Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla marzec 2008

W ogóle to…

z 3 komentarzami

Czerwono-żółty tramwaj przetoczył się z metalicznym zgrzytem i brzękiem przez skrzyżowanie. Na zewnątrz padało- jak zwykle. Zawsze musi padać kiedy już człowiek przysiądzie w przytulnej kawiarni, tudzież pubie. Rozedrgane czarne, granatowe, szare i brązowe kształty przemykały za oknem próbując desperacko uchronić się przed deszczem przy pomocy połamanych parasolek o różnych rozmiarach, gazet i -zupełnie bezsensownie- kubków i serwetek z Coffee Heaven. Padać zaczęło akurat w momencie, kiedy Ania i Robert usadowili się wygodnie w miękkich, skórzanych kawiarnianych fotelach i w oczekiwaniu na menu rozpoczęli, jakże typową dla dobrych znajomych, konwersację o wszystkim i niczym.

-Co u ciebie, Aniu?

-To samo pytanie chciałam zadać tobie! No cóż, byłeś szybszy.- Powiedziała Ania szeroko się uśmiechając, obnażając aparat ortodontyczny z przezroczystymi gumkami.- Wszystko w porządku. Pracuję, wiesz?

-Tak? Co to za praca?

-W takiej agencji, co pośredniczy między pracodawcami a pracownikami, rozumiesz? Firmy zgłaszają się do nas gdy potrzebują na przykład hostess albo konferansjerów. No to my wyszukujemy im odpowiednich ludzi w naszej bazie danych.

-No tak, rozumiem już czym zajmuje się firma, ale co ty w niej robisz?

-Jestem sekretarką. To robota na miesiąc- góra dwa. Jak na razie może być. A co u ciebie? Nadal egzystencjalizm?- zapytała z nutą ironii w głosie.

-Już nie. Egzystencjalizm był spoko ale trochę się w nim plątałem i kilkakrotnie zostałem publicznie posądzony o przekonania komunistyczne.

-Więc? Co teraz?

-Sam do końca nie wiem. Od dwóch miesięcy piszę powieść o tym, że piszę powieść bez podszewki filozoficznej.

-I jak idzie?

-Nieźle. Piotrek ostatnio przeczytał jeden rozdział i chyba mu się spodobało. Nazwał moje pisarstwo „zjawiskowym” i „nowatorskim” ale nie chciał pożyczyć pięćdziesięciu złotych. – odparł Robert nerwowo bębniąc palcami w podłokietnik.- Co z tymi kartami?

-Poproś kelnerkę jak będzie przechodziła.

-Ale to ja jestem klientem. Chciałbym też popielniczkę.

-Poproś kelnerkę.- powtórzyła łagodnym tonem Ania. Ten ton był jej skarbem- kluczem do wszelakich sukcesów. Potrafiła nim uspokoić niemal każdego.

-Dobrze, Aniu. Poproszę kelnerkę  jak będzie przechodziła.- Robert spokorniał.

 

Po godzinie…

 

Przestało padać i zza stalowo-grafitowych chmur wyjrzało, zachodzące już powoli, słońce. Promienie odbijały się od mokrych chodników rozjaśniając nieco szarą zabudowę centrum. W powietrzu czuć było bez wątpienia wiosnę.

-Miło było cię spotkać, Aniu.

-Dzięki! Mi też się podobało. Powinniśmy widywać się częściej.

-Ale to ty nigdy nie dzwonisz.

-Wiem. Przepraszam ale jestem zalatana.

-Spoko. Mam nadzieję, że niebawem znów się spotkamy.

 

Robert ruszył wolnym krokiem w kierunku stacji metra. Jego nieco zniekształcone odbicie w jednej z nowo powstałych kałuż, uśmiechnęło się. „W sumie to mam niezłe życie.”- pomyślał delektując się ciepłem padającego na twarz światła. „Chyba wszystko jest ok.”

Ania wsiadła do autobusu jadącego docelowo gdzieś na Wolę ale przejeżdżającego przedtem  koło jej domu i też się uśmiechnęła. Pomyślała sobie: „W sumie, mam dobre życie”. Przez chwilę goniła wzrokiem za srebrnym Porsche, które z rykiem wyprzedziło autobus, po czym dodała: „Ale będzie dużo, dużo lepsze. Choćbym nie wiem co musiała zrobić.”

 

„W sumie, moje życie jest spoko…” pomyślała Karolina przymierzając przed wielkim lustrem suknię ślubną- taką białą i w ogóle z welonem. Zerknęła z zadowoleniem na pierścionek zaręczynowy z diamentem wielkości ziarenka gorczycy. „…ale jakie będzie za tydzień?” dodała po chwili.

-Nie martw się mała! Będzie dobrze. Przecież się kochacie.- Wykrzyknęła piskliwym głosem kuzynka Karoliny- Ala.

-Właściwie to masz rację.- odpowiedziała myśląc, że właściwie to nie jest tego pewna.

-Paweł to świetna partia! Sama bym za niego wyszła gdybyś nie robiła tego ty.

-Dobre sobie!

-Naprawdę!

-Czy ten łańcuszek pasuje? Nie rzuca się za bardzo w oczy?

-Wyglądasz pięknie.

-Dziękuję.

 

 

Czerwono-żółty tramwaj przetoczył się z metalicznym zgrzytem i brzękiem przez skrzyżowanie.

-Jeszsze fo jednym?- zapytał z lekkimi trudnościami Arek.

-Mosze wyśś…- odparł mężczyzna w niebieskim swetrze w białe paski.

-Warman! Jeszsze fo maluchu dla mje i cholegchi frosze!

-Jachei jess twoje żysie frzyjasielu?- zapytał mężczyzna w niebieskiem swetrze w białe paski.

-W sumie, mam sfocho żysssie, stary- odpowiedział bez namysłu Arek.

-No to się sieszę, fszylasielu, bo ja mam średnie- powiedział mężczyzna w niebieskim swetrze w białe paski, po czym zwymiotował pomiędzy ladę barową a wysoki taboret, na którym siedział.

 

 

 

 

Written by olgbor

marzec 31, 2008 at 9:04 pm

Napisane w Uncategorized

Kolaż

z 7 komentarzami

Patrząc na współczesność z pewnym dystansem, ujrzymy kolorowy, nieco kiczowaty kolaż. Czarna bila z numerem 8 toczy się po białych zębach fortepianowej klawiatury krzesząc niezbyt przyjemne dla ucha dźwięki. Każdy ma Nokię i polo w horyzontalne pasy. Kółko od deskorolki wbija się w hamburgera, z którego obficie wycieka ketchup i starczą karbowane liście sałaty- wszystko to w bardzo nasyconych kolorach. Każdy tu jest. Nawet Marks. Tak, tak- Karol Marks. Jest czarno-biały ale za to ktoś mu dokleił złotą aureolę- taką w stylu bizantyjskim.   Papież Polak? Jest i on! Pozdrawia tłumy w czerwcu 79, tworząc nieświadomie jeden z najpodlejszych chwytów marketingowych naszych czasów- fikcję pod tytułem „pokolenie JP2”. W modzie są motywy roślinne. To chyba taki powrót do secesji. Do Muchy się nie umywa, ale całkiem przyjemne.

Kompozycja zamknięta, chaotyczna. Cała ludzkość została uwięziona- wsadzona za kratki… właściwie to kratkę Burberry. W prawym dolnym rogu mamy kadr ze szwalni. Setki identycznych kobiet siedzą przy identycznych maszynach i szyją identyczne, kraciaste szaliki. Za 12 godzin szycia dostają dolara. Setki identycznych mężczyzn siedzą przy identycznych komputerach i za 8 godzin dostają 200 dolarów.

Bohater nie ma imienia bo każde imię wywołuje skojarzenia- zbyt wiele skojarzeń. Bezimienny bohater stoi przy barze w klubie.

BOHATER: Dwa razy Gordonsa z tonikiem proszę!

BARMAN: Z cytryną czy z limonką?

BOHATER: Z limonką.

BARMAN: Trzydzieści złotych.

Dialog w sumie na jakieś 5 sekund, uwzględniając hałas, na dziesięć. Wydanie reszty z pięćdziesiątki- 20 sekund. Wykonanie- minuta. Razem- półtorej minuty aby uzyskać odrobinę jałowcowej wódki rozcieńczonej szwajcarskim wynalazkiem z wody sodowej i chininy. 

KOLEŻANKA: To dla mnie? Nie trzeba było! Dzięki.

BOHATER: Nie ma sprawy! Pij, pij- będziesz łatwiejsza. (mocno oklepany, marny żart)

KOLEŻANKA: Pij, pij- nie będziesz mógł. (jak wyżej)

BOHATER: Ja zawsze mogę

KOLEŻANKA: Zobacz! Przyszli M… i K…!

BOHATER: O proszę! W samą porę!

Wszystko w porządku jeśli każdy dobrze zna swoją rolę. Problemy pojawiają się kiedy ktoś zapomni tekstu… albo, co gorsze, uzna, że przysługuje mu dłuższa, istotniejsza kwestia niż jest faktycznie. Bywają takie nieporozumienia a nietrudno wyobrazić sobie, że coś takiego może zepsuć całe przedstawienie. Wyobraźmy sobie, dajmy na to, że Benvolio zaczyna bajerować Julię. Jak czuje się w tej sytuacji Romeo? Pewnie nienajlepiej. William wymyślił to inaczej. Niestety w klubowym przedstawieniu nie ma Williama i każdy sam sobie wybiera rolę, której musi dobrze pilnować bo inaczej skończy na lodzie a, jak wiadomo, bezrobotny aktor klepie biedę, wpada w alkoholizm i kończy żywot na domowej roboty szafocie.

KOLEGA: Siema! Jak impreza?

BOHATER: Spoko! Oby takich więcej!

KOLEŻANKA KOLEGI: Dokładnie! Oby takich więcej!

KOLEGA: Poznajcie się. To jest Kasia.

KOLEŻANKA KOLEGI: Cześć, jestem Kasia!

BOHATER: Cześć, miło mi. [Zapala papierosa.] Skąd się znacie? (Próbuje nawiązać konwersację)

KOLEGA: Ze studiów. Kasia jest ode mnie z uczelni ale z innego wydziału.

BOHATER: A co studiujesz, Kasiu?

KASIA: Filozofię… ale nudzi mnie trochę i chcę się przenieść na Iberystykę.

BOHATER: Filozofia cię nudzi? Niemożliwe! Kant cię nudzi? Platon cię nudzi?

KASIA: W sumie to nie, ale tak ogólnie. [pauza] Mógłbyś poczęstować mnie papierosem?

BOHATER: Tak, jasne. [podaje otwartą paczkę szukając jednocześnie zapalniczki w kieszeni]

KASIA: Dzięki.

BOHATER: Nie ma sprawy.

Wszyscy coś studiują tylko mało kto na poważnie. Kasia jest bardzo atrakcyjna, ale po tej krótkiej rozmowie można się domyślić, że nie grzeszy intelektem. Kolega bohatera zapewne przyszedł z nią na imprezę planując dwuosobowe afterparty u niego w domu. Zapewne zrealizuje swój plan. Jak nie z Kasią to z jakąś inną Zosią, Marysią, Anią, Gosią, Asią, Martą, Moniką, Justyną, czy jak im tam jeszcze często na imię (?).

[Pusta hala- jakby magazyn]

BOHATER: No to teraz muszę wygłosić monolog. Wykorzystam ten czas na wyjaśnienia. Miałem skończyć wyklejać kolaż już jakiś czas temu ale stale wpadały mi w ręce nowe wycinki z gazet i tak się to jakoś przeciągnęło. [zapala papierosa] Już więcej nie wykleję bo nie muszę. Wy robicie to za mnie każdego dnia, za co bardzo wam dziękuję. Zdziwieni? Każdy wypity przez was milk-shake z McDonalda, każda butelka Martini, każdy kupiony piterek Lacosty i zjedzony pączek z piekarni przy Chmielnej dokleja nowy element do kolażu. Napiszcie jeszcze na wolnym polu, każdy coś od siebie. Rękopisy ponoć nie płoną a wszystko inne mogę obrócić w popiół jednym pstryknięciem zapalniczki.

K U R T Y N A

 

 

 

 

                       

Written by olgbor

marzec 16, 2008 at 3:02 pm