świeże!” ale na plaży nie było nikogo. Kiedy okrzyk powtórzył się trzykrotnie, zrozumiałem, że to tylko moje wspomnienia. Wspomnienia z dzieciństwa… Na plażach było prawie pusto- nawet w wakacje, a ludzie kopali swoje grajdołki, ustawiali swoje parawany z logotypem FWP, w taki sposób, by nie przeszkadzać innym.
Plaża, z której wchodziło się na pomost była mniej więcej tak pusta jak ta ze wspomnień… ale była we Francji, w okolicach miejscowości Royan… i był październik. Fale rozbijały się o brzeg a każda z nich przynosiła nową, nie zbyt przyjemna refleksję.
Czy lepiej w ogóle nie udzielić pomocy tonącemu, czy udzielić, nawet ze świadomością, że w naszej łodzi nie ma dla niego miejsca i będzie musiał za chwilę wrócić do lodowatej, śmierdzącej ropą naftową i sklepem rybnym wody? Dobre pytanie! Ja bym chyba powiedział „Na pokład nie wejdziesz, ale możesz złapać się burty, oczywiście pod warunkiem, że nie spowolnisz tym mojej łodzi. Jeżeli przez ciebie będziemy płynąć wolniej- zostajesz.” Kompromis. Rozbitek i tak nie utrzymałby się do samego brzegu. Po kilku minutach jego ręce odmówiłyby posłuszeństwa. Splash! Po angielsku odgłos rozbryzgującej się wody brzmi lepiej niż polski, tradycyjny „plusk”. Taki „splash” dobiegłby mych uszu, po czym straciłbym tonącego z pola widzenia. Moralnie byłbym jednak w porządku.
Zszedłem z pomostu. Ostatnia myśl wywołała przerażającą wizję, w której poślizgnąłem się na mokrej desce, wpadłem do wody uderzając przy tym potylicą w krawędź keji i nieprzytomny utonąłem, podczas gdy jakiś dupek przepływał obok łódką ale mi nie pomógł bo „nie miał już miejsc”.
Nigdy nie miałem na tyle „jaj” aby uczynić komuś kurestwo patrząc prosto w oczy. Zawsze potrzebowałem jakiegoś uzasadnienia, oczyszczenia z winy. Dla samego siebie. Tłumacząc się, że też zasługuję na choćby sekundę ze „światem u stóp”. Kiedyś, w przyszłości, pewnego dnia, innego dnia.
Spacer
Tamtego ranka nie miałem kaca. Cały byłem kacem- bolesnym, natrętnym, rozlazłym i leniwym. Aura niespecjalnie sprzyjała jakiejkolwiek aktywności- deszcz, wiatr… i w ogóle. Mimo to wstałem o dziewiątej, wypiłem mocną kawę i poszedłem na spacer. Właściwie to chciałem czegoś poszukać. Niekoniecznie odnaleźć. Szukanie jest lepsze niż znajdowanie bo jak już człowiek coś znajdzie to nie ma czego szukać. Kupiłem sobie paczkę papierosów po drodze. Nie miałem ochoty palić ale przyzwyczajenia często biorą górę nad logiką, ta z kolei, by nie być gorszą, odgrywa się po kilu minutach. „Skoro już te fajki kupiłem… to zapalę”- pomyślałem wyciągając z kartonika grubego, białego Davidoffa. Nie o tym jednak… Mówiłem o szukaniu; no właśnie, mam w zwyczaju na kacu poszukiwać harmonii wszechrzeczy- dostrzegalnego gołym okiem porządku uniwersum. Nie wiem czy dobrze to ująłem. Chodzi o to, że obserwując łopoczące na wietrze liście topoli, prędzej odnajduję podobieństwo między nimi a idealnie spasowanymi zębatkami w szwajcarskim zegarku niż chaotycznie wirującą materią. Na trzeźwo rzadko myślę o takich pierdołach. Tamtego poranka jednak nie byłem jeszcze trzeźwy i mogłem sobie pozwolić na chwilę nikomu do niczego niepotrzebnej refleksji. Koło lasu Kabackiego spotkałem kolegę. Psa wyprowadzał. Pogadaliśmy chwilę o pierdołach, ale nie takich jak opisałem powyżej tylko o prawdziwych, nic nie znaczących bzdetach z cyklu „Moje nowe głośniki, kupione u tego faceta co poleciłeś, spisują się świetnie. Fantastycznie basy przenoszą.” Gdybym chciał z nim rozmawiać o porządku uniwersum, raczej nic by z tego nie wyszło. No, może zyskał bym sławę „the most peculiar man’a z całej wsi”. Po kilku minutach byłem już w lesie. Ptaszki śpiewały, błotko przyklejało się do butów jak rzadko, powietrze przesiąknięte było zapachem zbutwiałego drewna. „Natura! Natura jest esencją! Esencją ładu!”- prawie powiedziałem to na głos. Równie dobrze mogłem wykrzyczeć- nikogo nie było w okolicy. Jaki idiota zapuszczałby się do lasu w taką pogodę? Szukając po kieszeniach iPoda, wlazłem w gówno. Kurwa mać! To na pewno pies tego barana od głośników tak nasrał jak tędy przechodzili kilka chwil temu.
Resztki wczorajszego alkoholu już ze mnie wyszły i zatraciłem tą niezwykłą wrażliwość, która z samego rana motywowała mnie do poszukiwań. Nie znalazłem. Nic, kurwa, nie znalazłem poza psim gównem na podeszwie. Trudno.
Podróże
Wspomnienia z podróży zazwyczaj mają charakter bardziej fantasmagoryczny niż realistyczny. Pustynia w kolorze białego złota, szorstka i matowa, wdzierająca się wierzchołkami egipskich piramid w miękkie, płynne niemal, szafirowe niebo; nowojorskie domy jednorodzinne w północnej części Bronx-u, tak świetnie współgrające z lekko przegniłymi, otaczającymi je trawnikami, że ciężko wyobrazić sobie je baz nich, jak i owe trawniki bez domów; zatłoczony autobus w Bangkoku, w którym bilety kupuje się „do konkretnego przystanku” u śmiesznego człowieczka w granatowym mundurze; magiczny Budapeszt letnią nocą- jego puste uliczki oblane żółtym światłem latarni, przepełnione wilgocią ciągnącą od Dunaju, w ustach posmak Tokaju zmieszanego z Davidoffami Neon, czy wreszcie leniwe popołudnie pod warszawską syrenką nad brzegiem Wisły, z rowerem opartym o ławkę, z łydkami pogryzionymi przez komary i charakterystycznym koktajlem aromatów: kramu do opalania, potu, tytoniu. Pieczęć wyjątkowości mamy w zwyczaju przybijać miejscom, które sami odwiedziliśmy- nie tym, które odwiedził ktoś inny. To dobrze- w końcu świat postrzegać można wyłącznie przez pryzmat własnej osoby, własnego „ja”- nie inaczej. Nigdy nie byłem w Sydney. Pewnie dlatego tamtejszy gmach opery w kształcie rozpostartych żagli zasługuje moim zdaniem mniej na miano jednego z siedmiu cudów świata niżeli pomnik syrenki- z drewnianą, pomalowaną na szaro deską zamiast miecza.