Na myśli…

Olg Borowka

W pewnym lokalu na M przy ulicy na N w mieście na W, w kraju na P, lub każdym innym. W sumie to możecie sobie sami podstawić literki. W sumie to tytuł stanowi prawie połowę całości.

z 3 komentarzami

Siedzimy przy stole naprzeciwko siebie. Ona trzyma rewolwer, ja trzymam folder reklamowy Castoramy. Ona we mnie celuje, ja zasłaniam twarz kolorową broszurą i próbuję nauczyć się na pamięć cen oraz opisów wszystkich dostępnych wiertarek, wycinarek, odkurzaczy do liści, kafelków, tynków, sylikonów, umywalek, kabin prysznicowych. Ona krzyczy, że zrujnowałem jej życie, ja milczę i myślę o materiałach budowlanych, próbuję policzyć ile kosztowałoby wyłożenie mojej łazienki płytkami w kolorze Morza Śródziemnego. Co to w ogóle za kolor? Po co właściwie przeglądam ten katalog? Przecież szczytem moich możliwości jest wymiana baterii w kranie. Rewolwer wypala. Rozpędzony kawałek ołowiu trafia mnie w tchawicę. Jest dużo krwi. Fotel rattanowy- 120,99 zł.

Written by olgbor

październik 5, 2009 at 3:04 pm

Napisane w Uncategorized

Herbata

z 4 komentarzami

Wczesna jesień. Na drzewach jeszcze trzymają się liście, jeszcze niektóre zielone. Wilgoć w powietrzu, mokry bruk uliczny. Siedzimy w knajpie pełnej nieznajomych, wokół zapach wilgotnej wełny merino przesiąkniętej dymem papierosowym. Pod swetrem mam koszulę i krawat bo chciałbym wyglądać elegancko, jak jakiś intelektualista z europejskiego kraju. Rozmawiamy ściszonym głosem. Momentami się przez to nie słyszymy, ale nie mamy siły głośniej. Kiedyś krzyczałem. Nie panowałem nad tym, miałem donośny głos i duszę nieznoszącą kompromisów, gorącą krew. Przyjaciele mówili żebym się uspokoił, kiedy ja tylko artykułowałem myśli, myśli napływające do głowy wysokimi jak wieżowce falami; myśli, które potrzebowały natychmiastowego ujścia bo w przeciwnym wypadku mogłyby być niebezpieczne, przede wszystkim dla mnie. Sporo się zmieniło. Nie mam już tamtych przyjaciół, zrozumiałem, że nie mam też duszy. Coś mnie przytłumiło. Nie nazwę tego stanu wyciszeniem. Jakaś cząstka nadal wrzeszczy ale nie ma już siły przebicia. Pijemy herbatę. Alkohol szkodzi zdrowiu. Nie tamuje natłoku myśli, gwaru wywołanego setkami głosów mówiących jednocześnie. One mówią a alkohol wykrzykuje losowo wybrane hasła aby zagłuszyć całą resztę. I zagłusza. Ta herbata smakuje akurat jak woda, w której ktoś płukał starą ścierkę. Nic nie szkodzi. Rozmawiamy o polityce z dozą emocji godną prognozy pogody. Rozmawiamy o Bliskim Wschodzie jakby znajdował się w innej galaktyce. Z głośników wydobywa się dyskretnie „Dance with me” Nouvelle Vague. Dyskutujemy o losach świata i rozważamy jaka będzie przyszłość niektórych ludzi, naszych wspólnych znajomych, o których, podejrzewam, niewiele wiemy. Łatwiej mówić o innych niż o sobie. Czasem warto milczeć. Czasem warto nie dopowiedzieć.
-Kiepsko wyglądasz.- mówi F. Zapalając papierosa.- Masz problemy ze snem?
-Nie wiem czy można mówić o problemach ze snem skoro w ogóle nie sypiam.- odpowiadam i bezmyślnie sięgam do wygniecionej paczki po Davidoffa, właściwie tylko dlatego, że on zapalił.
-No to masz problemy ze snem.
-Miałbym, gdybym przewracał się godzinami z boku na bok próbując zasnąć. Ja się już nawet nie kładę bo wiem, że to bez sensu.- wypowiadam to zdanie bez cienia emocji, bez znaków interpunkcyjnych, bez ozdobników w czcionce.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.- Odpowiadam szczerze, jest mi naprawdę wszystko jedno. Kiedy piję, wiem, że to ułuda. Zdaję sobie sprawę, że wódka tylko znieczula, nie leczy. Zapijanie smutków daje mylne wrażenie, że dokonaliśmy jakiegoś oczyszczenia, jakiegoś Katharsis, aktu mistycznego niemalże, z pogranicza świata materii i tego drugiego świata, który tak naprawdę nie istnieje. Kiedy byłem trochę młodszy, kilka lat temu, w okresie największego buntu przeciwko wszystkiemu, przeciwko właściwie nie wiadomo czemu, miałem marzenie by obudzić się pewnego dnia i nie czuć nic. Chciałem wyeliminować z mojego życia uczucia, trochę jak w „Equilibrium” tylko bez zastrzyków. Później już do tego nie dążyłem ale częściowo się udało. Szkoda, że na etapie, na którym już wolałem czuć.
Uśmiecham się. Uśmiecham się najpromienniej jak umiem.
„Za lepsze jutro!”- wznoszę toast i wlewam do gardła czterdzieści mililitrów lodowatego Absoluta.
Zachodzące słońce rzuca ciepłe, żółte promienie na korę starego dębu. Żyto kołysze się na wietrze. Sylvain Chauveau przygrywa na fortepianie. Jadę na rowerze nieutwardzoną drogą. Pedałuję ile sił. Czuję wolność. Czuję zimne powietrze smagające twarz, powodujące, że palce na kierownicy drętwieją. Equilibrium nie istnieje.
Istnieją wyłącznie uczucia i zmysły. Orgia bodźców. Mógłby ją w pełni opisać chyba tylko Tomasz Mann. To nie przez wódkę. Już jesteśmy gdzie indziej, w innym wymiarze. Już jesteśmy daleko.
-Ta A.- zaczyna F.- to mnie prześladuje przez całe życie.
-Przez całe?- pytam z pozowanym niedowierzaniem, udaję, że mnie to obchodzi.
-Całe. Zaczęło się w przedszkolu. Nie znałem jej wtedy ale kiedyś w rozmowie wyszło, ze chodziliśmy do tego samego przedszkola w tym samym czasie. Potem była podstawówka. W czwartej klasie do nas doszła. Wtedy ją poznałem. Nie lubiliśmy się. W liceum byliśmy parą przez kilka miesięcy. Wyjechała na studia za granicę, chyba do Belgii. Myślałem, że już po wszystkim. Nagle, niż stąd, ni z zowąd, na trzecim roku spotkałem ją na terenie kampusu. Prześladuje mnie, cały czas.
-To źle?- nadal chcę podtrzymać pozór uwagi przykładanej do tego, co mówi. Zapalam papierosa. Dookoła gwar. Wszystkie stoliki zajęte, delikatna woń wilgotnej wełny zmienia się w smród stęchlizny.
Ik-ęęęę, ik-ęęęę, ik-ęęęę- miarowe skrzypienie dawno nie smarowanych zębatek w rowerze. To stary rower. Kręcę ile sił. Las na horyzoncie mami ciepłymi jesiennymi kolorami, jakże kontrastującymi z panującym dookoła zimnem. W powietrzu zapach kasztanów, zapach wilgoci i dymu.
-Gdyby dogadali się z Saddamem zamiast napadać na Irak, świat wyglądałby dziś inaczej.-rzuca F.
i poprawia krawat, który założył najprawdopodobniej w tym samym celu co ja.
Już jestem w lesie. Pod kołami szeleszczą opadłe liście. Poza tym szelestem i „ik-ęęęę” jest zupełnie cicho. Jest pusto. Jestem w tym lesie sam ale dobrze mi tu, bardzo dobrze.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.

Written by olgbor

wrzesień 12, 2009 at 9:50 am

Napisane w Fikcja

HAŁAS

Skomentuj »

Po raz kolejny krew mnie zalała podczas czytania prasy. Często tak reaguję czytając różnego rodzaju bzdury, tym bardziej, kiedy te bzdury znajdują się na pierwszych stronach i „krzyczą” do mnie dużymi czarnymi literami z pochyłej półeczki w kiosku. Dzisiaj swój wielki come back ma sprawa in vitro. O tym za chwilę. Najpierw muszę postawić pytania, które nurtują mnie bardzo, a na które odpowiedzi mogą znać niektórzy z Was, ci uważniej niż ja śledzący bieg wydarzeń na polskiej scenie politycznej, posiadający bardziej analityczne niż mój umysły. Jaki numer władza chce nam wyciąć? Jakie niepopularne, być może całkowicie sprzeczne z obietnicami przedwyborczymi działania mają być w najbliższym czasie podjęte, skoro zaszła konieczność ponownego nagłośnienia kwestii in vitro, która, jak wiadomo, jest idealnym „zagłuszaczem” innych tematów- tematów dla przeciętnego zjadacza kajzerek mało interesujących, choć w rzeczywistości w dużo większym stopniu mających wpływ na jego życie. Mam tu na myśli rządowe działania antykryzysowe, politykę fiskalną, zagadnienia związane z prawem pracy. Oczywiście, in vitro wzbudza emocje, podobnie jak homoseksualiści, aborcja, czy poseł Palikot. Emocje jednak są największym wrogiem zdroworozsądkowego myślenia, wrogiem pragmatycznego podejmowania decyzji. Na emocjach warto grać kiedy chcemy odwrócić czyjąś uwagę od problemów wymagających zimnej kalkulacji, która to kalkulacja przeprowadzona przez tę osobę mogłaby ujawnić, iż nasze propozycje nie są dla niej korzystne. Tym bardziej trochę mi wstyd, że tak się wzburzyłem. Niniejszy tekst inspirowany jest w całości artykułami z dzisiejszej (11.09.09) Gazety Wyborczej.
Przejdźmy do in vitro. Wczoraj sejm odrzucił obywatelski projekt zgłoszony przez Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Contra in vitro”, uznający zapłodnienie tą metodą za przestępstwo. Karą miało być do 3 lat pozbawiania wolności. Nieźle! Kodeks Karny za gwałt, jedno z najobrzydliwszych przestępstw, jeden z najpodlejszych czynów, jakiego może dopuścić się człowiek, przewiduje od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Umożliwienie zapłodnienia metodą in vitro miałoby zatem zostać podniesione do niemal tej samej rangi. Osoba dająca bezdzietnym z przyczyn medycznych małżeństwom szansę na pozostawienie potomstwa miałaby być postawiona na równi z gwałcicielem. Absurd. Niejaki Ludwik Skurzak ze wspomnianej organizacji powiedział, że swoje stanowisko Komitet wywodzi z nauczania Kościoła Katolickiego. Pod projektem podpisało się 160 tysięcy obywateli, to o 60 tysięcy więcej niż wymaga prawo aby głosowano nad nim w sejmie. 160 tysięcy stanowi mniej niż 0,5% procenta z 38 milionów obywateli. Powołam się na konstytucję RP. Preambuła mówi, że Narodem Polskim są wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga/ będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna/ jak i nie podzielający tej wiary. Niezależnie od światopoglądu, jako obywatele jesteśmy wszyscy równi. Czy zatem wprowadzanie regulacji prawnych w prostej linii wypływających z nauki organizacji religijnej jest w porządku wobec pozostałych, przypomnijmy, równych, obywateli? Czy zasadnym jest poważne traktowanie protestów wynikających z przekonania, iż ludzkie zarodki są ludźmi i posiadają duszę, podczas gdy istnienie duszy samo w sobie stanowi kwestię dyskusyjną, nie jest aksjomatem? Na szczęście 67% dorosłych Polaków uważa, że metoda in vitro powinna być dopuszczalna a tylko 18% jest jej przeciwne. Na szczęście mniej niż 0.5% Polaków uważa, że swoje katolickie wartości może narzucić siłą pozostałym 99,5%.
Jak sami widzicie, tak naprawdę, nie wydarzyło się nic istotnego. Projekt odrzucono, co potwierdziło tylko opinię demokratycznej większości. Hałasu jednak trochę było. Co się stanie? Czyją uwagę chciano odwrócić tym w istocie mało znaczącym newsem, który zajął pół pierwszej strony najchętniej czytanej gazety codziennej w Polsce?

Written by olgbor

wrzesień 11, 2009 at 1:31 pm

Bohaterowie

Skomentuj »

Kiedy powiedziałem jej, że mam raka to nawet się nie rozpłakała. Trochę mnie to wkurwiło, trochę zasmuciło. Człowiek ma umrzeć lada moment a jego najlepsza przyjaciółka nawet nie płacze z tego powodu. Chyba mi nie uwierzyła. Paweł mówi, że ona po prostu nie chce przyjąć tego do wiadomości; ludzie tak mają kiedy otrzymują złe wieści. Jeden facet z Radomia podobno nie przyjął do wiadomości faktu, że jego ukochany pies zdechł. Nadal wyprowadzał go na spacery. Ciągnął trupa po trawniku, mówił do niego, głaskał. Obrzydliwe. W końcu zabrali go do zakładu dla chorych na głowę a psa zutylizowali na wysypisku śmieci. Nie chciałbym być zutylizowany na wysypisku. Chociaż, lepsze to niż stanowienie pożywienia dla podziemnej fauny. W każdym razie, mam niedługo umrzeć a nikt nie chce w to uwierzyć. Mam wrażenie, że nawet Paweł, chociaż ze zrozumieniem kiwał głową kiedy opowiadałem mu, że Zosia nawet się nie rozpłakała. Wyobrażałem sobie własną śmierć setki tysięcy razy, zwłaszcza nim usłyszałem wyrok. Marzyłem o bene moriendi, te sprawy. Chciałem pojechać na jakąś słuszną wojnę i słusznie zginąć, ratując na przykład jakichś cywilów albo kolegów z oddziału. Chciałem jak Winkelried rzucić się na dzidy. Nigdy nie sądziłem, że skończę tak niewidowiskowo. Gdybym zginął w wypadku, Zosia na pewno by płakała. No ale to by był płacz pełen pożałowania. Ja chciałbym żeby płakała z uznaniem. Laski lecą na bohaterów. Gdybym zginął bohatersko, mógłbym pieprzyć każdą. Może przesadzam? Na bank tak jest! Laski kochają martwych bohaterów. Ustawiają sobie ich zdjęcia jako tapety w telefonach komórkowych. Założę się, że w łóżku wyobrażają sobie, że ich partnerzy to martwi bohaterowie i dopiero wtedy osiągają orgazm. A ja mam, kurwa, raka i nikt mi w to nawet nie wierzy.

Written by olgbor

sierpień 28, 2009 at 1:03 pm

Napisane w Fikcja

a więc

z 5 komentarzami

w gruncie
.
rzeczy przejebane

Written by olgbor

sierpień 25, 2009 at 12:31 pm

Napisane w Uncategorized

Monument (dedykowane Horacemu)

z jednym komentarzem

-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.

Written by olgbor

sierpień 23, 2009 at 11:26 am

Napisane w Fikcja, osobiste

Dziura/Kartka/Kartka z dziurą

z 2 komentarzami

To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…

Written by olgbor

sierpień 21, 2009 at 2:56 pm

Szarlotka z gałką lodów waniliowych

z jednym komentarzem

Dzień był upalny. To jeden z tych dni, które następują nazajutrz po tym jak w rozmowie z sąsiadką w windzie stwierdzamy, że fala upałów na pewno lada moment się skończy. Tymczasem kolejne dni przynoszą jeszcze wyższe temperatury, horyzont wibruje i faluje a niebieska ciecz w termometrach nie wie już czy ma się rozszerzać, czy kurczyć więc na przemian wskazuje dziesięć i czterdzieści stopni. Dochodziła czternasta. Kwadrans po byłem umówiony z Tobiaszem w niewielkiej kawiarence na tyłach ulicy Chmielnej. Twierdził, że miał mi coś bardzo ważnego do powiedzenia ale z góry wiedziałem, że po prostu chciał sobie pogadać. Dotarłszy na miejsce poprosiłem kelnerkę o gazetę i popielniczkę, zamówiłem wodę z lodem i cytryną, dużą czarną i kawałek szarlotki z gałką lodów waniliowych- dokładnie w tej kolejności. Nieźle, co? Dostałem Wyborczą- w sumie jakieś dziesięć stron tekstów i kilka metrów kwadratowych reklam. Artykuły w większości o kryzysie, świńskiej grypie i pierdołach; reklamy zachęcające do otwarcia konta w jakimś banku albo zapisania się do OFE. „Nuda”- burknąłem pod nosem i łyknąłem trochę wody. Spóźniony o jakieś dziesięć minut zjawił się mój rozmówca. Jak zwykle nienagannie ubrany, we fiołkowej koszuli z rumiankowym krawatem zawiązanym na perfekcyjny wenecki.
-Ładny zwis.- Powiedziałem tonem mającym zasygnalizować niezadowolenie ze spóźnienia. Rzadko dziś używane słowo „zwis” miało to podkreślić.
-Dzięki, dostałem od Klary z okazji… z jakiejś tam okazji.- Odparł z zadowoleniem Tobiasz, jakby w ogóle nie wyczuł pretensji w mej intonacji, jakbym zupełnie spieprzył ten zabieg melodyczno- leksykalny.
-To miło.
-Tak.- roześmiał się poprawiając i tak już idealnie „wyrzeźbiony” węzeł.- Cholernie miło. Zawsze lepsze to niż skarpety, prawda? Albo piżama.
-Tak. Chciałeś mi coś powiedzieć.
-Za moment. Najpierw zamówię.- powiedział i skinął lekko głową w stronę kelnerki. Kiedy podeszła z kartą, uśmiech po raz kolejny rozjaśnił jego twarz.- Poproszę wino, białe, to znaczy jedną lampkę. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi gdyby było dobrze schłodzone. Dziękuję!- „Najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi z powodu niskiej temperatury kiepskiego wina”- trąca tandetą ale lubię jego styl, mimo wszystko.
-O czym chciałeś pogadać?
-Strasznie gorąco.- odkrywczo stwierdził, jakby w ogóle nie usłyszał mojego pytania.- Zeszłe lato nie było takie gorące.
-Nie pamiętam jakie było zeszłe lato. Można to sprawdzić. Pewnie jest prowadzony jakiś zapis, statystyka. O czym chciałeś pogadać?- Zapytałem po raz kolejny udając, że wcale tego pytania nie zadałem chwilę wcześniej (znów melodyka miała na to wskazać; niedomówienia to mój ulubiony środek pokazywania innym jaki jestem wyrafinowany i subtelny).
-Dokonałem odkrycia i chciałem się tym z tobą podzielić.
-Na jakiej płaszczyźnie?
-Towarzyskiej.
-Odkrycie jest z płaszczyzny towarzyskiej, tak?
-Nieee, to znaczy, w pewnym sensie tak, ale chodziło mi o to, że dzielę się nim z tobą na płaszczyźnie towarzyskiej.
-Nie pracujemy razem, trudno byś dzielił się na zawodowej. Co to za odkrycie?- Zauważyłem błyskotliwie.
-Orgazm. Chodzi o orgazm u kobiet.
-Zapowiada się ciekawie. Co z nim? Z tym orgazmem. Odkryłeś, że istnieje? Trochę późno.
-Wyobraź sobie, że coś takiego w ogóle nie istnieje!
-Ciekawa hipoteza…
-Słuchaj. Ogólnie wiadomo, że kobiety potrafią udawać orgazm i jest to nie do odróżnienia. Tak sobie pomyślałem, że nie ma czego odróżniać. U nas widać orgazm, znaczy ejakulację, no… wytrysk. U nich nie widać.
-Aha, w związku z tym doszedłeś do wniosku, że skoro czegoś nie widać to nie istnieje, tak?
-Nie. Nie do końca w ten sposób.
-To w jaki?
-W Biblii jest Onan, nie ma Onany.
-Ponieważ w Biblii nie ma masturbujących się kobiet, nie mają one czegoś takiego jak orgazm?
-Nie dostrzegasz głębi. Nie tylko nie ma w Biblii, w ogóle mało się o tym mówiło w przeszłości.
-To wina patriarchatu.
-Sratriarchatu. Moim zdaniem kobiety zazdroszczą nam wytrysku więc wymyśliły, że mają coś takiego jak orgazm, są w zmowie i udają. Żaby nas pogrążyć zadbały o to abyśmy wiedzieli, iż może być on udawany. Przez to facet nigdy nie może być pewien czy jest naprawdę dobry w łóżku. Myślisz, że jesteś wcieleniem Erosa a jak ze sobą zrywacie dowiadujesz się, że orgazmy były udawane!- Wykrzyczał ostatnie zdanie tak, że ludzie przy sąsiednich stolikach zmierzyli nas wzrokiem z dezaprobatą po czym jednym haustem osuszył kieliszek.
-Aha. Udają abyśmy czuli się gorsi, prości. W cumshocie brak subtelności i niedomówień.- Odparłem lekceważąco (autoironia).
-Coś w tym stylu. Ponieważ mamy coś, czego one nie mają, tę naturalną zdolność, postanowiły ją zdewaluować. Założę się, że gdybyś był kobietą, chciałbyś mieć wytrysk.
-Niektóre mają coś w tym stylu. Widziałem w pornosie.
-Tajskie kurwy potrafią strzelać z cipki korkiem od szampana. To tylko wyuczony skill. Taka pokazówka praktykowana przez największe zazdrośnice.
-Klara też udaje?
-Odpierdol się od Klary!
-Ładny zwis. Twoja dziewczyna jest jedyną kobietą na świecie, która doświadcza rzeczywistego orgazmu, tak? To pewnie za sprawą twoich „skillsów”?
-Nic nie rozumiesz. Jedz szarlotkę bo wystygnie.
-Jest prosto z lodówki, ma być zimna.
-To jedz szybko, bo się nazbyt ogrzeje. Wracam do roboty. Miło było. Przemyśl to, co ci powiedziałem.- rzucił wstając od stolika i kładąc na blacie trzydzieści złotych.
Kiedy odszedł, posiedziałem jeszcze chwilę gapiąc się na topniejącą gałkę lodów. Wypaliłem dwa papierosy próbując „wymyślić” sobie orgazm. W końcu, jeśli kobiety to potrafią, to dlaczego mi miałoby się nie udać? Dzień był naprawdę upalny.

Written by olgbor

sierpień 3, 2009 at 3:27 pm

Napisane w Uncategorized

Cetacea/Brzeg (Rozdział I)

z 4 komentarzami

Długo nie mogło do mnie dotrzeć, że zostaliśmy kompletnie sami na tym brzegu. Przez dobrą godzinę siedziałem gapiąc się w toń czarnej wody, oczekując, że po drugiej stronie zamigocą światła i dobiegnie nawoływanie. Nic z tego. Tylko rechot żab i metaliczne pobrzękiwanie gdzieś w mojej głowie, jakby z każdym ruchem przesypywały się drobne monety.
-Spokojnie, masz, napij się- powiedział Al wręczając mi odkręconą stalową piersiówkę.- Whisky. Tania whisky.- Wziąłem niewielkiego łyka. Była rzeczywiście kiepska. Nigdy nie byłem zmuszony do picia perfum ale jeśli miałbym wyobrazić sobie ich smak, byłby właśnie taki.
-Sądzisz, że wrócą po nas?- zapytałem.
-Nie. Nigdy nie wracają po tych, co zostali. To dla nich strata czasu. Znajdą sobie nowych. Na tamtym brzegu jest dużo zagubionych miast i miasteczek pełnych zagubionych ludzi, którzy chętnie się przyłączą do Korowodu.- odparł, po czym zdrowo pociągnął z piersiówki.- Jeśli mogę ci poradzić, powinieneś zapomnieć o wszystkim, co spotkało cię w ciągu minionych dwóch miesięcy i spojrzeć w przyszłość. Znajdź swoje miejsce, osiądź gdzieś, przygruchaj sobie jakąś lokalną piękność, miejcie trójkę pięknych dzieci i…
-I umrzyjcie? Umrzyjcie razem siedząc na werandzie z owiniętymi kraciastym kocem nogami, z kubkiem herbatki ziołowej?
-Właśnie. To się nazywa spokojna starość. Każdy by chciał tak skończyć.
-Nie ja. Może coś ze mną nie tak, ale nie jestem w stanie zagrzać miejsca dłużej niż tydzień. Pamiętasz, opowiadałem ci kiedyś o Elizie.
-Eliza? Wiem! Sekretarka Eliza.
-Właśnie. To trwało miesiąc. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem przekonany, że będzie trwało wiecznie. Już miałem wizję siebie siedzącego z nią na tej werandzie pijącego herbatkę ziołową… No, ale po trzech tygodniach zaczęło mnie nosić. Wynajmowaliśmy pokój w niewielkiej kamienicy. Właścicielka była stara i do bólu religijna. Ciągle wściekała się, że wracamy po nocy i nie chodzimy do kościoła. Eli pracowała jako sekretarka w biurze miejscowego księgowego. Kokosów z tego nie było ale dało się żyć.
-A ty?
-A ja pomagałem na budowie. Porządkowałem narzędzia, nosiłem różne rzeczy, chodziłem do sklepu po bułki i piwo. Dniówka starczała na paczkę papierosów, butelkę wina i hamburgera. Jakoś szło. Eli wracała z pracy około siódmej. Jedliśmy kolację rozmawiając o tym jak nam minął dzień, wypijaliśmy wino i szliśmy do łóżka. Często spacerowaliśmy potem kilka godzin. Małe miasteczka nocą mają w sobie coś pociągającego, jakąś magię. Czujesz, że jesteś w cywilizowanym świecie a jednocześnie wszystko, co się z tym światem kojarzy zdaje się być tak odległe.
-No i co takiego się stało?
-Po trzech tygodniach poczułem to.
-Poczułeś co?
-Poczułem ten nieznośny ból na wysokości mostka. Ból, który powoduje, że kończyny stają się miękkie jak z waty a łzy same napływają do oczu. Jakiś wewnętrzny głos powtarzał mi w kółko „To nie jest twoje miejsce. Zrób coś ze swoim życiem. To, w czym trwasz nie ma sensu.” Nie mogłem wytrzymać. Początkowo miałem tak tylko w ciągu dnia, potem, coraz częściej w nocy, zwykle po stosunku. Odwracałem się wtedy do niej plecami, wkładałem głowę pod poduszkę i płakałem.
-Nie rozmawialiście o tym?
-Nie. Bałem się, że zostanę źle zrozumiany. Po pięciu, czy siedmiu dniach męczarni, pękłem. Nie poszedłem do pracy. Poczekałem aż Eli wyszła z domu, spakowałem swoje rzeczy i wskoczyłem do pierwszego lepszego pociągu. Nie miałem na bilet więc oddałem konduktorowi zegarek, pamiątkę po dziadku. W przedziale poznałem Eryka. To on powiedział mi o Korowodzie, zasugerował, że mogę się przyłączyć. Znasz Eryka, wiesz, że na pierwszy rzut oka nie wzbudza zaufania. Nie wziąłem jego propozycji poważnie ale wypiłem z nim i jego ówczesną narzeczoną, chyba miała na imię Roxy i była prostytutką, dwie butelki ginu. Dojechałem tak do południowego wybrzeża. Wysiadłem w miasteczku o nazwie Evee bo podobał mi się zielony budynek tuż przy stacji, który później okazał się komendą policji. Jak wspomniałem, byłem całkowicie spłukany. Pierwszą noc spędziłem na ławce w parku za komisariatem. Pod latarnią najciemniej, jak mówią. Kolejne cztery spałem na plaży. W ciągu dnia siadywałem przy głównym deptaku i obserwowałem ludzi. Nikt się nie spieszył. Każdy rytmicznie wykonywał swoje obowiązki. Przy molo była restauracja „Cetacea”, to znaczy „Waleń”. Rano przyjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. Muskularni faceci nosili do środka wielkie kartonowe pudła i skrzynki z warzywami; co rano tak samo, w tych samych granatowych kombinezonach. Gdy zegar na ratuszu wybijał dziewiątą, przyjeżdżała furgonetka z kwiatami. Różowe i białe chryzantemy, storczyki, goździki. Zawsze byli punktualni. O jedenastej przychodziła na śniadanie pewna kobieta. Zainteresowała mnie gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Miała spięte w kok długie czarne włosy, wielkie niebieskie oczy i bardzo jasną karnację. Zawsze siadała przy stoliku na zewnątrz, twarzą do morza.
-A jak to się ma do Elizy?
-Posłuchaj do końca.- Napiłem się jeszcze trochę whisky i zapaliłem papierosa bez filtra, którego Al podał mi z własnej inicjatywy. Żaby jakby trochę mniej rechotały, albo po prostu przyzwyczaiłem się do tego dźwięku, metaliczny brzęk jakby ucichł, może do niego też się przyzwyczaiłem. Eliza, dostawcy, chryzantemy, storczyki, goździki, „Cetacea”, dziewczyna z restauracji; wszystko to przelatywało mi przed oczami, jakby ktoś przewijał film, wypłowiały ze starości film, którego nikt nie chciał oglądać przez ostatnie czterdzieści lat.
-Kontynuuj.- Al szturchnął mnie lekko.
-Zawsze siadała twarzą do morza. Zamawiała dużo jedzenia ale większość zostawiała. Piła kawę i patrzyła w dal, była nieobecna duchem, czułem to. Pewnego dnia zauważyła mnie.
-Nie wyglądałeś chyba najlepiej? Byłeś bezdomny.
-Tak. Miałem długą brodę. Nie do twarzy mi z brodą ale przynajmniej zawsze byłem czysty, umyty i w świeżej koszuli. Myłem się pod natryskami dla plażowiczów, prałem w nocy pod kranem na zapleczu „Cetacei”. Mydło ukradłem z drogerii. Zauważyła mnie, w każdym razie i od tego czasu polecała kelnerowi aby przynosił mi to, czego nie zjadała. Miałem dzięki niej solidne śniadania za darmo. Ośmieliłem się wreszcie do niej podejść kiedy przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że powinienem jej chociaż podziękować. Poczekałem aż wyszła z restauracji i podszedłem. Była zdziwiona. Przez kilka sekund, które zdawały się być wiecznością, staliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku, nie dlatego, że wstydziłem się, czy bałem, ale dlatego, że nie miałem zielonego pojęcia, co tak właściwie powinienem powiedzieć. Myślałem nad zwykłym „dziękuję”, ale kiedy otworzyłem usta, wydobył się z nich ciąg wyrazów. Nie wiem czy właśnie te słowa chciałem wypowiedzieć, ale jakoś tak wyszło. Zapytałem: Dlaczego Cetacea? Czemu zawdzięczam Pani szczodrość? Pani nie czuje się tutaj dobrze. Widzę, że chciałaby Pani uciec gdzieś daleko, może na północ?
-Dość dziwne słowa jak na bezdomnego, którego karmiło się przez kilka dni.
-Tak, to prawda. Sam nie mogę uwierzyć, że tak zacząłem, ale już piłka była w grze, nie mogłem się wycofać, wymigać od rozmowy.
-Co ona na to?
-Ha ha, nie uwierzysz! Uśmiechnęła się i powiedziała, że zgadłem. Wiesz czemu Cetacea? Walenie to grupa ssaków, do której należą wszystkie wieloryby. Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka, była, jak się okazało, plaża o tej nazwie. Prawdopodobnie stąd nazwa lokalu. Mnie jednak bardziej przyciągnęło to, co dzieje się na tej plaży.- rzekła moja żywicielka zwracając wzrok ku oceanowi.- Co roku ginie tam kilkadziesiąt wielorybów. Nie wiem czy można to nazwać zbiorowymi samobójstwami, nie wiem czy robią to świadomie, ale nawet te z nich, które udało się wciągnąć z powrotem do wody i odholować daleko, nawet trzysta mil od brzegu, wracają. Kończą żywot na złotym piasku pośród martwych ciał swoich pobratymców. Po tej opowieści pomyślałem, że pewnie jest jakąś nawiedzoną cipą z Greenpeace, która w wolnych chwilach bazgrze zieloną farbą po ogrodzeniach elektrowni albo wydziera się przez megafon z łodzi pontonowej, kiedy do portu wpływa nieszczelny tankowiec.
-Te są straszne.
-Tak, ale szczęśliwie okazało się, iż byłem w błędzie. Interesuje się Pani wielorybami?- zapytałem próbując ukryć drwinę w tonie. Interesuję się ludźmi.- odparła. Jesteśmy wszyscy jak te wieloryby. Płyniemy stadnie naszym stałym szlakiem aż nagle, pewnego razu, postanawiamy zakończyć wędrówkę. Kiedy ktoś nam w tym przeszkodzi, dokładamy wszelkich starań by dopiąć swego, by wypaść na piaszczysty brzeg i dopełnić przeznaczenia. Unlucky Tedd, legenda Evee wracał na plażę pięć razy. Pięć razy wciągano go z powrotem do wody i holowano jak najdalej od brzegu. Za szóstym razem pozwoliliśmy mu umrzeć. Usiedliśmy na „mojej” ławce i opowiedziałem jej swoją historię. Wyjaśniłem, że nie zgadzam się z teorią na temat wielorybów i ludzi. Ja nie jestem wielorybem, nie chcę spokojnie kończyć wśród zwłok bliskich. A co, jeśli nie znajdzie pan tego swojego miejsca w świecie i zabraknie panu sił by dalej szukać?-zapytała. Odparłem, że wówczas usiądę i będę czekał na śmierć. Sam się zapędziłem w kozi róg. Kobieta spojrzała na mnie i lekki uśmiech rozjaśnił na moment jej twarz. Jak wieloryb- powiedziała, po czym wstała z ławki i ruszyła wolnym krokiem w kierunku, z którego zwykle nadjeżdżała ciężarówka z zaopatrzeniem. W porcie szukają ludzi do pracy. Dają pryczę do spania i ciepły posiłek raz dziennie.- rzuciła przez ramię. Więcej jej nie spotkałem.
-No dobrze… Ale co z Elizą?
-Elizę przejechał autobus tego dnia, kiedy uciekłem. Dowiedziałem się o tym dopiero od komiwojażera, który mieszkał w tej samej kamienicy co my z Eli i był akurat przejazdem w Evee. Myślał, że o wszystkim wiedziałem i bardzo długo składał kondolencje. Gadał, że rozumie, że ja musiałem wyjechać aby uciec od wspomnień i inne tego typu bzdury. Miałem trochę wyrzuty sumienia, że Eli leżała w lodowatej kostnicy kiedy ja upijałem się z Erykiem i kurwą. No, ale i tak nie mógłbym jej już wtedy pomóc. Dalszy ciąg znasz. Cyrk Korowód Bob’a White’a rozbił namioty w okolicy, zgłosiłem chęć pracy i dostałem fuchę przy wbijaniu kołków i wznoszeniu rusztowań.
-Chodźmy spać. Już późno.
-Ok. Szkoda, że nie wracają po tych, co zostali. Może to jest właśnie plaża?

Written by olgbor

czerwiec 10, 2009 at 11:01 pm

Napisane w Cetacea/Brzeg, Fikcja

Tradycyjnie- o wszystkim i niczym za razem

z 2 komentarzami

Wylewanie czerwonej farby na białe prześcieradła, klepanie kaskami w łby… tyle że kocie i rozlepianie na billboardach w metrze kiepsko skserowanych plakatów zrobionych w Paincie to chyba nie droga. To znaczy, dla niektórych na pewno jakąś tam drogą to jest ale chyba nie prowadzi ona do celu- do zmiany panujących stosunków społecznych i ekonomicznych na świecie (chyba taki jest cel? Nie wierzę, że chodzi tylko o michę.). Oczywiście, trzeba jakoś dawać wyraz swojemu niezadowoleniu, trzeba pokazywać, że nie jesteśmy wszyscy obecnym porządkiem (burdelem?) usatysfakcjonowani… no ale nie w ten sposób. Nie wydaje mi się by prawdopodobną była wizja, w której miliony ludzi wychodzą na ulice i urządzają globalne przedmieścia Paryża. Niby teraz byłoby im łatwo się zmówić- komórki, „internet w każdym domu”, te sprawy, ale więzi międzyludzkie za słabe i egoizm zbyt silny. Trudno zresztą wymagać od kogokolwiek by poświęcał się „dla dobra ogółu” skoro większość z nas, ja również, nie ma czasem wystarczająco dużo jaj by poświęcić się dla samego siebie. Różnoracy naukowcy, tak z prawa jak i z lewa, snują podparte rzekomo wynikami badań, teorie na temat współczesnego człowieka i jego przyszłości. Piszą na ten temat bardzo grube, bardzo nudne książki, których cały nakład wykupują biblioteki. Historia pokazuje, że nigdy się te wszystkie prognozy nie sprawdzają… no, czasem się okazuje, że ktoś coś przewidział ale zwykle jest już po ptakach a ony ktoś leży dawno w piachu nie będąc za życia docenionym, wysłuchanym, dopuszczonym do głosu przed szerszym audytorium. Rodzi się, przede wszystkim, pytanie, kto niby ma na te ulice wyjść? Ziomy wąsatego faceta, który rozmontował McDonalda, naiwne Róże Luksemburg wierzące w rewolucję, mniejszości etniczne i religijne, czy może radykalne infanty święcie przekonane, że ludzki gatunek stworzony jest do życia , w którym jedynym wyznacznikiem wolności jest wolność drugiego człowieka (tak się składa, że najczęściej ci sami mają w dupie wolność innych ludzi i nade wszystko przedkładają jednak własną)? Mogłaby wybuchnąć oczywiście jakaś rewolucja, w której każdy walczyłby o obalenie stanu bieżącego ramię w ramię ze swymi światopoglądowymi i politycznymi przeciwnikami, mając na celu późniejsze wydymanie tych ostatnich i narzucenie im swojej woli. Mogłaby… ale chyba już nie jesteśmy aż tak głupi by powielić błędy przykładowo rewolucji irańskiej. Wiem! Tak, wiem- to nie jest w porządku, że jakieś 98% ludzkości jest uzależnione finansowo od 2%, które trzyma w swych rękach poważny kapitał, zwłaszcza że ów rzadko kiedy zdobyty został uczciwe, ale wystarczy popatrzeć na wydarzenia ostatniego półrocza- oni już się sypią… już nie długo. Jak na razie, stracili zaufanie, może, z biegiem czasu utracą też wpływy. Mówi się, że kapitalizm zeżarł własny ogon… no… prawda- myśląc, że jeszcze trochę tego ogona zostało, ugryzł się niechcący w dupę- zabolało i mamy „światowy kryzys gospodarczy”. Czasem myślę, że najbliżsi wyjściu na ulice są pracownicy właśnie korporacji, które do obecnej sytuacji doprowadziły. Jestem przeciwny wszelkiego rodzaju programom antykryzysowym organizowanym naprędce przez rządy. Rozumiem, że chodzi o utrzymanie ładu społecznego, chociaż, jak powiedzieliśmy sobie wcześniej, raczej nic wielkiego i tak nam nie grozi, ale dając pieniądze tym, jak określił ich kiedyś w felietonie Maciej Nowak, „tatuśkom” tylko pogarszają sytuację. Winowajcy całego zamieszania bowiem pozostają w świetnych humorach, wiedząc, że nawet jak coś spierdolą to państwo (szeroko pojęte) i tak nareperuje. Trzeba coś z tym zrobić, naturalnie, ale tym czymś na pewno nie jest wydzieranie mordy przez megafon pod ministerstwem. Może wystarczy poczekać? Pewne złe „autorytety” topnieją… i żadne zapomogi finansowe ich nie uratują.

Written by olgbor

maj 26, 2009 at 11:02 pm