Na myśli…

Olg Borowka

Archiwum dla styczeń 2007

Czy ty też?

without comments

Moje pokolenie… Nasze pokolenie, bo zakładam że większość czytających moje wypociny to ludzie w podobnym wieku, jest naprawdę wyjątkowe. Jeszcze żadna generacja nie była tak lekceważąco nastawiona do świata.

Mamy oczywiście jakieś swoje prywatne cele ale zarówno u siebie jak i u ludzi, z którymi obcuje nie dostrzegam tej wielkiej determinacji w dążeniu do nich jaką charakteryzowali się nasi rodzice czy dziadkowie. Taka postawa wynika z prostego założenia, że „wszystko się i tak jakoś ułoży”. Doskonale zdaję sobie sprawę, że takie traktowanie życia jest ogólnie przyjęte za negatywne a ludzi takich jak ja zwykło nazywać się ignorantami ale wszystko się jakoś, o dziwo, układa więc właściwie to nie wiem co w tym złego. Czy czynię zło samym nie rzucaniem się do walki z wiatrakami? Wydaje mi się, że nie. Mam chyba prawo żyć tak jak chcę jeśli nie wyrządzam tym nikomu krzywdy a od innych oczekiwać wyłącznie tego samego.

Ludzie czasem czytają dzieła filozofów. Warto pamiętać, że wśród tych mądrych, szacownych panów (zwykle panów) są, jak to w każdej zbiorowości, mniejsi i więksi. Wychodzę jednakże z przekonania, iż chętniej czytywani są ci więksi, którzy, jak sami podkreślają na każdym kroku, mogą się mylić a ich spekulacje są tylko spekulacjami a nie podawaniem na tacy uniwersalnej i jedynej prawdy na temat świata i życia. Niestety, studiując ich, często zapominamy o tym i jeśli osoba filozofa imponuje nam, bierzemy jego słowa jako pewnik. Gorsza jest i tak sytuacja, kiedy w rolę naszego mistrza wciela się np. krewny, którego usta werbalizują mądrość ludową, niejednokrotnie mogącą być określoną mianem głupoty ludowej przez swój zaściankowy charakter i ograniczoność. W każdym razie zmierzam do tego, że niemal wszystkie rozpowszechnione doktryny są bardzo wrogie w stosunku do wolności pod postacią obojętności. Moralność, kształtowana głównie przez kościół katolicki (niejednokrotnie siłą i przy rozlewie krwi) przez całe wieki, nakazuje stosowanie się do zasad z niej wypływających. Jednocześnie warto pamiętać, że każdy posiada własną moralność… a przynajmniej tak mu się wydaje. Nie uważam, że jest ona całkowicie nasza i indywidualna bo jest uformowana przez wiele czynników, w tym innych ludzi, ich czyny i poglądy. Mówi się sporo o wartościach uniwersalnych. Nie wierzę w uniwersalizm. Weźmy takie pojęcia jak dobro i zło. Moralność polega na wrzucaniu wszystkich myśli i czynów do dwóch szufladek z literkami „D” i „Z” przy jednoczesnym, z góry przyjętym porządku, że robienie tego ma zarezerwowane miejsce w szufladce „D”.

W biblii napisano „Nie osądzajcie, abyście sami nie zostali osądzeni”. Tymczasem na każdym kroku spotykam się z osądami, wyrokami… i to głównie ze strony katolików, których bardziej powinny poruszać te słowa niż mnie- może nie ateistę ale człowieka bez religii (co nie oznacza, ze bez wiary). Wracając do filozofów… Było wśród nich kilku głoszących hasła, które bardzo mi pasują jak na przykład John Locke, lecz wśród pozostałych koncepcji ich myśli giną. Marzę tylko o wolności- wolności bycia obojętnym.

Written by olgbor

styczeń 23, 2007 at 9:17 am

Tajemnica czystej przyjemności

z 4 komentarzami

Czasami wyobrażam sobie, że siedzę na plaży w jakimś ciepłym kraju. Jest noc i światło księżyca odbija się srebrzyście od piasku. W okolicy nie ma nikogo. Właściwie to nie lubię ludzi tak bardzo, jak można by sądzić obcując ze mną, ale nie o tym chcę mówić. Ocean szumi sobie spokojnie a ja opierając się o palmę, czy jakieś tam inne tropikalne drzewo, odczuwam całkowitą lekkość. Mam tu na myśli totalny brak jakichkolwiek niedostatków w sferze duchowej i fizycznej. Nie ma głodu nikotynowego ani tych stale odbijających się czkawką rozczarowań, które jakże łatwo potrafią zepsuć człowiekowi dobry nastrój. Wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? Powiem wam- brak myślenia o czymkolwiek połączony z uczuciem, że w całym wszechświecie jest tylko ta plaża a w całym czasie jest tylko ta chwila. Brzmi nieźle, co? To jeden z tych pozytywnych obrazków stanowiących przeciwwagę dla wieczorów, kiedy kładąc się spać, czuję, że powoli umieram albo, że pożera mnie taka wielka ryba jak ta w najgłośniejszym i jednocześnie najnudniejszym opowiadaniu Ernesta Hemingwaya. Kontynuując… Od oceanu powiewa lekka bryza, co jest niby niezgodne z prawami natury ale mniejsza o to. W każdym bądź razie, ten delikatny powiew przynosi mi potrzebę zjednoczenia się ze wszechświatem. Rozbieram się i wskakuję do wody, której temperatura jest wprost idealnie dopasowana do moich 36,6C tak, że stanowi czystą rozkosz dając mi jedynie tę wilgoć, o którą przecież chodzi. Taplając się, czuję jakbym powracał do życia płodowego. Jest niesamowicie… to trochę jak sex ale bez erotyzmu i całej z nim związanej fizyczności.

Jeszcze jako mały chłopiec zastanawiałem się, co jest szczytem przyjemności w życiu. Przyjemność- moim zdaniem rzecz najważniejsza. Są różne teorie na ten temat. Bladzi rozmodleni nudziarze w koloratkach powiedzą zapewne cos o jednoczeniu się z Chrystusem w Chrystusie ale to jakoś do mnie nie przemawia- za dużo w tej religii cierpienia i niedomówień, które są największymi wrogami rozkoszy. Łysi mnisi w pomarańczowych i czerwonych szatach prawdopodobnie chcieliby maksymalną przyjemność przypisać stanowi nirwany. Fajnie, ale chyba nie mam cierpliwości i samozaparcia do Buddyzmu. Niektórzy twierdzą, że osiągają coś na kształt nirwany, kiedy maja orgazm. Zgodzę się, że można tak pomyśleć w pierwszym momencie ale niestety sex w porównaniu z całym życiem to tylko bardzo krótka chwila a nirwana w odcinkach to chyba też nie to. Powracam zatem do mojej sprawdzonej metody „plaży tropikalnej”, która, co prawda, tez nie trwa wiecznie ale ma w sobie pewną magię i taką jakąś czystość… niewinność.

Już świta. Wychodzę na brzeg. Otwieram oczy i odkrywam, że moja wieczorna kawa jest już zimna a w tekturowej paczce z akcyzą został już tylko jeden gwoździk do trumny. Straszny mam bałagan w pokoju.

Written by olgbor

styczeń 16, 2007 at 10:43 pm

Napisane w osobiste