Na myśli…

Olg Borowka

Cetacea/Brzeg (Rozdział I)

z 4 komentarzami

Długo nie mogło do mnie dotrzeć, że zostaliśmy kompletnie sami na tym brzegu. Przez dobrą godzinę siedziałem gapiąc się w toń czarnej wody, oczekując, że po drugiej stronie zamigocą światła i dobiegnie nawoływanie. Nic z tego. Tylko rechot żab i metaliczne pobrzękiwanie gdzieś w mojej głowie, jakby z każdym ruchem przesypywały się drobne monety.
-Spokojnie, masz, napij się- powiedział Al wręczając mi odkręconą stalową piersiówkę.- Whisky. Tania whisky.- Wziąłem niewielkiego łyka. Była rzeczywiście kiepska. Nigdy nie byłem zmuszony do picia perfum ale jeśli miałbym wyobrazić sobie ich smak, byłby właśnie taki.
-Sądzisz, że wrócą po nas?- zapytałem.
-Nie. Nigdy nie wracają po tych, co zostali. To dla nich strata czasu. Znajdą sobie nowych. Na tamtym brzegu jest dużo zagubionych miast i miasteczek pełnych zagubionych ludzi, którzy chętnie się przyłączą do Korowodu.- odparł, po czym zdrowo pociągnął z piersiówki.- Jeśli mogę ci poradzić, powinieneś zapomnieć o wszystkim, co spotkało cię w ciągu minionych dwóch miesięcy i spojrzeć w przyszłość. Znajdź swoje miejsce, osiądź gdzieś, przygruchaj sobie jakąś lokalną piękność, miejcie trójkę pięknych dzieci i…
-I umrzyjcie? Umrzyjcie razem siedząc na werandzie z owiniętymi kraciastym kocem nogami, z kubkiem herbatki ziołowej?
-Właśnie. To się nazywa spokojna starość. Każdy by chciał tak skończyć.
-Nie ja. Może coś ze mną nie tak, ale nie jestem w stanie zagrzać miejsca dłużej niż tydzień. Pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o Elizie.
-Eliza? Wiem! Sekretarka Eliza.
-Właśnie. To trwało miesiąc. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem przekonany, że będzie trwało wiecznie. Już miałem wizję siebie siedzącego z nią na tej werandzie pijącego herbatkę ziołową… No, ale po trzech tygodniach zaczęło mnie nosić. Wynajmowaliśmy pokój w niewielkiej kamienicy. Właścicielka była stara i do bólu religijna. Ciągle wściekała się, że wracamy po nocy i nie chodzimy do kościoła. Eli pracowała jako sekretarka w biurze miejscowego księgowego. Kokosów z tego nie było ale dało się żyć.
-A ty?
-A ja pomagałem na budowie. Porządkowałem narzędzia, nosiłem różne rzeczy, chodziłem do sklepu po bułki i piwo. Dniówka starczała na paczkę papierosów, butelkę wina i hamburgera. Jakoś szło. Eli wracała z pracy około siódmej. Jedliśmy kolację rozmawiając o tym jak nam minął dzień, wypijaliśmy wino i szliśmy do łóżka. Często spacerowaliśmy potem kilka godzin. Małe miasteczka nocą mają w sobie coś pociągającego, jakąś magię. Czujesz, że jesteś w cywilizowanym świecie a jednocześnie wszystko, co się z tym światem kojarzy zdaje się być tak odległe.
-No i co takiego się stało?
-Po trzech tygodniach poczułem to.
-Poczułeś co?
-Poczułem ten nieznośny ból na wysokości mostka. Ból, który powoduje, że kończyny stają się miękkie jak z waty a łzy same napływają do oczu. Jakiś wewnętrzny głos powtarzał mi w kółko „To nie jest twoje miejsce. Zrób coś ze swoim życiem. To, w czym trwasz nie ma sensu.” Nie mogłem wytrzymać. Początkowo miałem tak tylko w ciągu dnia, potem, coraz częściej w nocy, zwykle po stosunku. Odwracałem się wtedy do niej plecami, wkładałem głowę pod poduszkę i płakałem.
-Nie rozmawialiście o tym?
-Nie. Bałem się, że zostanę źle zrozumiany. Po pięciu, czy siedmiu dniach męczarni, pękłem. Nie poszedłem do pracy. Poczekałem aż Eli wyszła z domu, spakowałem swoje rzeczy i wskoczyłem do pierwszego lepszego pociągu. Nie miałem na bilet więc oddałem konduktorowi zegarek, pamiątkę po dziadku. W przedziale poznałem Eryka. To on powiedział mi o Korowodzie, zasugerował, że mogę się przyłączyć. Znasz Eryka, wiesz, że na pierwszy rzut oka nie wzbudza zaufania. Nie wziąłem jego propozycji poważnie ale wypiłem z nim i jego ówczesną narzeczoną, chyba miała na imię Roxy i była prostytutką, dwie butelki ginu. Dojechałem tak do południowego wybrzeża. Wysiadłem w miasteczku o nazwie Evee bo podobał mi się zielony budynek tuż przy stacji, który później okazał się komendą policji. Jak wspomniałem, byłem całkowicie spłukany. Pierwszą noc spędziłem na ławce w parku za komisariatem. Pod latarnią najciemniej, jak mówią. Kolejne cztery spałem na plaży. W ciągu dnia siadywałem przy głównym deptaku i obserwowałem ludzi. Nikt się nie spieszył. Każdy rytmicznie wykonywał swoje obowiązki. Przy molo była restauracja „Cetacea”, to znaczy „Waleń”. Rano przyjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. Muskularni faceci nosili do środka wielkie kartonowe pudła i skrzynki z warzywami; co rano tak samo, w tych samych granatowych kombinezonach. Gdy zegar na ratuszu wybijał dziewiątą, przyjeżdżała furgonetka z kwiatami. Różowe i białe chryzantemy, storczyki, goździki. Zawsze byli punktualni. O jedenastej przychodziła na śniadanie pewna kobieta. Zainteresowała mnie gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Miała spięte w kok długie czarne włosy, wielkie niebieskie oczy i bardzo jasną karnację. Zawsze siadała przy stoliku na zewnątrz, twarzą do morza.
-A jak to się ma do Elizy?
-Posłuchaj do końca.- Napiłem się jeszcze trochę whisky i zapaliłem papierosa bez filtra, którego Al podał mi z własnej inicjatywy. Żaby jakby trochę mniej rechotały, albo po prostu przyzwyczaiłem się do tego dźwięku, metaliczny brzęk jakby ucichł, może do niego też się przyzwyczaiłem. Eliza, dostawcy, chryzantemy, storczyki, goździki, „Cetacea”, dziewczyna z restauracji; wszystko to przelatywało mi przed oczami, jakby ktoś przewijał film, wypłowiały ze starości film, którego nikt nie chciał oglądać przez ostatnie czterdzieści lat.
-Kontynuuj.- Al szturchnął mnie lekko.
-Zawsze siadała twarzą do morza. Zamawiała dużo jedzenia ale większość zostawiała. Piła kawę i patrzyła w dal, była nieobecna duchem, czułem to. Pewnego dnia zauważyła mnie.
-Nie wyglądałeś chyba najlepiej? Byłeś bezdomny.
-Tak. Miałem długą brodę. Nie do twarzy mi z brodą ale przynajmniej zawsze byłem czysty, umyty i w świeżej koszuli. Myłem się pod natryskami dla plażowiczów, prałem w nocy pod kranem na zapleczu „Cetacei”. Mydło ukradłem z drogerii. Zauważyła mnie, w każdym razie i od tego czasu polecała kelnerowi aby przynosił mi to, czego nie zjadała. Miałem dzięki niej solidne śniadania za darmo. Ośmieliłem się wreszcie do niej podejść kiedy przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że powinienem jej chociaż podziękować. Poczekałem aż wyszła z restauracji i podszedłem. Była zdziwiona. Przez kilka sekund, które zdawały się być wiecznością, staliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku, nie dlatego, że wstydziłem się, czy bałem, ale dlatego, że nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie powinienem powiedzieć. Myślałem nad zwykłym „dziękuję”, ale kiedy otworzyłem usta, wydobył się z nich ciąg wyrazów. Nie wiem czy właśnie te słowa chciałem wypowiedzieć, ale jakoś tak wyszło. Zapytałem: Dlaczego Cetacea? Czemu zawdzięczam Pani szczodrość? Pani nie czuje się tutaj dobrze. Widzę, że chciałaby Pani uciec gdzieś daleko, może na północ?
-Dość dziwne słowa jak na bezdomnego, którego karmiło się przez kilka dni.
-Tak, to prawda. Sam nie mogę uwierzyć, że tak zacząłem, ale już piłka była w grze, nie mogłem się wycofać, wymigać od rozmowy.
-Co ona na to?
-Ha ha, nie uwierzysz! Uśmiechnęła się i powiedziała, że zgadłem. Wiesz czemu Cetacea? Walenie to grupa ssaków, do której należą wszystkie wieloryby. Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka, była, jak się okazało, plaża o tej nazwie. Prawdopodobnie stąd nazwa lokalu. Mnie jednak bardziej przyciągnęło to, co dzieje się na tej plaży.- rzekła moja żywicielka zwracając wzrok ku oceanowi.- Co roku ginie tam kilkadziesiąt wielorybów. Nie wiem czy można to nazwać zbiorowymi samobójstwami, nie wiem czy robią to świadomie, ale nawet te z nich, które udało się wciągnąć z powrotem do wody i odholować daleko, nawet trzysta mil od brzegu, wracają. Kończą żywot na złotym piasku pośród martwych ciał swoich pobratymców. Po tej opowieści pomyślałem, że pewnie jest jakąś nawiedzoną cipą z Greenpeace, która w wolnych chwilach bazgrze zieloną farbą po ogrodzeniach elektrowni albo wydziera się przez megafon z łodzi pontonowej, kiedy do portu wpływa nieszczelny tankowiec.
-Te są straszne.
-Tak, ale szczęśliwie okazało się, iż byłem w błędzie. Interesuje się Pani wielorybami?- zapytałem próbując ukryć drwinę w tonie. Interesuję się ludźmi.- odparła. Jesteśmy wszyscy jak te wieloryby. Płyniemy stadnie naszym stałym szlakiem aż nagle, pewnego razu, postanawiamy zakończyć wędrówkę. Kiedy ktoś nam w tym przeszkodzi, dokładamy wszelkich starań by dopiąć swego, by wypaść na piaszczysty brzeg i dopełnić przeznaczenia. Unlucky Tedd, legenda Evee wracał na plażę pięć razy. Pięć razy wciągano go z powrotem do wody i holowano jak najdalej od brzegu. Za szóstym razem pozwoliliśmy mu umrzeć. Usiedliśmy na „mojej” ławce i opowiedziałem jej swoją historię. Wyjaśniłem, że nie zgadzam się z teorią na temat wielorybów i ludzi. Ja nie jestem wielorybem, nie chcę spokojnie kończyć wśród zwłok bliskich. A co, jeśli nie znajdzie pan tego swojego miejsca w świecie i zabraknie panu sił by dalej szukać?-zapytała. Odparłem, że wówczas usiądę i będę czekał na śmierć. Sam się zapędziłem w kozi róg. Kobieta spojrzała na mnie i lekki uśmiech rozjaśnił na moment jej twarz. Jak wieloryb- powiedziała, po czym wstała z ławki i ruszyła wolnym krokiem w kierunku, z którego zwykle nadjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. W porcie szukają ludzi do pracy. Dają pryczę do spania i ciepły posiłek raz dziennie.- rzuciła przez ramię. Więcej jej nie spotkałem.
-No dobrze… Ale co z Elizą?
-Elizę przejechał autobus tego dnia, kiedy uciekłem. Dowiedziałem się o tym dopiero od komiwojażera, który mieszkał w tej samej kamienicy co my z Eli i był akurat przejazdem w Evee. Myślał, że o wszystkim wiedziałem i bardzo długo składał kondolencje. Gadał, że rozumie, że ja musiałem wyjechać aby uciec od wspomnień i inne tego typu bzdury. Miałem trochę wyrzuty sumienia, że Eli leżała w lodowatej kostnicy kiedy ja upijałem się z Erykiem i kurwą. No, ale i tak nie mógłbym jej już wtedy pomóc. Dalszy ciąg znasz. Cyrk Korowód Bob’a White’a rozbił namioty w okolicy, zgłosiłem chęć pracy i dostałem fuchę przy wbijaniu kołków i wznoszeniu rusztowań.
-Chodźmy spać. Już późno.
-Ok. Szkoda, że nie wracają po tych, co zostali. Może to jest właśnie plaża?

Written by olgbor

czerwiec 10, 2009 at 11:01 pm

Napisane w Cetacea/Brzeg, Fikcja

Tradycyjnie- o wszystkim i niczym za razem

z 2 komentarzami

Wylewanie czerwonej farby na białe prześcieradła, klepanie kaskami w łby… tyle że kocie i rozlepianie na billboardach w metrze kiepsko skserowanych plakatów zrobionych w Paincie to chyba nie droga. To znaczy, dla niektórych na pewno jakąś tam drogą to jest ale chyba nie prowadzi ona do celu- do zmiany panujących stosunków społecznych i ekonomicznych na świecie (chyba taki jest cel? Nie wierzę, że chodzi tylko o michę.). Oczywiście, trzeba jakoś dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, trzeba pokazywać, że nie jesteśmy wszyscy obecnym porządkiem (burdelem?) usatysfakcjonowani… no ale nie w ten sposób. Nie wydaje mi się by prawdopodobną była wizja, w której miliony ludzi wychodzą na ulice i urządzają globalne przedmieścia Paryża. Niby teraz byłoby im łatwo się zmówić- komórki, „internet w każdym domu”, te sprawy, ale więzi międzyludzkie za słabe i egoizm zbyt silny. Trudno zresztą wymagać od kogokolwiek by poświęcał się „dla dobra ogółu” skoro większość z nas, ja również, nie ma czasem wystarczająco dużo jaj by poświęcić się dla samego siebie. Różnoracy naukowcy, tak z prawa jak i z lewa, snują podparte rzekomo wynikami badań, teorie na temat współczesnego człowieka i jego przyszłości. Piszą na ten temat bardzo grube, bardzo nudne książki, których cały nakład wykupują biblioteki. Historia pokazuje, że nigdy się te wszystkie prognozy nie sprawdzają… no, czasem się okazuje, że ktoś coś przewidział ale zwykle jest już po ptakach a ony ktoś leży dawno w piachu nie będąc za życia docenionym, wysłuchanym, dopuszczonym do głosu przed szerszym audytorium. Rodzi się, przede wszystkim, pytanie, kto niby ma na te ulice wyjść? Ziomy wąsatego faceta, który rozmontował McDonalda, naiwne Róże Luksemburg wierzące w rewolucję, mniejszości etniczne i religijne, czy może radykalne infanty święcie przekonane, że ludzki gatunek stworzony jest do życia , w którym jedynym wyznacznikiem wolności jest wolność drugiego człowieka (tak się składa, że najczęściej ci sami mają w dupie wolność innych ludzi i nade wszystko przedkładają jednak własną)? Mogłaby wybuchnąć oczywiście jakaś rewolucja, w której każdy walczyłby o obalenie stanu bieżącego ramię w ramię ze swymi światopoglądowymi i politycznymi przeciwnikami, mając na celu późniejsze wydymanie tych ostatnich i narzucenie im swojej woli. Mogłaby… ale chyba już nie jesteśmy aż tak głupi by powielić błędy przykładowo rewolucji irańskiej. Wiem! Tak, wiem- to nie jest w porządku, że jakieś 98% ludzkości jest uzależnione finansowo od 2%, które trzyma w swych rękach poważny kapitał, zwłaszcza że ów rzadko kiedy zdobyty został uczciwe, ale wystarczy popatrzeć na wydarzenia ostatniego półrocza- oni już się sypią… już nie długo. Jak na razie, stracili zaufanie, może, z biegiem czasu utracą też wpływy. Mówi się, że kapitalizm zeżarł własny ogon… no… prawda- myśląc, że jeszcze trochę tego ogona zostało, ugryzł się niechcący w dupę- zabolało i mamy „światowy kryzys gospodarczy”. Czasem myślę, że najbliżsi wyjściu na ulice są pracownicy właśnie korporacji, które do obecnej sytuacji doprowadziły. Jestem przeciwny wszelkiego rodzaju programom antykryzysowym organizowanym naprędce przez rządy. Rozumiem, że chodzi o utrzymanie ładu społecznego, chociaż, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, raczej nic wielkiego i tak nam nie grozi, ale dając pieniądze tym, jak określił ich kiedyś w felietonie Maciej Nowak, „tatuśkom” tylko pogarszają sytuację. Winowajcy całego zamieszania bowiem pozostają w świetnych humorach, wiedząc, że nawet jak coś spierdolą to państwo (szeroko pojęte) i tak nareperuje. Trzeba coś z tym zrobić, naturalnie, ale tym czymś na pewno nie jest wydzieranie mordy przez megafon pod ministerstwem. Może wystarczy poczekać? Pewne złe „autorytety” topnieją… i żadne zapomogi finansowe ich nie uratują.

Written by olgbor

maj 26, 2009 at 11:02 pm

Matrioszka

z jednym komentarzem

Ostatnio pisałem z nudów.
Wyszło tak:
Po tym co działo się dzień wcześniej, a właściwie poprzedniej nocy, nie czułem się najlepiej. Zaparzyłem sobie kawę, nalałem kieliszek Cointreau i usiadłem do sobotnio- niedzielnej gazety. Poranne słońce wlewało się do pokoju niosąc jakby malutkie kawałki szafirowego nieba i rozrzucając je po szklanych przedmiotach, które, choć dawno nie polerowane, na moment przypomniały o swym dawnym blasku. Prasa, jak zwykle, próbowała zepsuć mi humor smutnymi informacjami i sugestiami, że wszyscy Polacy skończą pod mostem. Złożyłem szarą płachtę przez pół i rzuciłem w kąt pokoju, na wysoką stertę innych szarych płacht, które chciały mnie zdenerwować w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wymyślając szeptem Michnika, Wildsteina, Żakowskiego i innych Ziemkiewiczów, rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu komórkowego. Robię to z przyzwyczajenia- i tak nikt do mnie nie pisze a rzadko kto dzwoni ale miałem cichą nadzieję, że może chociaż operator chciał zaproponować mi udział w konkursie z samochodem do wygrania, albo jakieś darmowe dzwonki z telewizji muzycznej, której nie oglądam od kilku lat. Nic z tego. Koniec końców, dowiedziałem się przynajmniej, która godzina. Była jedenasta. Wypiłem likier, wziąłem kilka łyków kawy i podrapałem się po jajach. „Już czas!”- pomyślałem sięgając po zatłuszczonego i zakurzonego laptopa z naklejkami „Wolny Tybet” i „Farel Gott”. Gwoli ścisłości, mam w dupie górskie prowincje Chin a rzeczonej kapeli rockandrollowej w życiu nie słyszałem ale nadużywanie alkoholu w towarzystwie nieznajomych czasem wzbogaca wystrój mieszkania o nowe gadżety. W każdym razie, odpaliłem edytor tekstów z zamiarem napisania jakiegoś niezbyt długiego opowiadania z błyskotliwą pointą, w stylu młodego Trumana Capote albo wczesnego Kereta… Albo Oza, niezależnie od okresu twórczego. Miałem w głowie szkic tej krótkiej formy, miałem już nawet niektóre detale… szkoda tylko, że to było jak kładłem się spać i o poranku już nic nie pamiętałem. „Znowu, kurwa, to samo”- powiedziałem półgłosem, jakbym bał się, że ktoś usłyszy- ktoś, kto wcześniej podsłuchiwał moje myśli i wiedział doskonale, co jest przyczyną złości. „Ty myślisz, że kim jesteś?”- rozległo się nagle pytanie, wypowiedziane głosem trochę podobnym do mojego, gdzieś spomiędzy półkul mózgowych, kawałek za zatokami czołowymi- „Literat się znalazł!”. Nalałem jeszcze jeden kieliszek tripple sec’a dla bogatych i dopiłem letnią już kawę. Poprawiłem kąt nachylenia ekranu i zacząłem klepać w czarne płytkie klawisze. Wyszło tak:
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w nieznanym mi mieszkaniu. Przydługie niebieskie zasłony opadały na tanią szarą wykładzinę tworząc coś, co przy odrobinie wyobraźni można by określić jako zbocze góry lodowej wystającej ponad powierzchnię brudnego od ropy naftowej oceanu. Przez szparę między płachtami błękitnej materii wdzierały się do pokoju rażące promienie porannego słońca. Obok spała umiarkowanie ładna brunetka a na podłodze walały się różne części naszej garderoby i puste butelki po parszywej whisky z czerwoną etykietą. Uznałem, że nie ma sensu się żegnać, skoro i tak nie pamiętałem powitania. Ubrałem się i wyszedłem. Klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Była taka duża, chłodna i pachniała geranium, które rosło w doniczkach na parapetach. Marzyłem o małej buteleczce zimnego piwa, zaś ciążący w tylnej kieszeni dżinsów portfel sugerował, że mam wystarczająco dużo bilonu by sobie na takowe pozwolić. Na ulicy było jasno, gorąco, duszno i śmierdziało knajpianym zapleczem. Sznur samochodów pełzł niby wielka, ociężała mechaniczna glista. Znalazłem w kieszeni mocno sfatygowaną paczkę Davidoffów, wydobyłem z niej ostatniego, pogniecionego papierosa i oparłszy się o elewację- zapaliłem. Smakował jak Café au lait z cukrem waniliowym. Przyjemne były tylko pierwsze trzy machy. Przy czwartym poczułem, że moja ślina przypomina w konsystencji ekologiczny klej do papieru. Rzuciłem niedopałek na chodnik, przydeptałem i ruszyłem w kierunku, w którym idąc kilka minut szybkim krokiem, jak podpowiadała mi intuicja, powinienem znaleźć sklep spożywczy i stację metra. Nie zawiodła mnie. Pod sklepem policzyłem bilon. Miałem dokładnie dwanaście złotych i sześćdziesiąt siedem groszy, co oznaczało, że poza małym piwkiem stać mnie było na nową paczkę papierosów. I tak nie miałem ochoty palić ale zdałem się sobie niezwykle bystry przewidując, iż za godzinę- półtorej może najść mnie chęć na odrobinę rakotwórczego dymu. Piwa nie wypiłem od razu. Przecież dżentelmenowi nie przystoi wlewać w siebie alkoholu pod sklepem… przynajmniej nie w biały dzień. Uwielbiam warszawskie metro. To nam się udało! Mamy jedną linię, ale za to jaką?! To bez wątpienia najczystsze metro w Europie. Gdy czekałem na pociąg, zadzwonił telefon. Wyświetliło się, że kumpel, z którym minionej nocy poszedłem na imprezę, pragnął się ze mną porozumieć. Rozłączyłem go. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń, za to ani jednej wiadomości na poczcie głosowej. Gdyby chodziło o coś ważnego, nagraliby się. Dotarłszy na peryferia, gdzie zamieszkuję- na wielkie osiedle z klocków Duplo- znalazłem ławeczkę w cieniu. Piwko było wyborne. W domu wziąłem prysznic, założyłem czyste ubranie i napiłem się wody z cytryną. Mniej więcej od tego momentu zaczęło się to, co naprawdę istotne w niniejszej historii.
Dostałem maila od koleżanki- byłej dziewczyny jednego znajomego, który wyjechał do Holandii na truskawki dwa lata temu a dziś jest ścigany przez tamtejszą policję za rozboje i wymuszenia. Napisała, że Zaratustra właśnie idzie po linie rozpiętej nad przepaścią człowieczeństwa i jeśli nie zorganizuję jej (koleżance) szybko funduszy na bilet powrotny z Bombaju do Warszawy to straci równowagę i w ową przepaść spadnie. Nie bardzo zrozumiałem, czy spadnie ona, czy Zaratustra, w każdym razie wiadomość epatowała dramatyzmem i poruszyła mnie- mam słabość do Nietzschego. Gdyby dziwnym trafem zadzwonił wówczas do mnie mówiący po angielsku z walijskim akcentem prawnik informując, że jestem ostatnim spadkobiercą jakiejś fortuny ulokowanej w gruntach i nieruchomościach na Wyspach oraz złocie w okolicach Zurychu to bez namysłu wysłałbym koleżance kwotę wystarczającą by mogła sobie wrócić Lufthansą w I klasie. Przez chwilę słyszałem już nawet dzwonek telefonu ale okazało się, że to tylko u mnie w głowie. Trzeba było jakoś pomóc. Finansowa pustka to nic. Trzeba być zaradnym. Odpisałem jej. Wyszło tak:
Kurt to był człowiek! Mieszkał naprzeciwko. Zawsze nienagannie ubrany, ogolony, spryskany wodą toaletową o świeżym, przywołującym na myśl zakłady farmaceutyczne, zapachu. Mimo to, nie wyglądał zdrowo; był stale blady, z zielonkawymi worami pod przekrwionymi oczami. Poznaliśmy się przypadkiem którejś zimy. Wracałem z jakiejś imprezy, byłem kompletnie pijany i zapragnąłem zapalić papierosa. Moje się skończyły, byłem spłukany. Dał mi jednego. Ten to miał gest. Umarł na raka płuc w zeszłym roku. Ja nie mam papierosów ale gdybym miał to bym Ci z chęcią dał jednego- dwa. Po naszemu- nie wiem skąd wziąć pieniądze na bilet powrotny dla Zaratustry ale zapytaj w ambasadzie, tylko nie niemieckiej- w naszej- Polandzkiej. Podobno finansują powroty niezaradnym owieczkom, które zanadto oddaliły się od stadka. Nie miej do mnie żalu. Domyślam się, że spodziewałaś się innej odpowiedzi ale Kurt umarł bo dał mi papierosa i boję się, iż większe z mej strony zaangażowanie może również się odbić na moim zdrowiu- jak gest Kurta na jego.

Opróżniłem kieliszek i zapaliłem ohydną wiśniową cygaretkę. Przeleciałem wzrokiem po powyższym tekście szukając typowych dla mnie błędów ortograficznych, stylistycznych i literówek. Nic rażącego nie znalazłem- może dlatego, że język ojczysty nigdy nie był moją mocną stroną. Na bezesemesowym wyświetlaczu pojawiła się 12.00. „No, kurwa.”- mruknąłem z samozachwytem- „Objętościowo, całkiem nieźle.” Wstałem od stołu, wygrzebałem ze sterty w rogu Duży Format i poszedłem do kibla. „Znowu dałeś dupy!”- wykrzyknął głos zza zatok czołowych. Chyba miał rację- znów nici z błyskotliwego zakończenia.

Written by olgbor

maj 18, 2009 at 9:43 pm

Napisane w Fikcja, Uncategorized

“Kalendarz adwentowy” (pierwotnie “Cztery koty w pralce z programem PŁUKANIE i WIROWANIE”)

z 2 komentarzami

Ernest:
Trudno umiejscowić w czasie ten moment… chodzi mi okres, w którym z chłopców staliśmy się młodymi mężczyznami. Nie ma zresztą większej różnicy- po prostu zamiast urwanych filmów pojawiły się całkiem dobrze skonstruowane retrospekcje, będące podłożem do kaców moralnych a „głupie cipy” wyparte zostały przez dziewczyny, które potencjalnie mogłyby zostać matkami naszych dzieci. Wszystko to jest kwestią podejścia, bo przecież twarze i miejsca nie zmieniły się z dnia na dzień. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień kiedy po raz pierwszy ktoś powiedział do mnie „proszę pana”. Jaki tam „pan”? Byłem wówczas gnojkiem niezdającym sobie sprawy, że tuż za rogiem czai się największe niebezpieczeństwo- dorosłe życie. Oczekiwania, nadzieje, wizje. Wszystko to rozjebaliśmy w kilka wieczorów jak wódkę rodziców dobrze ukrytą na dnie zamrażalnika. Każdy poszedł na mniej lub bardziej prestiżowe studia żeby zarobić w przyszłości pieniądze na nowe, drogie buty, mieszkanie w eleganckiej lub artystycznej dzielnicy i wino, którego nie będzie wstyd odłożyć do leżakowania . Wszystko to przeleciało jakby w jedną sekundę. Jesteś tu, pstryk, jesteś tam, pstryk- jesteś tu. Czasem udajemy, że nic się nie zmieniło- pijemy Wyborową w parku ćmiąc Davidoffy i cytujemy sobie z uśmiechem kawałki Molesty. Na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut wracamy do szczeniactwa i jest dobrze. Jest zajebiście. Wszystko, co dla psychiki stanowi balast ląduje na ziemi- gdzieś daleko pod gondolą naszego balonu. Ziemia jest dla frajerów, którym brak wolności umysłu, dla nudnych ćwoków, którzy rozpijają ciepłą Ludową pod letnią herbatę marki Aro na przegotowanej kranówce żeby odłożyć na trzydziestoletnie BMW z Austrii i rozmawiają przy tym o alufelgach, w najlepszym wypadku o szesnastoletnich dziewczynach swoich trzydziestoparoletnich kumpli, które właśnie są w ósmym miesiącu ciąży.
-Nie ma Boga
-Nie ma.
-Skoro nie ma Boga to po chuj to wszystko?
-Dla żartu.
-Dla żartu? To kiepski żart.
Prowadzimy dyskusje na tematy tak kurewsko górnolotne, że żaden Sputnik nam nie zawadzi a w gruncie rzeczy gówno wiemy. No, ale jak pewne opinie wygłasza osoba w szmatach wartych tyle, co mały samochód miejski składany przez producenta zegarków to nie brzmią one tak marnie jak w ustach „chama” w beżowym swetrze, w przykrótkich jeansach i obuwiu „Adidadidada”.
Najczęściej rozmawiamy o życiu albo swoich małych sukcesach. Egzystencjalizm albo przechwalstwo. Dość wąsko. Jeszcze pogarda. Pogardzamy wszystkimi, nikogo nie oszczędzamy, każdy jest „gorszy”, na każdego się coś znajdzie.

Diana:
Czasem myślę, że świat jest jak mieszanka Kubina z Gigerem podana w popartowym, warholowskim opakowaniu. Mam też dni, kiedy zdaje się on być post-punkową, radioaktywną pustynią usianą opuszczonymi betonowymi miastami z zarzyganymi jednoperonowymi stacyjkami kolejowymi. Leżę na designerskiej sofie jedną ręką paląc jointa, drugą głaszcząc po pośladkach moją przyjaciółkę i myślę o tym jak Dżem przemierza białym starym busem szosy Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w latach siedemdziesiątych. Idealny relaks po wernisażu.

Andrzej:
Mam mocny kręgosłup moralny. To religia. Gdyby nie Chrystus… to nie wiem gdzie bym teraz był. Nie wiem też gdzie podzieje się to biedne stracone pokolenie ludzi bez żadnej wiary, bez żadnego katalogu reguł, których się po prostu nie łamie. Nie jestem zabobonny ani głupi. Nie wierzę w dziadka z brodą. Bóg jest dla mnie czymś bezkształtnym i niepojętym… ale wiem, że jest… i że każdego wysłucha… i że nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko jest częścią jakiegoś porządku znanego tylko Najwyższemu. Znajomi często próbują ze mnie nieudolnie szydzić. Opowiadają o tacy w kościele i o księżach jeżdżących Audi Q7 na dziwki. Ludzie są ludźmi. Do kościoła nie chodzi się dla ludzi tylko dla Boga.

Mateusz:
Przeczytałem te twoje grafomańskie wypociny. Niestrawne jak zawsze. Gdyby Andrzeja spotkał jakiś prawdziwy życiowy dramat to najpewniej zacząłby gadać, że Bóg się od niego odwrócił, albo coś w tym stylu. Religia jest jak opaska, którą ludzie dobrowolnie wiążą sobie na oczach i oddają lejce swego życia w ręce bandy prawiczków w sutannach. Diana jest zwykłą przylansowaną głupią cipą, udającą, że zna się na sztuce a Ernest jest pozornie przeintelektualizowany. Pozornie! Bo tak naprawdę cała jego kwestia jest plwociną bez ładu i składu. A ty? Ty jesteś po trochu nimi wszystkimi… i mną też. Ludzie, którzy teraz to czytają dla zabicia czasu, jako odskocznię od nauki albo ze zwykłej ciekawości, cóż takiego ma do powiedzenia ten zabawny człowieczek, który upija się jak ostatnia świnia, też składają się z pierwiastków Ernesta, Diany, Andrzeja i mnie. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Życie jest jak pudełko czekoladek wypchane gównem- zawsze trafia się to samo tylko w różnych kształtach, zależnie od formy przegródki.

Written by olgbor

maj 10, 2009 at 9:35 pm

Napisane w Uncategorized

Torsje

z 4 komentarzami

Nie zastanawiało was nigdy, dlaczego połowa dzisiejszych licealistów wygląda jak Ian Curtis na początku kariery? Powiem wam w czym rzecz. Moim zdaniem, od dobrych 20 lat nie wymyślono żadnej nowej formy buntu- nowego opakowania dla młodzieńczego sprzeciwu. Do tego dochodzi jeszcze poczucie beznadziei wynikające z przekonania, iż każda próba stworzenia czegoś świeżego na tej płaszczyźnie spowodować może wyłącznie skutek przeciwny do zamierzonego; a to za sprawą wielkiej machiny marketingowej, która szybko komercjalizuje, sprzedaje to, co ma się jej przeciwstawiać. Jeden z paradoksów współczesności.

Mi osobiście nie przeszkadzają tabuny siedemnastoletnich Beatlesów podrygujących w rytm electro-indie. Ich rodzice i dziadkowie pewnie też są spokojniejsi niż nasi, bo pociechy mają ładne fryzury, noszą się „elegancko”. Martwię się tylko o samych buntowników. Czy nie macie wrażenia, że to pokolenie nie zostawi po sobie żadnego śladu? Żadnego nowego wzorca dla potomnych? Zaledwie o kilka lat młodsi od nas ludzie jedzą gówno. Inaczej nie da się tego określić- opychają się tym, co poprzednie generacje, czy nawet roczniki, już dawno zjadły, przetrawiły i wysrały. Co gorsza, wspomniana „machina marketingowa” sprzedaje im te odchody za ciężkie pieniądze. Nie musi się przy tym wysilać. Wystarczy doczepić nowe metki do starych łachów i zrobione. Popkultura jest, na swój sposób, fantastyczna. Działa trochę jak Lewiatan T. Hobbesa ale mam pewne wątpliwości, czy oby na pewno daje realne bezpieczeństwo. Mam wrażenie, że to raczej ułuda, iluzja bezpieczeństwa, samo jego poczucie… Chociaż, z drugiej strony, właśnie to poczucie jest chyba najważniejsze. Człowiek może przejść po linie rozwieszonej bez żadnych zabezpieczeń dziesiątki metrów nad ziemią jeśli zawiązać mu oczy na długo przed wprowadzeniem do cyrku i prowadzić go przy tym za rękę. Co innego gdybyśmy zerwali mu opaskę w trakcie „przejścia”… Do rzeczy. Odważę się postawić tezę, iż wyłącznie siła czysto destrukcyjna jest w stanie wytworzyć nową formę buntu. To kolejny paradoks, zresztą nie ja go stworzyłem i to nie jest tak naprawdę moja teza. Nie chcę też aby ktoś odebrał to, co tutaj wypisuję za jakieś podżeganie do działań szkodliwych społecznie. Nie podżegam. Ani razu nie powiedziałem, że pochwalam bunt jako taki. Stwierdzam jedynie, dla wielu i tak oczywisty, fakt, że zaistnieć można dziś tylko poprzez destrukcję. Tylko paląc Paryż, paląc Warszawę, paląc Nowy Jork i Kędzierzyn- Koźle można zostawić własny ślad, własny wzorzec dla potomności, która go zmodyfikuje aby zbudować coś jeszcze innego.

Przez lata uczyliśmy się picia kawy z tekturowych kubków, grzecznościowej nienagannej odmiany imion w formalnej korespondencji elektronicznej (Mam nadzieję, że dalsza współpraca okaże się równie owocna jak dotychczasowa. Serdecznie Pana pozdrawiam Panie Andrzeju) i ziewania bez otwierania ust na ważnych spotkaniach gdzie, tak naprawdę, wszyscy tylko chcą odpierdolić swoje i jechać do domu. To żmudna nauka. Kosztowała nas wiele wysiłku, wiele wyrzeczeń… I po co? Żeby wybić nam z głów resztki kreatywności, indywidualności. Wiele tęgich głów (tych właśnie do wybijania z), po tysiąckroć tęższych niż moja, pisało o tym na setkach tysięcy stron. No i co? Czy coś się zmieniło? Czy „otworzyliśmy oczy”? NIE! I nie otworzymy… Bo gówno jest smaczne a Beatlesi byli ładni… a my chcemy też być ładni. W dodatku zdajemy sobie sprawę, że na miejscu Iana Curtisa olali byśmy spasioną żonkę z dzieckiem- wpadką i poszli ruchać kochankę. Big up dla kapel electro- indie!

Słowem wyjścia niejednokrotnie przy dłuższych formach epilogiem zwanym odpowiem jeszcze na dręczące was pytanie. (Dręczy, prawada?) TO W KOŃCU BUNOTWAĆ CZY NIE BUNTOWAĆ (się)?

Robić cokolwiek byle coś się działo!

Tyle ode mnie! Do zobaczenia w następnym odcinku przy niemal zawsze czystym stole. .

Written by olgbor

luty 21, 2009 at 4:41 pm

Napisane w Uncategorized

TOBIE NA ZŁOŚĆ

z jednym komentarzem

„Tato, naprawdę uważam, że nie powinieneś czytać tego badziewia”- powiedział Patryk potrząsając zwiniętym w rulon egzemplarzem „Naszego Dziennika”- „To ci robi sieczkę z mózgu! Masz osiemdziesiąt pięć lat. Całe życie nie znosiłeś tych, jak ich nazywałeś, świń w koloratkach i dewotek, a teraz? Co się z tobą dzieje?”. Twarz starego ojca, pełna głębokich zmarszczek, nosząca na sobie całą historię, począwszy od rozwiązania Obozu Wielkiej Polski, przez zamach na generała Świerczewskiego, aż po ukończenie budowy pierwszej linii warszawskiego metra, przybrała wyraz lekko naburmuszony, odrobinę cierpiętniczy. Po chwili, wąskie, zdałoby się mocno zaciśnięte, wargi poruszyły się lekko. „Ty niczego, synku, nie rozumiesz.”- odezwał się spomiędzy owych warg basowy, słychać, że niegdyś mocny i donośny, dziś już zardzewiały głos. „Wy, młodzi jesteście wszyscy liberałami… ale to was kiedyś zgubi. Całe szczęście, że ja tego dnia nie dożyję.”- kontynuował- „Nie dożyję tego dnia, ale póki co… żyję i proszę ciebie- mojego jedynego syna- abyś poszedł do kiosku i kupił mi dzisiejszy numer.” Ostatni człon zdania wypowiedziany został z wyraźnym zmieszaniem. „Tato, jest -25 stopni! Nigdzie nie pójdę.”- odparował Patryk. Niebieskie, jakby zaszłe mgłą, oczy starego mężczyzny ożywiły się. Ożywiły się złością. „Wobec tego sam pójdę! Sam pójdę i jeszcze po drodze zamarznę żeby ci zrobić na złość! O!”- wykrzyknął ów pordzewiały głos, pokazując, że ma jeszcze w sobie coś z dawnej mocy. „Proszę cię, nie rób scen.”- odpowiedział spokojnym tonem syn. „Jakich znów scen?!”- wrzeszczał starzec- „Ja tobie nie robię żadnych scen! Ja ciebie tylko o coś poprosiłem! Żadnego pożytku z ciebie nie ma! Idę sam i już!.” Patryk nie wiedział co robić. „Niech idzie mądrala!”- pomyślał- „Ledwo wyjdzie na dwór i zobaczy jak jest zimno, to mu się odechce spacerów.” „Ok, idź”- rzucił cicho. Starzec, nie bacząc na panujący za oknem mróz, zignorowawszy wiszący przy drzwiach płaszcz, wyszedł. „Odbiło mu…! Kurwa!”- wykrzyknął w myślach Patryk. „Spokojnie. Droczy się ze mną stary złośliwiec… Pewnie wyszedł na klatkę schodową i będzie siedział przy kaloryferze na półpiętrze aż się zainteresuję co z nim i wyjdę go szukać. Niedoczekanie jego.”- przemknęło przez umysł Patryka. Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Leciały akurat wiadomości. Młoda dziennikarka opatulona grubym wełnianym szalikiem relacjonowała „z terenu”, że w Bydgoszczy zamarzło trzech bezdomnych pijaczków i zaczadziły się dwie wielodzietne rodziny zamieszkujące jakiś skłot. „Fajna dupa”- szepnął Patryk koncentrując wzrok na perfekcyjnie kształtnych ustach prezenterki. „Przeniesiemy się teraz do studia…”- zatrajkotał głos owej „dupy”. „Ta też niczego sobie… jak na swój wiek…”- westchnął podsumowując Justynę Pochanke, lekko zaniepokojony kilkuminutową już nieobecnością ojca.
Po godzinie, Patryk wyszedł szukać taty. Nie było go, wbrew oczekiwaniom, na klatce schodowej. Przedzierając się przez twarde, trzeszczące pod butami zaspy, dotarł do kiosku. Tutaj również ani śladu starego człowieka. Poszukiwania objęły całe osiedle i okolice… bez efektów. Zrezygnowany mężczyzna postanowił wrócić do domu i poczekać. „Może schował się u któregoś z sąsiadów? Na przykład u tego od szachów…”- myślał.
O godzinie 22.33 zadzwonił telefon. Rozległa się klasycznie idiotyczna melodyjka Siemensa. „Słucham!”- krzyknął pełen obaw Patryk prosto do słuchawki. „Dobry wieczór. Czy pan Patryk Niklewicz?”- zatrzeszczał głos z drugiej strony drutu. „Tak, o co chodzi?”- odparł syn „uciekiniera” przeczuwając, że głos nie ma dla niego dobrych wieści. „Czy pański ojciec to Henryk Niklewicz?”- kontynuował pytania, jakby celowo podnosząc napięcie, głos. „Tak! O co, kurwa, chodzi?!”- wydarł się z całych sił podenerwowany młody Niklewicz. „Posterunkowy Buławski, rejonowa komenda policji. Mam złe wieści.”- wydukał powoli głos, nie wykazując zupełnie żadnego przejęcia grubiańskim zachowaniem Patryka. „Dzisiaj, o godzinie 20.50, funkcjonariusze znaleźli w Ogrodzie Saskim ciało pańskiego ojca. Denat zamarzł. Na rozpoznanie zapraszam jutro o godzinie 8.15 rano. Złoży pan również wyjaśnienie. Ojciec miał przy sobie gazetę, na której, według naszych ustaleń, sam zapisał słowa TOBIE NA ZŁOŚĆ. Czy domyśla się pan, o co mogło mu chodzić?”- rzekł głos w słuchawce, po czym zapadła pełna napięcia cisza- taka cisza, która oznacza oczekiwanie na coś bardzo ważnego. „Domyślam się…”- odparł Patryk, po czym z całej siły rzucił telefonem o ścianę a po jego policzkach zaczęły spływać łzy.

Written by olgbor

styczeń 9, 2009 at 3:45 pm

Napisane w Fikcja

Astronomia naiwna

z jednym komentarzem

Gdy zaczynasz myśleć nad skończeniem ze sobą, to jeszcze nie jest najgorzej. Gdy zastanawiasz się nad metodą, jest kiepsko. Kiedy obmyślasz szczegóły techniczne… Coś ci opowiem. Jeden facet, dość młody, mógł mieć góra dwadzieścia pięć- sześć lat, zwykł mówić do swojej dziewczyny per „słońce”. Nigdy nie zastanawiał się nad głębszym tego sensem, tak mówił- po prostu. Ona zwracała się do niego różnie; był „kotkiem”, „skarbem”. Pewnego razu zaświtało jej, że skoro on nazywa ją „słońcem”, ona nazwie go, przekornie, „księżycem”. Na początku mu się spodobało. „No tak, słońce, księżyc… Znaczy, że się idealnie uzupełniamy.” Potem, zaczął nad tym głębiej rozmyślać. „Zaraz, zaraz… Przecież księżyc świeci światłem odbitym.” Nie mógł pojąć, że własna dziewczyna, partnerka, w niektórych wizjach nawet taka na całe życie, sugeruje, że ON- jej chłopak, taki kochający i gotów do wszelakich poświęceń, świeci JEJ światłem odbitym- nie własnym. Była dobra, to prawda… wszyscy ją lubili a on przy niej błyszczał. Była duszą towarzystwa. On zwykle stał gdzieś z boku, co jakiś czas obrzucany ciepłymi spojrzeniami jej koleżanek i lodowatymi, pełnymi zazdrości- kolegów. Z czasem, uwierzył, że bez niej nie może istnieć, nie może świecić. Przyzwyczaił się do tej myśli, do tego stanu rzeczy. Wszystko było ok… do czasu, kiedy okazało się, iż jego „słońce” ma inny „księżyc”… a w życiu nie jest jak w kosmosie i ciężko mieć więcej niż jeden… zwłaszcza gdy oba o sobie wiedzą. Stracił blask. Myślał nad skończeniem ze sobą. Myślał nad metodą. Ostatecznie, stwierdził, że nie ma co się zabijać. Znalazł sobie inną dziewczynę- głupią i mało towarzyską. Teraz to on był „słońcem” a ona „księżycem”. Nie miał wyrzutów sumienia zrywając z nią po jakimś czasie aby wrócić do tej pierwszej. „Znajdź własny księżyc”- poradził jej na odchodnym. Nie wiedziała, biedulka, o co mu chodziło i podcięła sobie żyły w wannie. Opowiedziałem ci to tylko po to, byś nie zrobił jakiegoś głupstwa „bo jest ciemno, zimno i brzydko za oknem a dziewczyna zerwała z tobą w zeszły czwartek.”

Written by olgbor

styczeń 4, 2009 at 7:30 pm

Napisane w Fikcja

Oko

Skomentuj »

Dawid ma jedno oko szklane. Powiedział mi kiedyś, że w wieku pięciu lat bawił się z amstafem sąsiadów i tak jakoś wyszło. Oczywiście wersja dla dziewczyn jest taka, że został ranny w bójce- broniąc swojego czarnego kumpla gdy napadli ich skinheadzi. Laski to lubią. Wzdychają zawsze z podziwem i współczuciem a potem przysyłają mu na maila swoje przepełnione erotyzmem zdjęcia- w stringach i czarnych koronkowych stanikach, na tle peerelowskich meblościanek. W sumie, nie zazdroszczę mu. Wole mieć dwoje oczu. Dawid ostatnio opowiedział mi najbardziej, jak twierdzi, pojebany ze swoich snów.

To było tak, posłuchaj- mówił podekscytowany- jak się kładłem spać miałem we krwi ze dwa i pół promila, jak Boga kocham!- zawsze przesadza- Położyłem się pod kocem, w ubraniu, rozumiesz, nie miałem siły ścielić. W każdym razie… w tym śnie też byłem pijany, w dodatku rzygałem do obszczanego kibla, chyba w jakiejś obskurnej norze bo na podłodze było pełno błota zmieszanego z siuśkami i mokrą papierową breją- taką, wiesz, jaka się robi gdy rolka srajtaśmy wpadnie do wody. Tak rzygałem i rzygałem, i nagle oko mi wpadło do kibla, w te wszystkie wymiociny. „Nie będę w tym grzebać przecież”, pomyślałem- „Jeszcze ktoś zobaczy i jak ja się wytłumaczę?” Zasłoniłem oczodół dłonią i wyszedłem. Teraz będzie dobre, uważaj. Wróciłem do domu i położyłem się spać! Łapiesz? Położyłem się spać we śnie! Haha! To jeszcze nie koniec! Śniłem, że śniło mi się, że widzę tym szklanym okiem! Najpierw byłem w Wiśle- w rzece w sensie. Dryfowałem sobie spokojnie na północ. Później wpadłem do Bałtyku, gdzie zjadła mnie jakaś duża ryba, a jeszcze później… obudziłem się… tak naprawdę, z głównego snu.

Nie wiedziałem jak ten sen zinterpretować. Wolałem nie myśleć nawet, co by miał do powiedzenia Freud na ten temat. „Rzeczywiście pojebany sen”- podsumowałem z, jak sądzę, niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Pewnie zastanawiacie się teraz, po co właściwie wam opowiadam pijacki sen kumpla, nawet nie własny. Otóż wczoraj kupiłem sobie w Tesco rybę- taką w całości, co sprzedają z lodu. Przyniosłem ją do domu, zabrałem się za patroszenie i… w środku było- wiem, że ciężko w to uwierzyć- szklane oko! Dawid ma swoje na miejscu, więc to nie jego. Nie interesuje mnie za bardzo czyje. Ciekaw jestem tylko, czy ten człowiek, który je zgubił, widzi nim przez sen? Na wszelki wypadek, zawsze jak oglądam telewizję, kładę oko na stoliku tak, aby tamten też mógł sobie pooglądać.

Written by olgbor

grudzień 15, 2008 at 9:39 pm

Napisane w Fikcja

Najsilniejszy człowiek świata

z jednym komentarzem

Pewnego lata, do naszego miasteczka przyjechał cyrk. Na murach, płotach i latarniach zawisły plakaty. Dobrze je pamiętam- przedstawiały muskularnego mężczyznę o sumiastym wąsie, ubranego w obcisły biały kombinezon. Czerwone litery krzyczały „Cyrk Ezelsteina przedstawia najsilniejszego człowieka świata!”. Pokazy miały odbywać się zaledwie przez tydzień. Już pierwszego dnia, kiedy uśmiechnięci, mówiący po rosyjsku drągale o czerwonych twarzach stawiali namiot, poszedłem do mojego taty i poprosiłem go by zabrał mnie na spektakl. „Tato, tato! Tam będą klauni, małe pieski robiące salta, lew, tygrysy, a nawet kobieta z wąsami! Będzie najsilniejszy człowiek świata!”- wrzeszczałem rozentuzjazmowany. Ojciec opierał się. Powiedział: „Wszystko to już przecież widziałeś, nie pamiętasz? Na jarmarku w zeszłym roku. Był nawet tańczący niedźwiedź. Synku, nie mam czasu.” Nie dawałem za wygraną, nigdy nie widziałem najsilniejszego człowieka świata- „Dobrze wiesz, że nie widziałem! Tato, chodźmy do cyrku! Za tydzień odjedzie i już na pewno nie zobaczę.”

Po trzech dniach, prawie cała moja klasa opowiadała o tym, co widziała pod wielką kolorową kopułą. Gruby Eryk mówił, że najsilniejszy człowiek świata prostuje podkowy i przenosi słonie. Nie mogłem w to uwierzyć. „Ty nie byłeś? Nie widziałeś jeszcze?”- dopytywał z niedowierzaniem Staś Kolanko, którego tata miał warsztat samochodowy- „Najsilniejszy człowiek świata podniósłby nawet takiego wielkiego pickupa, jakim jeździ mój tatuś.”

Sytuacja w szkole spowodowała, że zwiększyłem naciski na ojca. W końcu się zgodził. „Pójdziemy w piątek ale pod warunkiem, że do tego czasu nie usłyszę od ciebie ani słowa o cyrku i o najsilniejszym człowieku świata, zgoda?” Zgodziłem się, choć milczenie było nie lada wyzwaniem.

Wreszcie przyszedł piątek- upragniony, wyczekiwany z niecierpliwością. Tata chwycił mnie za rękę i poszliśmy. Byliśmy na miejscu dość wcześnie by kupić bilety w pierwszym rzędzie. Spektakl rozpoczął się. Pieski fikające salta, czy nawet lew skaczący przez płonące obręcze, nie robiły na mnie wrażenia. Czekałem na najsilniejszego człowieka świata. W końcu pojawił się. Był naprawdę ogromny. Jedna jego dłoń miała wielkość niemal całego mnie, gdybym przy nim stanął, przypuszczalnie sięgałbym mu gdzieś tak do kolan. Klauni przynieśli podkowy. Olbrzym brał jedną po drugiej i zamieniał w podłużne pręty. Patrzyłem z otwartymi ustami, świat poza tym jednym gigantem przestał dla mnie istnieć. Gdy podkowy się skończyły, treserzy wprowadzili słonia. Najsilniejszy człowiek świata uśmiechnął się, pochylił a zwierzę weszło na jego plecy. Kiedy słoń odszedł za kulisy, najsilniejszy człowiek świata wziął od konferansjera mikrofon. „Tełaz pokaze fam numeł, któłego ne sapomnycie do konca fasego pustego zycia.”- wykrzyknął z takim trudem jakby słowa te ważyły tysiąckroć więcej nić największy ciężar jaki kiedykolwiek uniósł, po czym rzucił mikrofonem o ziemię. Najsilniejszy człowiek świata stanął na samym środku areny i złapał się oburącz za głowę- tak, że dłonie zakrywały uszy. W namiocie zaległa grobowa cisza. „Ciekawe, co będzie? Chłopaki w szkole nic nie mówili o tym numerze”- mówiłem sam do siebie w myślach, będąc podnieconym to granic możliwości. Najsilniejszy człowiek świata napiął muskuły i zaczął z całej siły ściskać swoją głowę. Z pierwszego rzędu widziałem nawet krople potu, które wstąpiły na jego czoło. Cała twarz stała się purpurowa a sumiaste wąsiska lekko drgały. W końcu głowa najsilniejszego człowieka świata rozbryznęła się jak balonik napełniony wodą rzucony z czwartego piętra. Krew powoli spływała po białym kombinezonie a kawałki czaszki i mózgu spadały na ziemię z odgłosem podobnym do mokrej szmaty upuszczanej kilkakroć na posadzkę. Po chwili, ogromne cielsko runęło na ziemię. W namiocie zapanował chaos. Dzieci płakały, rodzice byli nie mniej przerażeni ale przytomnie zasłaniali pociechom oczy. Mój tata też próbował mi zasłonić ale się nie dałem. Patrzyłem na nieruchome martwe ciało najsilniejszego człowieka świata i tak sobie pomyślałem, że chyba wcale nie był najsilniejszy a jeśli był… to świat się skończył właśnie tamtym letnim wieczorem.

Written by olgbor

listopad 27, 2008 at 6:57 pm

Napisane w Fikcja

Zetteem prawie jak Je t’aime

Skomentuj »

Kolegom moim

Mijasz dziesiątki, setki, tysiące latarni. Szarych latarni gdzieś w dupie- na końcu świata, w oddalonej o co najmniej trzydzieści przystanków dzielnicy. Świecą pomarańczowym najczęściej, niekiedy różowawym światłem a Ikarus toczy się po mokrym, brudnym asfalcie. „To tutaj żyją ludzie?”- dziwisz się z zaciekawieniem spoglądając na przesiąkniętą wilgocią, tanimi papierosami, przetrawionym piwem i podrabianymi perfumami masę ciał- tak anonimowych i bezbarwnych, że zrzygać się można. I na młodą kobietę siedzącą przy kasowniku. „To ona przecież! Nie. To niemożliwe. Może jednak? Przecież nie miała siostry bliźniaczki. To na pewno ona.”- tak sobie myślisz ale nic z tym nie robisz. To osoba niegdyś ci bliska, bardzo bliska. To z nią straciłeś cnotę będąc jeszcze pisklęciem, szczeniakiem rzec można. No i tak się jej przyglądasz, wlepiasz wzrok i myślisz sobie, że jest nadal ładna. Przeleciałbyś jeszcze raz- żeby jej pokazać, że teraz już umiesz lepiej. Tylko co, do cholery, robi w podłużnej, żółtoczerwonej puszce pełznącej niby glista wśród odmętów cywilizacji, odmętów miasta- gdzieś na końcu świata, w dupie? Zauważyła, że się gapisz. Konsternacja. „Niech ona zareaguje pierwsza”- myślisz. Ona nie reaguje. Tak się tylko wzajemnie sobie przyglądacie. To twój przystanek. Wysiadasz, zapalasz papierosa i nie dowiesz się już raczej, czy ona też jest dziś lepsza niż wówczas w twoim pokoju. Musiałbyś minąć jeszcze miliardy latarń.

Written by olgbor

październik 6, 2008 at 8:12 pm

Napisane w Uncategorized