Archiwum dla styczeń 2008
Autografy Elizy Orzeszkowej
Właśnie przeczytałem nowelę Henry-ego James’a Autografy Jeffreya Asperna (The Aspern Papers) z 1888 roku. Jest to utwór ukazujący w pełnej krasie niezwykły talent narracyjny autora oraz łatwość, z jaką kreuje postacie. Akcja toczy się w Wenecji. Główny bohater (jego imię ani nazwisko nie zostają podane) jest znawcą literatury poszukującym materiałów do swych badań nad twórczością pewnego amerykańskiego poety- niejakiego Jeffreya Asperna. Do miasta kanałów i gondol trafia ponieważ żyje tu dawna kochanka twórcy- Julianna Bordereau. Prawdopodobnie posiada ona unikatowe rękopisy Asperna, jednak strzeże ich bardzo dobrze. Mężczyzna postanawia wprowadzić się do jej pałacu jako sublokator, zyskać zaufanie i dotrzeć w ten sposób do bezcennych dokumentów.

Nie chcę streszczać aby nie psuć Wam radości z czytania, jeśli kiedyś zdecydujecie się sięgnąć po James’a. Ta krótka lektura skłoniła mnie do pewnej, dość smutnej, refleksji. Jak wspomniałem, nowelę opublikowano w 1888 roku. Dynamizm, z jakim prowadzona jest pierwszoosobowa, retrospektywna narracja, czyni ją niezwykle nowoczesnym utworem. Spróbowałem odnaleźć w myślach jakieś dzieło rodzimej literatury, które podobnież trzymałoby w napięciu. Niestety, współcześni Jamesowi, Henryk Sienkiewicz i Eliza Orzeszkowa, w tej materii zawodzą. No tak- przecież my, jak zwykle, cierpieliśmy.
“Giżycko 1970″
Bohater imieniem Z obudził się dzisiaj ze straszliwym bólem głowy. To nie był kac- przecież nic wczoraj nie pił. W małym pokoju w kamienicy koło torów kolejowych, który wynajmował od emerytki imieniem Jadwiga było strasznie duszno. Na zewnątrz panował niebywały mróz więc Z bał się otworzyć okno aby przewietrzyć. Na podłodze walały się opakowania po dietetycznych płatkach śniadaniowych, brudne ubrania i butelki po pitym trzy dni temu piwie „Ambrozja”. Z lubił „Ambrozję” bo była tania i w porównaniu z innymi piwami w podobnej cenie nie zalatywała tak bardzo spirytusem.
Wstał, zarzucił na siebie jedwabny szlafrok, który dostał od mamy pod choinkę „w lepszych czasach”, wygrzebał spod łóżka kosmetyczkę i ruszył w kierunku łazienki. Łazienka mieściła się na końcu korytarza, koło schodów (czwarte piętro). Większość lokatorów miała uposażenie sanitarne w mieszkaniach. Z łazienki na korytarzu korzystali tylko ci, którzy tymczasowo wynajmowali najtańsze pokoje czyli Z i niespełniony malarz nazwiskiem Łebski. To nazwisko nie miało nic wspólnego z jego intelektem. Pochodziło zresztą od miejscowości Łeba a nie od współcześnie bardzo pożądanej cechy, co Łebski skrzętnie ukrywał wykorzystując ową grę słów w rozmowach o pracę. Nazywam się Arkadiusz Łebski i jestem łebskim (huhuhu) młodym człowiekiem, któremu bardzo zależy na tej posadzie. Ukończyłem dwa lata Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Z dobrze znał ten żart gdyż sam mu go podsunął.
-Nazywam się Arkadiusz Łebski. Jestem malarzem.
-No to łebski z pana musi być chłop.
W łazience nasz bohater wziął szybki prysznic, ogolił się, ułożył włosy i ubrał się w jeden ze swoich sześciu identycznych, szarych garniturów będących uniformem w „Salonie rolet antywłamaniowych przy trasie toruńskiej ANTYWŁAM” gdzie pracował od trzech miesięcy. Ból głowy przeszedł.
-Roleta Cerber, proszę Państwa, to najlepszy wybór. Ma gwarancję na 25 lat, jest odporna na niemal wszystkie znane środki, jakimi dysponują dziś włamywacze, w dodatku, przy zakupie zestawu ośmiu rolet otrzymają Państwo możliwość płatności w ratach rozłożonych nawet na 10 lat przy oprocentowaniu 0%!
Autobus, którym Z dojeżdżał codziennie do „ANTYWŁAM”-u nagminnie się spóźniał. Dzisiaj było podobnie. Ponad dwadzieścia minut zwłoki. W środku jak zwykle nie było miejsc siedzących gdyż wszystkie zajmowały emerytki. Z nie potrafił pojąć, dokąd te stare kobiety mogą podążać o godzinie siódmej rano- przecież nie do pracy?
Odpowiedź była prosta i pozbawiała ową zagadkę całej tajemniczości. Carrefour na Pradze miał promocję na artykuły takie jak płyny do naczyń, papier toaletowy, sardynki konserwowe i talk dla niemowląt, co pozwalało oszczędzić nawet 6 złotych przy zakupach powyżej złotych trzydziestu, a warto dodać, że ilość opakowań promocyjnych była ograniczona.
Około godziny ósmej, Z dotarł do siedziby firmy ale frontowe drzwi zastał zamknięte, ze spuszczonymi roletami Cerber . Napis na rolecie głosił: „Zapraszamy Państwa od poniedziałku do piątku w godzinach 9.00-18.00.” ale o ósmej zwykle szef był już na miejscu aby wpuścić pracowników.
”ANTYWŁAM” zatrudniał 12 osób- czterech sprzedawców (jak Z), czterech monterów, sekretarkę, sprzątaczkę, specjalistę od marketingu (będącego współwłaścicielem firmy) i szefa- otyłego faceta po pięćdziesiątce, który w młodości był ponoć czołgistą. Szef miał stacjonować w jednostce koło Giżycka i zasłynąć z zatopienia cywilnej żaglówki typu Orion podczas ćwiczeń terenowych. Miał strzelić do niej z działa 100mm będącego główną bronią czołgu T-55. Tak naprawdę, do żaglówki strzelił pijany oficer dowodzący czołgiem, który był przekonany, że załoga chce nią uciec na „zgniły zachód”. Szef tylko podawał pociski.
Nikogo nie było. Z nerwowo rzucił okiem na zegarek i dopiero w tym momencie zwrócił uwagę na datownik. Była Niedziela.
Idąc z przystanku autobusowego do domu, Z wstąpił do „Żabki” po kilka butelek „Ambrozji” , paczkę papierosów L&M i dietetyczne płatki. Czytelnik pewnie od początku zastanawia się o co chodzi z tymi płatkami. Otóż nasz bohater od szesnastego roku życia był przekonany, że ma skłonność do otyłości. Średnich rozmiarów okrągłego brzuszka nie potrafił w żaden sposób skojarzyć z litrami złocistego „pokarmu bogów”, który wlewał w siebie jak wodę, co miało go za kilka godzin zgubić.
Bałagan w pokoju uderzył Z tak mocno, iż ospały, pijany gnom zamieszkujący najgłębsze czeluście jego umysłu, nazywający się Poczucie Estetyki podskoczył z wrażenia i z rezygnacją wymamrotał polecenie: „Posprzątaj ten syf”. Tak też zrobił. Gdy dookoła panował względny ład, Z otworzył pierwszą butelkę „Ambrozji”. W telewizji puszczali, jak to w niedzielę rano, samo gówno i powtórki. Pozostała mu już tylko sprawdzona rozrywka polegająca na przełączaniu pilotem kanałów jak najszybciej. Jego rekord wynosił 45 kanałów na minutę.
Czas jakby przyspieszył. Po siódmej butelce Z postanowił zażyć nieco ruchu. Ubrał się i wyszedł z domu. Nie czuł się pijany ale wyraźnie dawała się we znaki pogorszona percepcja. Mróz szybko zniechęcił Z do spacerowania. Zaszedł tylko do „Żabki” po 4 buteleczki i wrócił.
Łebski mieszkał na pierwszym piętrze. Kiedy Z już dochodził do swoich drzwi, usłyszał z dołu jego głos.
-Część Z! Słyszę pobrzękiwanie „Ambrozji”. Wpadaj do mnie. Nie pij sam.
Z postawił siatkę z zakupami na podłodze i wychylił się przez balustradę. Klatka schodowa była duża, więc patrząc w dół, mógł zobaczyć Łebskiego stojącego z papierosem na pierwszym piętrze. To dziwne ale nagle przestał czuć pod nogami podłogę. Twarz Łebskiego mignęła mu przed nosem z bardzo bliska. Pocisk wystrzelony z czołgu T-55 rozerwał żaglówkę Orion na strzępy.
Bohater imieniem Z obudził się dzisiaj ze straszliwym bólem głowy. To nie był kac- przecież nic wczoraj nie pił. Opasły brzuch utrudniał mu nieco wstanie z łóżka a pięćdziesiąt kilka lat na karku dawało o sobie znać tępym bólem w krzyżu. Sypialnia mieściła się na piętrze dużego niebieskiego domu z dachem pokrytym szarą dachówką ceramiczną usytuowanego w Chyliczkach pod Warszawą. Wziął do ręki pilota i wcisnął zielony przycisk z napisem „UP”. Roleta Cerber uniosła się ukazując konary drzew przysypanych śniegiem. Porannej ablucji dokonał dość szybko gdyż bardzo nie lubił dotyku lodowatej podłogi z białego marmuru, którym wykończona była cała łazienka. Ogrzewanie podłogowe było zepsute. Umyty i ubrany wszedł do swojego gabinetu na parterze po teczkę i kluczyki do Jeepa Commandera. Na biurku stała ramka ze zdjęciem przedstawiającym grupkę młodych mężczyzn w mundurach wojskowych. Trzymali transparent z napisem „Giżycko 1970”. Z rzucił na nią okiem, uśmiechnął się i zaczął nucić pod nosem jedną z żołnierskich piosenek. Na tylniej szybie Commandera widniała dyskretna, acz łatwo zauważalna naklejka: „Salon rolet antywłamaniowych przy trasie toruńskiej ANTYWŁAM”.
Bohater imieniem Z obudził się dzisiaj ze straszliwym bólem głowy. To nie był kac- przecież nic wczoraj nie pił.