Moi dwaj najlepsi kumple
Moi dwaj najlepsi kumple, Rozenkranc i Gildenstern, lubią sobie wypić. Ja też lubię. Często się spotykamy niby to „żeby pogadać”, a tak naprawdę wiemy wszyscy, że chodzi o piweczka, wódeczki, likierki- butelki, szklaneczki, kieliszki i miło spędzone chwileczki, podczas których moglibyśmy milczeć, ale gadamy- bo jak się rozmawia to się wolniej pije i flaszeczka starcza na dłużej. Rozmawiamy o sprawach poważnych- zwykle o życiu, śmierci i imprezkach, na które chodzimy żeby sobie popić przy głośnej muzyce- nie trzeba wtedy za dużo rozmawiać ale napoje są znacznie droższe niż w sklepiczku naszym osiedlowym, dlatego starczają na jeszcze dłużej. Rozenkranc mówi zawsze, że poeci to pedały a Gildenstern, jak usłyszy to po kilku głębszych, zaczyna płakać- bo pisze jakieś wiersze „do szuflady” i liczy ciągle, że go za to będziemy podziwiać. No ale jak my go mamy podziwiać, skoro nie daje nam nic przeczytać? Rozenkranc przeprasza i polewa Gildensternowi. Ja też przepraszam- ich obu- polewam sobie i chętnie polałbym też Shakespeare-owi.. ale akurat on z nami nie pije… bo nie żyje.
II część “większej całości”
II
Lánchíd robi wrażenie nawet zimą. Kamienne lwy przykryte śnieżnymi czapami zdają się być jeszcze bardziej złowrogie niż normalnie. Na środku mostu stała kobieta w czerwonym wełnianym płaszczu. Na głowie miała zawiązaną ozdobną chustę. W prawej dłoni mocno ściskała ucho dużej, czarnej torby, lewą paliła papierosa przez długą drewnianą fifkę. Podszedł do niej mężczyzna atletycznej postury, ubrany w gruby sweter z golfem i ocieplaną marynarkę. Kobieta wręczyła mu bez słowa torbę, po czym oboje oddalili się w przeciwnych kierunkach- on do Budy, ona do Pestu. Kiedy przechodziła przez plac Roosevelta, usłyszała nagle znajomy głos.
-Lilly? Lilly James?!- Wykrzyknął ze zdziwieniem rosły chłopak w dużej puchowej kurtce i wysokich, rozsznurowanych Timberlandach. Jego mina wskazywała, że był mile zaskoczony spotkaniem. Mimo pochmurnej pogody miał na nosie duże lotnicze lustrzanki.
-Myślałem, że siedzi pani w Paryżu.
-Cześć Gyula! Właściwie to siedzę. Przyleciałam tu tylko na jeden dzień, załatwić pewną sprawę.- odparła kobieta w czerwonym płaszczu.
-Jadę jutro do Włoch. Dzwonił pan O’Hare. Mówił, że pani też tam będzie.
-Będę. Przyjadę jak tylko skończę operetkę.
-Tak się cieszę, że będę mógł z panią pracować. To duży zaszczyt.
-Jak zawsze jesteś przesadnie miły, Gyula. Mam nadzieję, że we Włoszech wszystko pójdzie zgodnie z planem. Pan Hamilton już się denerwował. Timothy O’Hare zwiedza Europę na jego koszt od roku i dopiero teraz znalazł właściwe miejsce na realizację tego, delikatnie mówiąc, ekscentrycznego projektu.
-Pisałem kilkakrotnie do pana Hamiltona. Tutaj, na Węgrzech jest sporo takich miejsc, zwłaszcza na południowym wschodzie, przy granicy rumuńskiej. Odpisał tylko raz. Ufa bezgranicznie temu O’Hare.
-Słuchaj, Gyula, trochę się spieszę. Za dwie godziny mam samolot do Francji. Porozmawiamy na miejscu.
-Do zobaczenia! To duży zaszczyt z panią pracować!
Nadjechał żółty, skrzypiący tramwaj turystycznej linii kursującej wzdłuż Dunaju między mostami Elżbiety i Małgorzaty. Lilly James wsiadła do pierwszego wagonu i odjechała w kierunku hotelu Mariott.
Gyula stał jeszcze przez chwilę patrząc za oddalającym się pojazdem. Gdy tramwaj zniknął za hotelem Intercontinental, wyjął z kieszeni telefon i napisał esemesa. Raz jeszcze rzucił okiem w kierunku, w którym odjechała panna James, po czym dobył z kurtki srebrną paczkę Davidoff-ów Neon , zapalił i ruszył na północ- w stronę parlamentu.
II ½
Człowiek w swetrze z golfem i ocieplanej marynarce wszedł w malutką uliczkę, nieopodal zachodniego końca mostu Łańcuchowego. Bruk pokryty był śniegiem wymieszanym z różnymi odpadkami spożywczymi i petami. W powietrzu wisiał ciężki zapach sosu sojowego. Drzwi od zaplecza baru orientalnego były otwarte na oścież. Stał w nich niski grubasek w przymałym, poplamionym t-shircie, krótkich ortalionowych spodenkach i klapkach założonych na białe skarpetki. Palił papierosa bez filtra.
-Jeśli w tej torbie jest to, co myślę, to proszę wrzucić ją do bagażnika tego niebieskiego Renault zaparkowanego od frontu.- powiedział i rzucił człowiekowi w golfie kluczyki. Zaciągnął się po raz ostatni, petem pstryknął w kierunku kontenera na śmieci i pospiesznie zatrzasnął za sobą drzwi od zaplecza.
Mężczyzna obszedł budynek, w którym mieścił się bar. Rzeczywiście, od frontu stało zaparkowane niebieskie Renault Clio I. Otworzył bagażnik, wrzucił do niego torbę i poszedł do baru oddać kluczyki. Położył je na kontuarze. Sprzedawczyni, pomarszczona, stara Azjatka pokiwała przecząco głową. „Proszę zabrać kluczyki. Niech pan wsiądzie do samochodu. W schowku jest kartka z adresem i opisem dojazdu. Proszę tam pojechać i zostawić auto w widocznym miejscu. Kluczyki niech pan zatrzaśnie w środku.” Facet wyszedł z baru, lekko już rozdrażniony tą dziwną grą. Wsiadł za kierownicę Clio i wydobył ze schowka zaklejoną kopertę. W środku był list.
Witam!
Proszę zawieźć przesyłkę na ulicę Francesco Nullo w Krakowie, w Polsce i zostawić wóz w widocznym miejscu z kluczykami zatrzaśniętymi w środku. Gotówka na paliwo jest w książce serwisowej pojazdu, pod okładką. Na dworcu kolejowym Kraków Główny, w kasie biletowej numer 3 czeka na Pana bilet powrotny do Budapesztu wystawiony na nazwisko O’Hare. Przelew za dobrze wykonaną pracę otrzyma Pan z chwilą wejścia do pociągu. Powodzenia!
Z poważaniem
Henry Hamilton
I część większej całości + przedmowa pt. “Bezpłodność”
Miałem napisać opowiadanie. Miałem… Kilka osób mnie pochwaliło za poprzednie. Głupia sytuacja- ktoś cię chwali a ty nie wiesz jak się wykręcić, kiedy pyta o kolejne. Nie masz argumentów. Zdajesz sobie sprawę, że wcale nie byłeś ostatnio niczym konkretnym zajęty- przeglądałeś głupie strony w internecie, godzinami przesiadywałeś na Facebooku, w weekendy się uchlewałeś a potem odsypiałeś przez cały następny dzień. Kilka razy nawet próbowałeś coś spłodzić ale nie szło. Przepity i niewyspany nie potrafiłeś sklecić poprawnego zdania. Nawet jak już miałeś jakiś pomysł to nie umiałeś zwerbalizować myśli. Kiedy zaś pisanie szło łatwo, pieprzyłeś bez pointy. „To tylko pierdolony blog”- myślałeś- „Nic się nie stanie jak nie napiszę. Gdyby mi za to płacili to pewnie byłbym bardziej kreatywny”. Ile razy stawiałeś ostatnią kropkę z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym, nazajutrz czytałeś całość i wkurwiony trzaskałeś laptopem krzycząc „gówno, gówno, gówno”? Dużo, co? Dużo razy. Może stawiałeś sobie zbyt wysokie wymagania? Może wystarczyło wypisać kilka dziwacznych zdań, jedno pod drugim i obwieścić światu, że to poezja- taka nowoczesna, trochę ekscentryczna, coś jak Bukowski. O, coś takiego:
Syreny nie mają serc
Ocean płonie
Zakwitły czerwone maki
Jak zakwitli ci młodzi,
Którzy już nigdy nie wrócą do Łodzi
Może trzeba było postawić samą kropkę? O, taką. Nowoczesny minimalizm. Gdybyś miał znane nazwisko to krytycy przypisaliby twojej kropce cały należny jej bagaż znaczeń. Tylko, że te znaczenia ma każda kropka, niezależnie od tego kto ją stawia. Miałem napisać opowiadanie:
To jest I część większej całości (zawsze tak mówię, jak nie mam pomysłu na zakończenie):
I
-To nie do pomyślenia, że w tej knajpie jedyną jadalną rzeczą jest tagliatelle carbonara. Stołuję się tu od miesiąca i już rzygam kluskami z boczkiem.- Powiedział krzywiąc się z niesmakiem pan O’Hare po czym zwilżył usta wątpliwej jakości chianti.
-Może pójdziemy zjeść gdzie indziej?- Zaproponował chłopiec.
-Nie ma tu gdzie iść. Cała ta dziura składa się z kilku domów, kościoła, speluny dla miejscowych i tego hotelu. Jesteśmy skazani na tagliatelle carbonara… I jeszcze na ten toskański sikacz.- Odpowiedział O’Hare, po czym ponownie zwilżył wargi winem i, znów krzywiąc się, włożył do ust kilka złocistych wstążek z listkiem bazylii.
-To może sprawdzimy spelunę dla miejscowych?- Rzekł chłopiec nalewając sobie lampkę wina.- Tam może być lepsze jedzenie. Można porozmawiać z ludźmi, poznać kogoś.
-Umiesz po włosku?- zapytał z lekkim ironicznym uśmiechem starszy mężczyzna.
-Trochę.
-W takim razie nie musimy nigdzie iść.-Odparł i skinął na wysokiego chudego kelnera, który ospale, jakby od niechcenia poprawił muszkę i ruszył w stronę stolika, przy którym zasiadali rozmówcy.- Powiedz mu po włosku, że chciałbym zjeść sznycel i napić się ciemnego piwa.
Chłopiec opróżnił jednym haustem kieliszek, odchrząknął kilka razy, wstał od stolika i wyszedł naprzeciwko kelnerowi. Stanęli na środku pustej sali i przez dobre dziesięć minut rozmawiali . Kelner wyglądał na rozbawionego czymś, co opowiedział mu młodzieniec. Wyjął z kieszeni długopis i kartkę, na której pospiesznie coś zapisał i wręczył ów świstek młodemu gościowi. Następnie szybkim krokiem oddalił się w kierunku kuchni.
-O czym tak sobie wesoło gawędziliście- spytał pan O’Hare. W jego głosie można było wyczuć rozdrażnienie.
-Kelner ma na imię Fabrizio i pracuje tu od miesiąca. Jest sam, bo na zimę cały personel przenosi się do górskich kurortów, gdzie jest pełno turystów i wysokie napiwki. Pracował wcześniej jako pikolak w Metropole Suisse w Como ale go wylali bo nie zna angielskiego ani niemieckiego. Pytał co robimy w środkowych Włoszech w styczniu, kiedy powinniśmy jeździć na nartach, jak wszyscy cudzoziemcy. Myślał, że tagliatelle panu smakuje. Na sznycel będzie trzeba poczekać kilka godzin, aż rozmrozi się mięso. Z piw mają tylko Peroni. Dał mi kartkę z adresem lokalnego burdelu i imieniem dziewczyny, którą poleca… O, proszę… Francesca. Radził iść do niej późnym popołudniem bo wieczorem będzie tam pełno pijanych miejscowych.
-Powiedziałeś mu po co tu przyjechaliśmy?
-Powiedziałem, że… służbowo.- rzekł chłopiec i uśmiechnął się obnażając garnitur krzywych, żółtawych od kawy i papierosów bez filtra, zębów.
Po kilku minutach kelner znów się zjawił, poprawił muszkę i podszedłszy niepewnym krokiem do stolika wyrecytował po angielsku, najwyraźniej wyuczoną na pamięć formułkę: „Panie O’Hare, telefon do pana. Dzwoni signore Hamilton. Połączenie międzynarodowe na pański koszt.” Mężczyzna wstał i ruszył szybkim krokiem w kierunku recepcji.
Głos w słuchawce: Witaj, Timothy.
Timothy O’Hare: Cześć Henry.
Henry Hamilton: Jak idą poszukiwania? Czy znalazłeś już właściwe miejsce? Od roku siedzisz w Europie na mój koszt! Od trzech miesięcy siedzisz we Włoszech! Od miesiąca tkwisz w tej zapyziałej dziurze! Jak tak dalej pójdzie…
Timothy O’Hare: Spokojnie, Henry…
Henry Hamilton: Nie przerywaj mi! Jak tak dalej pójdzie to nici z całego planu!
Timothy O’Hare: Już znalazłem. Miałem do ciebie dzwonić zaraz po obiedzie, który, nawiasem mówiąc, mi przerwałeś.
Henry Hamilton: Będę tam za trzy dni. Panna James przyjedzie jak tylko skończy pracę przy operetce w Paryżu, czyli najpóźniej pod koniec przyszłego tygodnia. Ekipa ze sprzętem powinna dotrzeć w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Zarezerwuj wszystkim pokoje w hotelu. Jak się sprawuje nowy asystent?
Timothy O’Hare: Właśnie odkryłem, że umie po włosku. Przyda się. Dziewczyna z Serbii była do bani. Nie miała siły nosić za mną aparatury i stale marudziła. Odprawiłem ją tydzień temu. Dałem jej czterysta dolarów na powrót do domu i jeszcze dwieście za dyskrecję.
Henry Hamilton: Dobrze. Przygotuj wszystko.
Timothy O’Hare: Wszystko będzie gotowe, bez obaw.
W pewnym lokalu na M przy ulicy na N w mieście na W, w kraju na P, lub każdym innym. W sumie to możecie sobie sami podstawić literki. W sumie to tytuł stanowi prawie połowę całości.
Siedzimy przy stole naprzeciwko siebie. Ona trzyma rewolwer, ja trzymam folder reklamowy Castoramy. Ona we mnie celuje, ja zasłaniam twarz kolorową broszurą i próbuję nauczyć się na pamięć cen oraz opisów wszystkich dostępnych wiertarek, wycinarek, odkurzaczy do liści, kafelków, tynków, sylikonów, umywalek, kabin prysznicowych. Ona krzyczy, że zrujnowałem jej życie, ja milczę i myślę o materiałach budowlanych, próbuję policzyć ile kosztowałoby wyłożenie mojej łazienki płytkami w kolorze Morza Śródziemnego. Co to w ogóle za kolor? Po co właściwie przeglądam ten katalog? Przecież szczytem moich możliwości jest wymiana baterii w kranie. Rewolwer wypala. Rozpędzony kawałek ołowiu trafia mnie w tchawicę. Jest dużo krwi. Fotel rattanowy- 120,99 zł.
Herbata
Wczesna jesień. Na drzewach jeszcze trzymają się liście, jeszcze niektóre zielone. Wilgoć w powietrzu, mokry bruk uliczny. Siedzimy w knajpie pełnej nieznajomych, wokół zapach wilgotnej wełny merino przesiąkniętej dymem papierosowym. Pod swetrem mam koszulę i krawat bo chciałbym wyglądać elegancko, jak jakiś intelektualista z europejskiego kraju. Rozmawiamy ściszonym głosem. Momentami się przez to nie słyszymy, ale nie mamy siły głośniej. Kiedyś krzyczałem. Nie panowałem nad tym, miałem donośny głos i duszę nieznoszącą kompromisów, gorącą krew. Przyjaciele mówili żebym się uspokoił, kiedy ja tylko artykułowałem myśli, myśli napływające do głowy wysokimi jak wieżowce falami; myśli, które potrzebowały natychmiastowego ujścia bo w przeciwnym wypadku mogłyby być niebezpieczne, przede wszystkim dla mnie. Sporo się zmieniło. Nie mam już tamtych przyjaciół, zrozumiałem, że nie mam też duszy. Coś mnie przytłumiło. Nie nazwę tego stanu wyciszeniem. Jakaś cząstka nadal wrzeszczy ale nie ma już siły przebicia. Pijemy herbatę. Alkohol szkodzi zdrowiu. Nie tamuje natłoku myśli, gwaru wywołanego setkami głosów mówiących jednocześnie. One mówią a alkohol wykrzykuje losowo wybrane hasła aby zagłuszyć całą resztę. I zagłusza. Ta herbata smakuje akurat jak woda, w której ktoś płukał starą ścierkę. Nic nie szkodzi. Rozmawiamy o polityce z dozą emocji godną prognozy pogody. Rozmawiamy o Bliskim Wschodzie jakby znajdował się w innej galaktyce. Z głośników wydobywa się dyskretnie „Dance with me” Nouvelle Vague. Dyskutujemy o losach świata i rozważamy jaka będzie przyszłość niektórych ludzi, naszych wspólnych znajomych, o których, podejrzewam, niewiele wiemy. Łatwiej mówić o innych niż o sobie. Czasem warto milczeć. Czasem warto nie dopowiedzieć.
-Kiepsko wyglądasz.- mówi F. Zapalając papierosa.- Masz problemy ze snem?
-Nie wiem czy można mówić o problemach ze snem skoro w ogóle nie sypiam.- odpowiadam i bezmyślnie sięgam do wygniecionej paczki po Davidoffa, właściwie tylko dlatego, że on zapalił.
-No to masz problemy ze snem.
-Miałbym, gdybym przewracał się godzinami z boku na bok próbując zasnąć. Ja się już nawet nie kładę bo wiem, że to bez sensu.- wypowiadam to zdanie bez cienia emocji, bez znaków interpunkcyjnych, bez ozdobników w czcionce.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.- Odpowiadam szczerze, jest mi naprawdę wszystko jedno. Kiedy piję, wiem, że to ułuda. Zdaję sobie sprawę, że wódka tylko znieczula, nie leczy. Zapijanie smutków daje mylne wrażenie, że dokonaliśmy jakiegoś oczyszczenia, jakiegoś Katharsis, aktu mistycznego niemalże, z pogranicza świata materii i tego drugiego świata, który tak naprawdę nie istnieje. Kiedy byłem trochę młodszy, kilka lat temu, w okresie największego buntu przeciwko wszystkiemu, przeciwko właściwie nie wiadomo czemu, miałem marzenie by obudzić się pewnego dnia i nie czuć nic. Chciałem wyeliminować z mojego życia uczucia, trochę jak w „Equilibrium” tylko bez zastrzyków. Później już do tego nie dążyłem ale częściowo się udało. Szkoda, że na etapie, na którym już wolałem czuć.
Uśmiecham się. Uśmiecham się najpromienniej jak umiem.
„Za lepsze jutro!”- wznoszę toast i wlewam do gardła czterdzieści mililitrów lodowatego Absoluta.
Zachodzące słońce rzuca ciepłe, żółte promienie na korę starego dębu. Żyto kołysze się na wietrze. Sylvain Chauveau przygrywa na fortepianie. Jadę na rowerze nieutwardzoną drogą. Pedałuję ile sił. Czuję wolność. Czuję zimne powietrze smagające twarz, powodujące, że palce na kierownicy drętwieją. Equilibrium nie istnieje.
Istnieją wyłącznie uczucia i zmysły. Orgia bodźców. Mógłby ją w pełni opisać chyba tylko Tomasz Mann. To nie przez wódkę. Już jesteśmy gdzie indziej, w innym wymiarze. Już jesteśmy daleko.
-Ta A.- zaczyna F.- to mnie prześladuje przez całe życie.
-Przez całe?- pytam z pozowanym niedowierzaniem, udaję, że mnie to obchodzi.
-Całe. Zaczęło się w przedszkolu. Nie znałem jej wtedy ale kiedyś w rozmowie wyszło, ze chodziliśmy do tego samego przedszkola w tym samym czasie. Potem była podstawówka. W czwartej klasie do nas doszła. Wtedy ją poznałem. Nie lubiliśmy się. W liceum byliśmy parą przez kilka miesięcy. Wyjechała na studia za granicę, chyba do Belgii. Myślałem, że już po wszystkim. Nagle, niż stąd, ni z zowąd, na trzecim roku spotkałem ją na terenie kampusu. Prześladuje mnie, cały czas.
-To źle?- nadal chcę podtrzymać pozór uwagi przykładanej do tego, co mówi. Zapalam papierosa. Dookoła gwar. Wszystkie stoliki zajęte, delikatna woń wilgotnej wełny zmienia się w smród stęchlizny.
Ik-ęęęę, ik-ęęęę, ik-ęęęę- miarowe skrzypienie dawno nie smarowanych zębatek w rowerze. To stary rower. Kręcę ile sił. Las na horyzoncie mami ciepłymi jesiennymi kolorami, jakże kontrastującymi z panującym dookoła zimnem. W powietrzu zapach kasztanów, zapach wilgoci i dymu.
-Gdyby dogadali się z Saddamem zamiast napadać na Irak, świat wyglądałby dziś inaczej.-rzuca F.
i poprawia krawat, który założył najprawdopodobniej w tym samym celu co ja.
Już jestem w lesie. Pod kołami szeleszczą opadłe liście. Poza tym szelestem i „ik-ęęęę” jest zupełnie cicho. Jest pusto. Jestem w tym lesie sam ale dobrze mi tu, bardzo dobrze.
-Napijemy się czegoś mocniejszego, czy wolisz siedzieć tak przy herbatce?- F. pyta jakby z nadzieją, że znowu się dzisiaj upijemy.
-Wolę przy herbatce, ale jeśli chcesz, mogę się z tobą napić wódki.
HAŁAS
Po raz kolejny krew mnie zalała podczas czytania prasy. Często tak reaguję czytając różnego rodzaju bzdury, tym bardziej, kiedy te bzdury znajdują się na pierwszych stronach i „krzyczą” do mnie dużymi czarnymi literami z pochyłej półeczki w kiosku. Dzisiaj swój wielki come back ma sprawa in vitro. O tym za chwilę. Najpierw muszę postawić pytania, które nurtują mnie bardzo, a na które odpowiedzi mogą znać niektórzy z Was, ci uważniej niż ja śledzący bieg wydarzeń na polskiej scenie politycznej, posiadający bardziej analityczne niż mój umysły. Jaki numer władza chce nam wyciąć? Jakie niepopularne, być może całkowicie sprzeczne z obietnicami przedwyborczymi działania mają być w najbliższym czasie podjęte, skoro zaszła konieczność ponownego nagłośnienia kwestii in vitro, która, jak wiadomo, jest idealnym „zagłuszaczem” innych tematów- tematów dla przeciętnego zjadacza kajzerek mało interesujących, choć w rzeczywistości w dużo większym stopniu mających wpływ na jego życie. Mam tu na myśli rządowe działania antykryzysowe, politykę fiskalną, zagadnienia związane z prawem pracy. Oczywiście, in vitro wzbudza emocje, podobnie jak homoseksualiści, aborcja, czy poseł Palikot. Emocje jednak są największym wrogiem zdroworozsądkowego myślenia, wrogiem pragmatycznego podejmowania decyzji. Na emocjach warto grać kiedy chcemy odwrócić czyjąś uwagę od problemów wymagających zimnej kalkulacji, która to kalkulacja przeprowadzona przez tę osobę mogłaby ujawnić, iż nasze propozycje nie są dla niej korzystne. Tym bardziej trochę mi wstyd, że tak się wzburzyłem. Niniejszy tekst inspirowany jest w całości artykułami z dzisiejszej (11.09.09) Gazety Wyborczej.
Przejdźmy do in vitro. Wczoraj sejm odrzucił obywatelski projekt zgłoszony przez Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Contra in vitro”, uznający zapłodnienie tą metodą za przestępstwo. Karą miało być do 3 lat pozbawiania wolności. Nieźle! Kodeks Karny za gwałt, jedno z najobrzydliwszych przestępstw, jeden z najpodlejszych czynów, jakiego może dopuścić się człowiek, przewiduje od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Umożliwienie zapłodnienia metodą in vitro miałoby zatem zostać podniesione do niemal tej samej rangi. Osoba dająca bezdzietnym z przyczyn medycznych małżeństwom szansę na pozostawienie potomstwa miałaby być postawiona na równi z gwałcicielem. Absurd. Niejaki Ludwik Skurzak ze wspomnianej organizacji powiedział, że swoje stanowisko Komitet wywodzi z nauczania Kościoła Katolickiego. Pod projektem podpisało się 160 tysięcy obywateli, to o 60 tysięcy więcej niż wymaga prawo aby głosowano nad nim w sejmie. 160 tysięcy stanowi mniej niż 0,5% procenta z 38 milionów obywateli. Powołam się na konstytucję RP. Preambuła mówi, że Narodem Polskim są wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga/ będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna/ jak i nie podzielający tej wiary. Niezależnie od światopoglądu, jako obywatele jesteśmy wszyscy równi. Czy zatem wprowadzanie regulacji prawnych w prostej linii wypływających z nauki organizacji religijnej jest w porządku wobec pozostałych, przypomnijmy, równych, obywateli? Czy zasadnym jest poważne traktowanie protestów wynikających z przekonania, iż ludzkie zarodki są ludźmi i posiadają duszę, podczas gdy istnienie duszy samo w sobie stanowi kwestię dyskusyjną, nie jest aksjomatem? Na szczęście 67% dorosłych Polaków uważa, że metoda in vitro powinna być dopuszczalna a tylko 18% jest jej przeciwne. Na szczęście mniej niż 0.5% Polaków uważa, że swoje katolickie wartości może narzucić siłą pozostałym 99,5%.
Jak sami widzicie, tak naprawdę, nie wydarzyło się nic istotnego. Projekt odrzucono, co potwierdziło tylko opinię demokratycznej większości. Hałasu jednak trochę było. Co się stanie? Czyją uwagę chciano odwrócić tym w istocie mało znaczącym newsem, który zajął pół pierwszej strony najchętniej czytanej gazety codziennej w Polsce?
Bohaterowie
Kiedy powiedziałem jej, że mam raka to nawet się nie rozpłakała. Trochę mnie to wkurwiło, trochę zasmuciło. Człowiek ma umrzeć lada moment a jego najlepsza przyjaciółka nawet nie płacze z tego powodu. Chyba mi nie uwierzyła. Paweł mówi, że ona po prostu nie chce przyjąć tego do wiadomości; ludzie tak mają kiedy otrzymują złe wieści. Jeden facet z Radomia podobno nie przyjął do wiadomości faktu, że jego ukochany pies zdechł. Nadal wyprowadzał go na spacery. Ciągnął trupa po trawniku, mówił do niego, głaskał. Obrzydliwe. W końcu zabrali go do zakładu dla chorych na głowę a psa zutylizowali na wysypisku śmieci. Nie chciałbym być zutylizowany na wysypisku. Chociaż, lepsze to niż stanowienie pożywienia dla podziemnej fauny. W każdym razie, mam niedługo umrzeć a nikt nie chce w to uwierzyć. Mam wrażenie, że nawet Paweł, chociaż ze zrozumieniem kiwał głową kiedy opowiadałem mu, że Zosia nawet się nie rozpłakała. Wyobrażałem sobie własną śmierć setki tysięcy razy, zwłaszcza nim usłyszałem wyrok. Marzyłem o bene moriendi, te sprawy. Chciałem pojechać na jakąś słuszną wojnę i słusznie zginąć, ratując na przykład jakichś cywilów albo kolegów z oddziału. Chciałem jak Winkelried rzucić się na dzidy. Nigdy nie sądziłem, że skończę tak niewidowiskowo. Gdybym zginął w wypadku, Zosia na pewno by płakała. No ale to by był płacz pełen pożałowania. Ja chciałbym żeby płakała z uznaniem. Laski lecą na bohaterów. Gdybym zginął bohatersko, mógłbym pieprzyć każdą. Może przesadzam? Na bank tak jest! Laski kochają martwych bohaterów. Ustawiają sobie ich zdjęcia jako tapety w telefonach komórkowych. Założę się, że w łóżku wyobrażają sobie, że ich partnerzy to martwi bohaterowie i dopiero wtedy osiągają orgazm. A ja mam, kurwa, raka i nikt mi w to nawet nie wierzy.
Monument (dedykowane Horacemu)
-Postawmy jakiś monument, ok?
-Ok
-No to postawmy.
-No to mówię przecież, że „ok”. Postawimy.
-Kiedy?
-A kiedy chcesz?
-Teraz.
-Teraz nie mogę, nic nie widzę.
-To przez ten wiatr.
-Chyba tak, chyba przez wiatr.
-Może jutro?
-Jutro bym chciał ale to niemożliwe.
-Dlaczego? Powiedziałeś, że postawimy monument, że „ok” i zapytałeś kiedy ja bym chciał; no to ci powiedziałem, że teraz a ty, że nie bo nie widzisz, a jeśli teraz nie i jutro nie, to kiedy?
-Nie wiem.
-Dlaczego jutro nie?
-Jutro mnie nie będzie.
-No to może pojutrze?
-Pojutrze też mnie nie będzie.
-To kiedy będziesz?
-Od jutra już nigdy mnie nie będzie.
-Wyjeżdżasz?
-Umieram.
-Aha… Wiatr cichnie, może jeszcze damy radę dzisiaj postawić ten monument, co? Zrozum, że to dla mnie ważne i jak mi nie pomożesz to będę musiał sam wszystko zrobić.
-Rozumiem.
-Nie rozumiesz, bo chcesz jutro umrzeć a nie chcesz mi dzisiaj pomóc.
-Chcę ci pomóc… tylko nic nie widzę. To przez wiatr. Przepraszam.
-W sumie to nie ma sensu stawiać monumentu.
-Przecież to dla ciebie ważne.
-Przecież umierasz.
Dziura/Kartka/Kartka z dziurą
To nie jest dziura, chociaż wygląda jak dziura. Rzeczywiście, wygląda jak zwykła dziura w białej kartce. No, ale jak już powiedziałem, nie jest dziurą- zwykłą dziurą. To wizjer. Kiedy patrzysz przez ten wizjer na świat, masz szansę dostrzec więcej bo sam jesteś niewidzialny; nie czujesz na sobie cudzych spojrzeń- wiesz, że padają na białą kartkę papieru a nie na ciebie. Siadasz sobie z tym kartko-wizjerem na ławce w centrum miasta i obserwujesz ludzi. Na początku może wydać się to głupie. Sam miałem ochotę po paru minutach zgnieść owe magiczne narzędzie i wywalić do śmieci. Całe szczęście, że się powstrzymałem- wiele bym stracił. Skup się. Masz już gotowy wizjer? No to siadaj i patrz. Co widzisz? Z pozoru wszystko wydaje się takie samo, może ciut bardziej rozmazane, nieostre. Nie przejmuj się. Na tym polega life peep show. Zrozum, że właśnie oglądasz świat, w którym nie istniejesz. W ogóle. Nigdy cię nie było i nigdy się nie pojawisz, w żadnej roli, nawet jako statysta. Nikt się przed tobą nie krępuje. Ludzie krępują się przed sobą nawzajem, ale tylko ty to widzisz i możesz dostrzec komizm sytuacji. Faceci dumnie wypinający piersi i wciągający brzuchy na widok kobiet, które też wypinają piersi i lekko wypychają do tyłu pośladki na widok facetów. Robią to bezwiednie, są jak psy Pawłowa. Modne garnitury uwierające na plecach, bo nie było czasu dobrze ich dopasować- w końcu wszyscy znajomi już takie mają i kilka dni zwłoki mogłoby zakończyć się towarzyską agonią z niedoboru stylu. NRD-owskie dresy, way farery i ręcznie malowane obuwie- trzeba się wyróżniać. Szkoda tylko, że w niektórych miejscach wszyscy wyróżniają się w taki sam sposób. Widzisz teraz to wszystko bo nikt nie widzi ciebie. Skończmy jednak z powierzchownością. Liczy się przecież wnętrze, prawda? Wizjer ma to do siebie, że jest za razem czymś na kształt duchowego EKG albo Roentgena. Uśmiech! Jesteście wszyscy w ukrytej kamerze! To lepsze niż reality show bo jest bardziej reality i bardziej show. Zwróć uwagę na gesty i mimikę a potem popatrz im w oczy. Naprawdę szczęśliwych jest mało, może trafi ci się jeden na godzinę przy ładnej pogodzie i dużej ilości wyprzedaży w centrach handlowych. Większość gra szczęśliwych bo nie być szczęśliwym to obciach i oznaka życiowej nieudolności. Nie jesteś szczęśliwy? Przykro mi, nie zasługujesz na to by żyć. Idź się potnij albo, jeśli jesteś masochistą, poczekaj aż bliźni zrobią to za ciebie. Nie mają wprawy, więc będziesz się naprawdę długo wykrwawiać. Oni wszyscy o tym wiedzą ale mają w sobie niesamowitą wręcz wolę życia, dlatego jeśli nie są szczęśliwi, są gotowi oddać wszystko, by pozostali sądzili, iż jest odwrotnie. O czym ja mówię? Przecież ciebie kategorie szczęścia i nieszczęścia nie dotyczą- nie istniejesz!
Musimy się dobrze przygotować. Żyjemy w dobie lotów kosmicznych, u progu ery podboju kosmosu. Trzeba zgłosić w NASA projekt Kosmicznego Mega Wizjera. Oni tam nie są głupi, na pewno się na tym poznają. Pewnego dnia, mocą wszystkich zakładów papierniczych na Ziemi, kosztem wszystkich drzew, których niewiele swoją drogą zostało, powstanie największa kartka w historii wszechświata. Zakryje całą planetę. Specjalnie wykształceni w tym kierunku fachowcy wytną w niej dziurę… to znaczy Kosmiczny Mega Wizjer. Kiedy cała ludzkość spojrzy przez tę dziurę… to znaczy wizjer…