Na myśli…

Olg Borowka

“W cieplejsze listopadowe dni…”

z 4 komentarzami

 

Przez dłuższy czas zastanawiałem się, jakie miejsce uczynić teatrem, w którym rozegra się ta sztuka. Możliwości są praktycznie nieograniczone, tak jak wyobraźnia, jednakże podążając tropem najznakomitszych pisarzy XX wieku, jak Hemingway, Capote, Rushdie, Eco, czy Fuentes, postanowiłem osadzić akcję w miejscach, które znam z autopsji. Nie mam odwagi nazwać siebie nawet  początkującym pisarzyną ale liczę, że kiedyś zasłużę sobie choćby na takie miano.

Temat. Zawsze mam problem z jednoznacznym określeniem tematu opowiadania. Nie jestem naprawdę w stanie z pełnym przekonaniem orzec: „XYZ jest tym czy tym, porusza taką czy taką problematykę.” Być może bariera leży gdzieś w podświadomości. Na płaszczyźnie określania, nazywania i charakteryzowania rzeczy czuję się okaleczony przez polskie szkolnictwo, które latami robiło wszystko aby zawęzić całemu mojemu pokoleniu horyzonty. Wielu na to pozwoliło- wielu nie. Jestem w tej drugiej grupie. Nic się nie dzieje niestety bez konsekwencji. Utrzymanie otwartych oczu spowodowało alergię na wszelaką naukową analizę sztuki, zwłaszcza poezji. Spróbuję tym razem temat określić, aczkolwiek nie ręczę za trafność.

Ludzie. Najogólniej rzecz ujmując, tematem są ludzie.

 

 

W cieplejsze listopadowe dni, na chwilę przed zachodem słońca, powietrze jakby gęstnieje stając się materialne, namacalne, lepkie. Przybiera też specyficzny żółtawy kolor, może nieco zbliżony do sepii. Jesień w Warszawie różni się od tej w innych miejscach na Ziemi. Możliwe, że to właśnie barwa, smak i zapach powietrza mają na to wpływ. Możliwe też, że jest to sprawa smogu albo moje czysto subiektywne doznanie.

W jeden z takich dni, około pół do piątej po południu, pan Abraham Kowalski przechadzał się szerokimi alejami południowo-wschodniej części Łazienek Królewskich w towarzystwie swojej wieloletniej przyjaciółki Alicji Nowopolskiej. On: tęgi, średniego wzrostu, w wieku, na oko również średnim, ubrany w stalowo-szary trencz. Na nosie okulary w rogowych ramkach, na nogach nienagannie wypolerowane, lekko znoszone buty (po fasonie sądząc, szyte na miarę). Ona: jak na kobietę, dość wysoka (może metr siedemdziesiąt.. parę, może metr osiemdziesiąt), włosy barwy złotej, wpadające miejscami w miedź, sięgające mniej więcej do połowy szyi, dobrze ostrzyżone. Ubrana w duchu klasycznej elegancji w czarną jesionkę, z szyją omotaną grubym, mięsistym, beżowym szalem. Nie byli nigdy parą. Nie miał przez ponad trzydzieści lat miejsca między nimi nawet przelotny romans.  Pani Alicja miała kiedyś męża- Kubę- ale ten zabił się w wypadku samochodowym, który sam spowodował wracając pewnej zimy trasą katowicką z Czech, gdzie miał w zwyczaju dwa razy do roku jeździć na nartach i nadużywać Beherovki. Abraham natomiast nie miał nigdy stałej partnerki życiowej. Jego najdłuższy związek trwał półtora roku… ale to było jeszcze na studiach w Amsterdamie. Od tamtego czasu nie miał chęci ani odwagi by wikłać się w coś poważniejszego niż drobne kolacyjno-śniadaniowe epizody. Tak więc nie byli nigdy parą, a jedynie oddanymi przyjaciółmi.

 

-To nie prawda, że wszyscy są tacy jak mówisz- zaczęła Alicja- Niektórzy mają w sobie to „coś”.

-Sam jestem facetem. Heteroseksualnym Europejczykiem. Chyba wiem coś nie coś na temat mojego gatunku i mówię ci z pełnym przekonaniem, że wszyscy, tylko w mniejszym lub większym stopniu.

-Ty też?

-Wszyscy.

-No to… przykre.

-Alu, jak coś zupełnie normalnego i niezmiennego może być przykre? Przykre mogą być rzeczy nadzwyczajne a nie naturalny porządek.

-A wojny? A głód?

-Masz rację. Powiedzmy, że przykre… Ale czy to dyskwalifikuje nas- facetów w twoich oczach?

-Nie. Nie dyskwalifikuje.

-To dobrze, Nie chciałbym być zdyskwalifikowany. (śmiech) (Abi czuł się jednak zdyskwalifikowany w oczach Alicji od dnia, w którym się poznali. To, że nie było nigdy romansu nie oznacza, że żadne z nich nie czuło ponad-przyjacielskiego pociągu do drugiego. On był w niej zakochany od pierwszego wejrzenia, jeszcze w podstawówce. Jako dzieciak, Kowalski nie był lubiany przez rówieśników bo przewyższał ich kilkakrotnie intelektem  więc w szkole mało kto z nim rozmawiał na przerwach. Ona była jedyną osobą. Kiedy dorastali, kilkakrotnie próbował w jakiś sposób przypodobać się przyjaciółce ale wówczas był już przez środowisko akceptowany, miał innych znajomych, ona zresztą też i ich drogi często się rozchodziły. Kiedy w szkole średniej spotykała się z jakimś chłopakiem, on aby nie zadręczać się pytaniem „Czemu to nie jestem ja”, umawiał się z przypadkowymi dziewczynami, co na ogół nie kończyło się dobrze.).

-Kto jak kto, ale ty zdyskwalifikowany nie jesteś na pewno. (śmiech)

Słońce zaszło, w parku zrobiło się zimno i nasza para postanowiła wracać już do domu.

 

Du dum, dum dum… du dum, dum dum…  Koła pociągu miarowo wybijały rytm niemal identyczny z biciem serca Andrzeja „Kozaka” Kozaczyńskiego- recydywisty, który po czwartym z kolei wyroku (tym razem czteroletnim) wracał do domu. Wolność. Wolność była dla Andrzeja pojęciem bardzo abstrakcyjnym. Ostatnim razem doświadczał jej w latach siedemdziesiątych, mając szesnaście lat. Potem wychodził na miesiąc- dwa tylko po to by popełnić kolejne przestępstwo i wrócić za kratki. Białołęka, Nysa, Wadowice i znów Białołęka. Tym razem miało być inaczej. „Kozak” dużo w więzieniu czytał. Przemęczył od deski do deski między innymi Biblię, Koran, Dzieła wybrane Szekspira i Pustelnię parmeńską Stendhal’a. Z Szekspira najbardziej lubił Otella bo czuł się do niego w pewnym sensie podobny. Jego pierwszy konflikt z prawem miał miejsce właśnie z pobudek miłosnych, z zazdrości. „Mam miecz, widzisz, nigdy jeszcze\ Lepszy nie zdobił boku wojownika.\ Był czas, gdym mieczem tym i tym ramieniem\ Torował sobie drogę przez zawady[1] cytował w myślach analizując swój życiorys. Czytanie zaś Stendhal’a traktował jako ironiczny żart z samego siebie. (Jak można czytać Pustelnię odsiadując wyrok!?). Jak powiedziałem, tym razem miało być inaczej. Facet stał się mocno religijny i poprzysiągł sobie już nigdy więcej nie złamać żadnego z Bożych przykazań. W brudnym, przesiąkniętym nikotyną, moczem i Bóg (właśnie, Bóg!) raczy wiedzieć czym jeszcze wagonie kreślił w myślach plan na przyszłość. Praca, dom, żona, może później dzieci…

 

 

 -Bardzo się cieszę, że mnie zaprosiłeś. Nie miałabym co ze sobą zrobić sama w domu i pewnie znowu skończyłoby się na samotnym obalaniu butelki wina przed telewizorem.

-Oh nie! To ja bardzo się cieszę, że przyszłaś, Alu.

-Pysznie gotujesz. Ta kura po nicejsku… rewelacja. Naprawdę, Krzysiu, jestem pod wrażeniem.

(Krzysztof. Bankier. Ma jakieś kierownicze stanowisko w *********** BANK, ubiera się wyłącznie u Hugo Boss’a, jeździ Hondą Accord, muzyki słucha tylko takiej jaka akurat leci w radiu. Generalnie strasznie nudny człowiek. Kiedyś bzykał Alicję.)

-Dziękuję skarbie! Taki komplement z twoich ust to prawdziwy miód dla moich uszu. Dolać ci jeszcze wina?

-Tak, poproszę. Powiedz, co u ciebie poza tym wypadem na Mazury?

-Poza wypadem? Robota! Codziennie po dziesięć- dwanaście godzin. Biorę pracę za kumpli gdy chcą spędzić więcej czasu z rodziną. Oni są zadowoleni i ja się cieszę bo może dzięki temu szybciej spłacę raty za tę nową plazmę.

-Rozumiem. Jesteś zatem bardzo zajętym człowiekiem.

-Nie aż tak bardzo! Dla ciebie zawsze znajdę czas!

-To miło. (chwila ciszy) Byłam dzisiaj w Łazienkach na spacerze z Abim.

-Abi? To twój pies? Nie mówiłaś, że masz pieska. Jaka rasa?

-To mój przyjaciel. Abraham Kowalski- dziennikarz. Może o nim słyszałeś?

-Ale faux pais! Nie słyszałem chyba o nim. Może czytałem jakiś jego artykuł ale nie zwróciłem uwagi na nazwisko. Gdzie pisuje?

-Chwilowo nigdzie. Kiedyś pracował dla PAP-u.

-Pewnie dlatego nie znam. Co z tym spacerem?

-Rozmawialiśmy o facetach…

-Pedałek?(nieporadnie stylizowany na ironiczny uśmiech wykrzywia mu twarz)

-Nie. Właśnie dlatego akurat z nim chciałam pogadać o facetach.

-Mogłaś ze mną.

-(zakłopotanie) Mogłam… ale wolałam z Abim.

-I co ci bezrobotny pan redaktor powiedział? Winka? Może otworzę nową butelkę? (patrząc w kierunku kuchennego stojaka na wino)

-Już nieważne…

 

Bielańskie ceglane bloki z czasów Gomułki już kilka lat temu przestały tworzyć robotnicze osiedla, które mieściły się tu od powstania Huty Warszawa. Nowe chodniki z kostki brukowej, równo przystrzyżona trawka, place dla dzieci na każdym podwórku. Andrzej nie mógł początkowo w ogóle rozpoznać okolicy, z której pochodził. W jednym z takich bloków, na trzecim piętrze mieszkała jego matka i o siedemnaście lat młodszy brat. Kozaczyński zapukał trzy razy w seledynowe sklejkowe drzwi. Nikt nie odpowiadał. Nie słychać było żadnych odgłosów z wewnątrz. „Ile razy wyobrażałem sobie ten dzień? Zawsze najbardziej martwiło mnie jak mama i Piotrek mnie przyjmą, czy mi wybaczą a tutaj cos takiego. Nikogo nie ma w domu. Tego kurwa nie przewidziałem!” Stał tak przez chwilę myśląc. Po około czterech minutach, ku jego zaskoczeniu, w drzwiach zgrzytnął zamek. Uchyliły się trochę (widać zamontowali łańcuch antywłamaniowy) i w szczelinie ukazała się twarz mężczyzny… około trzydziestki.

 

-Piotruś! Mój mały! Zobacz kto wrócił! Otworzyłbyś i uściskał brata!- wykrzyknął Andrzej z autentyczną radością.

-Czego tu?! Po pierwsze, nie mały. Mam trzydzieści lat. Czego tu szukasz wykolejeńcu?

-Dlaczego jesteś dla mnie taki nie miły? Otwórz. Chcę się zobaczyć z matką. Dzisiaj wyszedłem i zaczynam życie na nowo.

-Myślę, że trochę za późno.

-Piotrek! Nie rób problemów. Otwórz te drzwi.

-Idź sobie. Nie chcemy cię znać.

-Otwórz mi te pierdolone drzwi albo…

-…Albo co? Albo połamiesz mi żebra i wybijesz wszystkie zęby, tak jak temu… jak mu tam… „Strunie”, który nie oddał pieniędzy na czas? Bzykał Kaśkę. Tak chyba było tej dziwce, którą tu przyprowadziłeś w dziewięćdziesiątym trzecim, przy twoim drugim „zaczynaniu życia na nowo”, hm? Wypierdalaj albo zadzwonię na psy i wrócisz tam, gdzie twoje miejsce.

-Uniosłem się… przepraszam. Otworzysz?

(Drzwi się zamykają, słychać powtórne zgrzytnięcie zamka i znowu zapada cisza)

Kozak stał jeszcze chwilę na pustej klatce schodowej, po czym zwątpił, zarzucił stary worek marynarski na ramię i odszedł. „Gdy się zejdziemy tam do porachunku,\ Widok twój wygna mą duszę sprzed niebios\ I czartom na łup odda. Jakżeś zimna[2]”.

 

Abraham mieszkał na Kabatach w schludnych, umeblowanych w IKEA trzech pokojach. Na ścianach miał różne plakaty filmowe, na ogół z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych- Marilyn Monroe, „Bonnie & Clyde” z Faye Dunavay i Warrenem Beatty i wiele innych. Około pierwszej w nocy zadzwonił telefon. Zaspany domownik odebrał.

GŁOS W SŁUCHAWCE: Cześć Abi!  Już dojeżdżam do Warszawy. Będę na dworcu za jakieś piętnaście- dwadzieścia minut.

ABI: Kto mówi?

GŁOS W SŁUCHAWCE: Jak to kto?! Własnej siostry nie poznajesz?!

ABI: Przepraszam cię Aniu.

ANIA: Pewnie zapomniałeś, że dzisiaj przyjeżdżam!?

ABI: Nie! Oczywiście, pamiętałem. Zaraz po ciebie jadę. Do zobaczenia!

ANIA: Na razie!

Kowalski wyskoczył z łóżka, szybko ubrał się w pierwsze lepsze jeansy, t-shirt i sweter, po czym pognał do garażu po samochód.

 

„Kozak” znał to miejsce bardzo dobrze. Jako młody więzień chodził tu w czasie przepustek na kurwy, które dawały dupy w różnych zakamarkach. Warszawski Dworzec Centralny- jeden z najznamienitszych symboli postępu w Polsce Ludowej. W owym dniu odrzucenia, prosto z Bielan, udał się właśnie tu. Liczył, że może spotka jakichś starych znajomych, na przykład zwrotnicowego Pilickiego albo jego szwagra- Tośka Maklewicza, który od osiemdziesiątego trzeciego kierował przechowalnią bagażu. Niestety nie znalazł nikogo. Dla zabicia czasu postanowił poszwendać się trochę po obszczanych szaro-granatowych labiryntach. Mijając schody ruchome  prowadzące na jeden z peronów zwrócił uwagę na pobliski banner reklamowy „Casino Cash XXX Wysokie wygrane”. Ten moment okazał się być przełomowym dla Andrzeja. Uświadomił sobie w jak beznadziejnym jest położeniu. Nie miał gdzie spać. Nie miał co jeść. Nie miał ani grosza. Miał za to scyzoryk- Victorinox ukradziony kiedyś na przepustce jednemu dzieciakowi. Przystanął na chwilę w jednej z wnęk, przeżegnał się i zmówił modlitwę kończąc słowami „Boże wybacz mi. To już naprawdę ostatni występek przeciw twoim przykazaniom. Amen.”  „Kozak” miał wprawne oko jeśli chodzi o odpowiedni wybór ofiary. Uważał, że to intuicja. Zawsze jak kogoś obrabiał, okazywało się, że nieszczęśnik miał ze sobą akurat całą wypłatę, złoty zegarek albo jakąś biżuterię. Wyszedł z wnęki i od razu znalazł człowieka, którego szukał. Gość wyglądał na nadzianego frajera- w średnim wieku, okulary w rogowych ramkach, ubrany w czerwony sweter z golfem.

 

-Dawaj portfel.- napastnik wycedził przez zęby przytykając ofierze ostrze do tętnicy udowej.

-Nie mam gotówki. Po co ci mój portfel skoro jest w nim tylko karta, którą za nic nie zapłacisz?

-Skończ pierdolić i wyskakuj z pieniędzy!

Facet zaczął się szarpać. Stalowe ostrze przeszyło dżins i gładko weszło w udo. Gorąca, lepka ciecz rozbryznęła się po brudnym marmurze. Ofiara osunęła się powoli na ziemię próbując desperacko zatamować krwotok.   „Kozak” uciekł najszybciej jak mógł w kierunku stacji Warszawa Śródmieście WKD. Kiedy wybiegł z dworcowych podziemi padał gęsty śnieg. Na przystankach tramwajowych ludzie tłoczyli się jak mrówki. Kozaczyński przystanął na moment wpatrując się w hałdę piasku do posypywania chodników. Pomyślał, że gdyby ta hałda mogła czuć to czułaby się dokładnie tak jak on.

„Oto jest: oto ten, co był Otellem.[3]

 

-Zobacz Krzysiu, jaki piękny szal, nie uważasz?

-Rzeczywiście. Cenę, jak widzę, tez ma ładną.

-Wiesz… idą święta. Byłoby bardzo przyjemnie znaleźć taki pod choinką.

-… (milczy)

-…(milczy)

-(zniecierpliwiony) Może poszłabyś pooglądać zwierzątka w zoologicznym? Jest na drugim końcu galerii.

(ona wychodzi)

-Proszę ten szal… w świątecznym opakowaniu.

 

 W cieplejsze listopadowe dni, na chwilę przed zachodem słońca, powietrze jakby gęstnieje stając się materialne, namacalne, lepkie. Przybiera też specyficzny żółtawy kolor, może nieco zbliżony do sepii.

 

 

 

 

 

    




[1] William Sheakspeare „Otello” przeł. Józef Paszkowski.

[2] William Sheakspeare „Otello” przeł. Józef Paszkowski.

 

[3] William Sheakspeare „Otello” przeł. Józef Paszkowski

Written by olgbor

listopad 5, 2007 @ 9:17 pm

Napisane w Fikcja

Odpowiedzi: 4

Subscribe to comments with RSS.

  1. Ładne. Mam nadzieję, że Abraham przeżył a Ala, choćby po kolejnych dziesięcioleciach, w końcu odwzajemniła jego uczucie. Motyw nieodwzajemnionej miłości zawsze bardzo mnie porusza. A ten Krzysiek oby sczezł.

    Miko

    listopad 6, 2007 at 3:24 pm

  2. wydaję mi się że Abraham jest Twoim alter ego,Olo;] hmm…generalnie to ciekawie się to czytało,jedyne co słabo mi się spodobało to postać tego Krzyśka – można go nazwać “płytkim bohaterem”,a życie jednak pokazuje, że nie ma raczej płytkich ludzi…nic sie nie dzieje bez przyczyny i coś też musiało spowodować, że zachowuje się jak zachowuje… Andrzej wydaje się już być głębszą postacią. w każdym razie podziwiam Cię, że próbujesz swoich sił w tak różnych formach literackich! podoba mi się to co robisz:)

    Agnieszka Krzykowska

    listopad 6, 2007 at 7:46 pm

  3. Ach jaki niedosyt mnie teraz męczy.Chciałbym jeszcze poczytać o jego dalszych losach :)
    Ten Krzysztof… nie ma klasy, oj nie ma :P

    P@weł

    listopad 7, 2007 at 6:48 am

  4. Poza paroma miejscami gdzie można doczepić się do stylistyki, jestem pod dużym wrażeniem. Abraham jest mi dziwnie znajomy? Więcej powiem Ci w weekend przy piwie, bo chyba za dużo musiałbym napisać, a samo “fajne” byłoby nie adekwatne do moich odczuć po przeczytaniu i niesprawiedliwe wobec autora ;) .

    faufau

    listopad 7, 2007 at 11:10 am


Napisz odpowiedź