Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla czerwiec 2007

Na dachu nieistniejącego świata

z 5 komentarzami

Turkusowe niebo rozlało się na szare płótno. Gdzieniegdzie, jego nieskazitelność zaburzają pozornie białe chmury. Owa pozorność to sprawka słońca w kolorze skrzydełek komara z etykietki „Off Delicate”. Tak naprawdę „podniebne baranki” straszyć powinny grafitową tonacją niewiele odbiegającą od barwy samego płótna splecionego z ostatnich westchnień socjalistycznych architektów o chujowych, rosyjskich nazwiskach. Warszawa widziana przez brązowe szkło butelki lokalnego piwa lub tuman siwego dymu o niezidentyfikowanym składzie chemicznym naprawdę daje się lubić.

Kiedy byłem jeszcze naiwnym kretynem, lubiłem sobie czasem popodziwiać opisany powyżej pejzażyk. Czułem się wówczas jakby integralną jego częścią, jakby interakcja widz-dzieło była tak silna, że przez samo patrzenie zaczynałem dostrzegać samego siebie w roli nienaruszalnej, istotnej części kompozycji. Napawałem się tym uczuciem jak otyła 13-latka podwójną, różową watą cukrową ze stoiska na Polach Mokotowskich. Pewnego jednak dnia, przemiły pan sprzedawca zamiast sacharozowych, kolorowych nitek nawinął mi na patyczek kilkaset kilometrów drutu kolczastego typu „Guantanamo”. Zdziwiło mnie to trochę i przestałem od tego momentu lubić „warszawski uliczny syf” tak namiętnie opiewany w utworach para-muzycznych przez niedojrzałych trzydziestolatków o przejaranych mózgach.

Mówią, że nic w przyrodzie nie ginie i chyba tak rzeczywiście jest bo moją miłość zamieniłem na współczucie… współczucie dla tych, których jedynym światem jest stołeczne szare blokowisko. Oczywiście nie mam na myśli jednostek potrafiących być z tym szczęśliwymi- one urodziły się, jak napisał Dostojewski przemawiając ustami Raskolnikowa, aby „być tylko materią” a ich jedynym życiowym celem jest „materii rozmnożenie”. Krótko mówiąc „simplexy”- podtrzymywacze gatunku- też są potrzebne a „naturalny porządek rzeczy” okazał się dla nich łaskaw gdyż rodzą się bez „potrzeb wyższych”- wygodne. Moje współczucie zaś dotyczy osób, które miały pecha urodzić się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Jak mam dołek to tak się właśnie czuję. Kiedyś jeszcze się nad sobą użalałem ale dziś już wiem, ze to bezcelowe. Staram się być malarzem własnego pejzażu zamiast oglądać cudze i tego samego życzę wszystkim, którzy nie mogą się odnaleźć. Nie twierdzę, że to jest jedyna właściwa droga i że doprowadzi ona do celu ale swojej racji lub jej braku przekonam się w przyszłości.

Rubinowa czerwień rozlała się na białe płótno. Jej nieskazitelności nie może nic zaburzyć… i to jest właśnie cel.

Written by olgbor

czerwiec 7, 2007 at 5:24 pm

Napisane w osobiste

Poniedziałkowy wczesny wieczór, chora fascynacja i odrobina pośpiechu

z 5 komentarzami

20:31. Naszła mnie znowu ochota aby napisać coś, co pozwoli innym (ale przede wszystkim mi samemu) utrzymać się w głębokim przeświadczeniu, że należę do jakiejś takiej młodej inteligencji. Staram się zachowywać ten image z wielu względów. Przede wszystkim, uczucie bycia kimś wyjątkowym, wybijającym się intelektualnie ponad „szarą magmę baranów” jest niezwykle przyjemne. Daje rozkosz porównywalną z kawową eklerką od Bliklego, z butelką lodowatej wody mineralnej na pustyni lub też z posiadaniem jedynej motorynki na osiedlu w wieku lat 13 (wszyscy zazdroszczą a ty łaskawie dajesz się przejechać od czasu do czasu tylko najlepszemu kumplowi albo wielkookiej piękności z drugiej ce). Tak naprawdę to nie wiem czy jestem wyjątkowy… wiele jest bardziej unikatowych jednostek ale stosując osiedlową skalę porównawczą myślę, że mogę się czuć wyróżniony.
20.44. Zaraz idę z Prezesem na piwo do tandetnego sezonowego barku sponsorowanego przez browary Tyskie (blisko i stosunkowo tanio) ale coś Wam jeszcze spróbuję opowiedzieć jeśli zdążę.
Byłem ostatnio w offowym pubie w centrum. Poszedłem tam z koleżankami, których nie widziałem chyba ponad rok. Nie wiem jak mogłem dopuścić do takiego zaniedbania, zważywszy, iż jedna z nich jest chyba jedną z najpiękniejszych kobiet jakie było mi dane w życiu poznać ale whatever… W każdym razie był tam też chłopak jednej (nie, nie tej Wenus), który robił wrażenie kolejnego poczciwego przygłupa nie będącego w stanie wzbić się na żaden wysoki pułap intelektualny w rozmowie ale nie potrafiącego również dokonać żadnej podłości. Od mniej więcej dwóch lat sporo spotykam takich ludzi na mojej „życiowej ścieżce”.
20.54. Zgubiłem wątek przez to, że cały czas nerwowo zerkam na zegarek bo nie lubię się spóźniać.
20.55. Pierdolę już tę pseudointeligencką szopkę… Idę się napić, cześć.

Written by olgbor

czerwiec 4, 2007 at 7:00 pm

Napisane w Uncategorized