Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla październik 2007

Taki taki postulacik

z 6 komentarzami

Celowo nie wypowiedziałem się dotąd na temat bodaj „najważniejszego wydarzenia w Polsce po 1989 roku” na łamach tegoż bloga. Myślę, że potrzebowałem trochę czasu na refleksję, na ostygnięcie początkowego entuzjazmu. Nie ukrywam, iż nowa władza, która ma już wkrótce nastać nie jest dla mnie tą wymarzoną. Głosowałem na nich, to prawda, ale nie był to głos z przekonania a raczej, jak u ogromnej części ich elektoratu, z rozsądku. Mam nadzieję, że będzie w Polsce lepiej. Będę usatysfakcjonowany nawet jeśli PO zrealizuje choćby 1/3 swych obietnic. Postawiłem sobie jednak pytanie: „Czego tak naprawdę oczekuję od państwa?”.
Wiadomo nie od dziś i nie od wczoraj, że żyjemy w epoce konsumpcji. Pogodziłem się z tym. Wychodząc z założenia, że jak każdy współczesny Europejczyk (i nie tylko) jestem istotą konsumpcyjną, wyznaczyłem państwu jeden tylko cel, którego osiągnięcie  całkowicie mnie zadowoli. Chciałbym mianowicie aby umożliwiło ono pełne zaspokojenie wszelakich potrzeb konsumpcyjnych. Nie chcę aby cokolwiek dano mi za darmo. Liczę raczej na minimalizację interwencjonizmu państwa w takim zakresie, żeby gospodarka rynkowa mogła legalnie zaoferować człowiekowi wszystko co chciałby kupić. Tyczy się to absolutnie wszelkich produktów- także używek, a nawet narkotyków. Jakakolwiek prohibicja gwałci prawa wolnego rynku i prawa konsumenta niejednokrotnie przyczyniając się pośrednio (lub bez-) także do gwałcenia innych (niekiedy fundamentalnych) praw już tym razem przez jednostki.
Ktoś zapyta: „Dlaczego nie głosowałeś na UPR?” Odpowiem krótko: Poza sektorem gospodarczym cały ich program jest do dupy a na dodatek startowali razem z nacjonalistami. To by było na tyle.

Written by olgbor

październik 25, 2007 at 6:00 pm

Napisane w Uncategorized

Notatki, zapiski (ciąg dalszy)

z 3 komentarzami

Ponieważ nie udało mi się niestety w ostatnim czasie napisać nic dłuższego niż kilka linijek, zamieszczam krótkie notatki przepisane z mojego notesu.

1::”Jezus”

Nazywam się Ivan Mravič i jestem terrorystą. Nie wiem od czego zacząć. Wychowawca więzienny poradził mi ażebym spisał swoje wspomnienia. Ponoć to pomaga.
Zacznę może, wobec tego, od samego początku. Urodziłem się w Sarajewie w 1972 roku. Nigdy nie znałem moich rodziców. Wychowywałem się w sierocińcu do szesnastego roku życia.
Zaczynanie od samego początku chyba nie jest jednak najlepszym pomysłem. Nie mogę się skupić.
Nazywam się Ivan Mravič i jestem terrorystą. Rok temu zabiłem 60 osób raniąc przy tym kilkadziesiąt innych. Nie zrobiłem tego z nienawiści. Nie zrobiłem tego z miłości. Nie zrobiłem tego ze strachu. Nie zrobiłem tego we własnym imieniu. Nie zrobiłem tego w Bożym imieniu. Zrobiłem to w waszym i tylko WASZYM imieniu.
Ładunek wybuchowy umieściłem z pomieszczeniu gospodarczym na siódmym piętrze wieżowca udając pracownika obsługi. Użyłem detonatora radiowego.
“and the street below showered in shards of broken glass”

Nazywam się Ivan Mravič i jestem dokładnie takim samym człowiekiem jak WY.

2::Dialog bez tytułu
-Gdybym cię nie znał tyle lat, pomyślałbym, że mówisz poważnie.
-Mówię poważnie.
-Taaaa, jasne…
-Ile razy mam ci powtórzyć tak byś zrozumiał, że cały czas jestem śmiertelnie poważny?
-Możesz powtarzać i milion razy. Nie uwierzę. To niemożliwe, przestań już żartować.
-Czy coś w moim sposobie mówienia wskazuje na żartobliwość wypowiedzi?
-W sposobie…? Nie. Treść. Rzecz w treści.
-A jaką treść słyszysz?
-Tę, którą wypowiadasz.
-Nie koniecznie.
-Koniecznie.
-Zatem…. Co powiedziałem?
-Powiedziałeś, że jest pewne prawdopodobieństwo, że nie dostane tej roli.
-Nie! Powiedziałem, że nie dostaniesz tej roli bo znalazłem kogoś lepszego na twoje miejsce.
-O tym „lepszym kimś’ nie wspominałeś.
-Musiało ci umknąć.
-Jak po tylu latach możesz mnie wyrzucać? Nakręciłeś ponad piętnaście filmów, z czego w trzynastu grałem…
-I to trzynaście się nie sprzedało.
-A miało się sprzedać?! Mówiłeś, że jesteśmy kumplami…. że to, co robimy to pasja… sztuka w pierwotnym, non-profitowym wydaniu.
-Mogłem się mylić… albo kłamać. Nasze drogi się rozchodzą. Radź sobie sam.
-A co z wynagrodzeniem za „Zmierzch”?
-Moja asystentka wykreśliła cię z listy płac jakiś tydzień temu.
-Jak mogła to zrobić?! Wredna suka! Nic jej nie powiedziałeś?!
-Zrobiła to na moje polecenie.

Tak mu powiedział. Na tym skończyła się trwająca 25 lat przyjaźń.

Written by olgbor

październik 22, 2007 at 7:41 pm

Napisane w Uncategorized

Cóż za piękny, słoneczny dzień.

z 6 komentarzami

Najpierw bardzo dokładnie sprzątasz mieszkanie. Kiedy jesteś już pewien, że absolutnie nigdzie, nawet w najmniejszym zakamarku, nie ma ani odrobiny kurzu, idziesz do szafy.

W szafie, na wieszaku krawatowym, winien wisieć stryczek czekający na ten właśnie moment. Bierzesz go do rąk i skrupulatnie sprawdzasz czy węzeł na pewno jest solidny- pętelka za pętelką. Kiedy jesteś już pewien,  że wszystko jest w należytym porządku, wychodzisz przed dom. Na ulicy stoi wielki, drewniany szafot z mosiężnymi okuciami w miejscach gdzie poszczególne jego elementy łączą się. Ciężko w tych czasach znaleźć wolne miejsce do samowieszania. Sąsiad z drugiego piętra znowu, nawet w tej materii, był szybszy. Wisi jeszcze wpół żywy spazmatycznie potrząsając nogami, desperacko zaciskając pięści. Zapalasz papierosa i czekasz aż skończy, co jakiś czas powtarzając, właściwie sam do siebie, coś w stylu „Szybciej, zanim się rozmyślę”. Po około minucie, sąsiad przestaje podrygiwać. Przewieszasz swoją linę tuż obok jego i przywiązujesz węzłem cumowniczym żeglarskim do belki poprzecznej. Przesuwasz stołeczek, z którego skoczył sąsiad o kilka centymetrów na bok, tak aby znalazł się dokładnie prostopadle pod liną. Stajesz na owym stołeczku, zakładasz pętlę na szyję. Dokańczasz papierosa… i hop.

Co za piękny, słoneczny dzień.

 

Written by olgbor

październik 9, 2007 at 7:58 pm

Napisane w Uncategorized

D3kad3n+

z 2 komentarzami

Na początku powiedział sobie, że właściwie to wcale nie bolało. Ponoć „co nas nie zabije to nas wzmocni” więc może i dobrze, że tak się sprawy potoczyły. „Może dzięki przykrym doświadczeniom będę teraz lepszy, a przynajmniej mądrzejszy”- myślał.
Siadał do pustego stolika i patrzył godzinami w jeden punkt. Czasem był to zbłąkany okruch białej bułki ze śniadania, czasem po prostu niezidentyfikowany jasny paproch przyniesiony przez jakiś żywszy ruch powietrza.  Starał się ułożyć wszystkie skłócone z uczuciami myśli w logiczną całość, a jeśli nie logiczną to chociaż przystępniejszą- łatwiejszą do zaakceptowania. Męczyły go sprzeczne ze sobą, podobnie jak serce i umysł, wizje. Raz jawił się sobie jako wybitna jednostka, którą wszyscy podziwiają, szanują. Innym razem widział siebie wygnańcem, wyrzuconym poza nawias wszelkich kręgów towarzyskich. Jeszcze kiedy indziej miał przed oczyma siebie na miejscu Mary Bellows z depresyjnej ballady Cave’a, „ze szmatą w ustach i nabojem w głowie”.
Po kilku nieprzespanych nocach spędzonych nad butelką taniego burbona i miękką paczką mocnych papierosów doszedł do wniosku, że chyba jednak czuje ból. Nie dziwmy mu się- przetrącony kręgosłup i podziurawione serce to nie przelewki, nawet kiedy kręgosłup jest moralny, serce metaforyczne a właściciel obu nieśmiertelny.
Był wychowany w pozornie liberalnym stylu ale konserwatywne wychowanie ludzi z  otoczenia przemyciło mu trochę wzorców, które uznał za słuszne. Nauczył się stosować pewne schematy myślowe na różnych płaszczyznach życia. Jednym z nich był związek przyczynowo-skutkowy między kobietą (najlepiej ładną) a szczęściem, tj. przekonanie, iż atrakcyjna, oddana partnerka jest cudownym lekarstwem na wszelkie problemy i niepowodzenia. Jak łatwo można się domyślić, szybko dostosował powyższą zasadę do swej beznadziejnej sytuacji (przekręcając ją przy tym całkowicie). Uznał mianowicie, że brak „drugiej połówki” jest przyczyną kiepskiej kondycji duchowej i emocjonalnej, zapominając o prawdziwym powodzie aktualnego stanu rzeczy- o źródle bólu.
Miał już, mimo młodego wieku, trochę życiowej mądrości. Wiedział, że najtrudniej jest znaleźć właśnie gdy się szuka więc postanowił… nie robić nic. Usiadł do pustego stolika, obrał za punkt koncentracji małą skazę na lakierze, na drugim końcu blatu i po raz kolejny odpłynął. Można powiedzieć „prawdziwy dekadent”.

Written by olgbor

październik 3, 2007 at 7:53 pm

Napisane w Uncategorized