Dycha
Nie chciałem od niego zbyt wiele. Chciałem tylko aby był jak inni ojcowie- żebym nie musiał się go wstydzić. Nic w tym kierunku nie zrobił. Później dorosłem i już mi było wszystko jedno. Tyle tylko, że nie mogłem przyjmować gości w domu- żeby nie poznali otyłej kreatury w za ciasnym t-shircie i bokserkach, wylegującej się na wytartej kanapie. To mi tak bardzo nie przeszkadzało ale trochę głupio nie zaprosić znajomych, u których bywa się dość często. Jeszcze jako mały dzieciak poprzysiągłem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Unikałem telewizji, prysznic brałem po trzy razy na dobę. Tak mi zostało. Czy on miał wobec mnie jakieś oczekiwania? Nie wiem. Nigdy mi nic nie mówił. Ja jemu też, chociaż, o ile dobrze pamiętam, raz czy dwa próbowałem… ale nie wyszło… nie zrozumiał. Gdy miałem jedenaście lat, na wyraźny wniosek mojej mamy, wyznaczył mi tygodniówkę- 10 zł. Miałem dostawać dychę co poniedziałek. Dwa razy nawet dał a potem już „zapominał”.
Rodzice się rozwiedli. Poszło im szybko. Gdy mama chciała mi w kłótni dosrać, mówiła: „Jesteś jak twój ojciec.” Początkowo strasznie mnie to wkurzało. Z czasem i to stało się obojętne.
Zawsze ceniłem bardziej przyjaźń niż miłość. W miłość, szczerze powiedziawszy, nigdy nie wierzyłem, podobnie jak w Boga, czy bezkrwawe operacje, w których Filipińczyk wyciąga gołą dłonią nowotwory z ludzkich ciał. Przyjaciół miałem kilku. Zwykle, po paru latach, okazywało się, że nie byli wcale moimi przyjaciółmi. A ja nie chciałem od nich przecież zbyt wiele. Chciałem tylko by byli jak inni przyjaciele. Jak przyjaciele innych ludzi- tacy, co to ich się poznaje w biedzie. Nie wiem czego oni oczekiwali ode mnie. Nigdy nie zapytałem.
Pewnego dnia wszyscy oni odeszli. A chciałem przecież tylko, żaby zostali. Może zbyt często zapominałem o wypłaceniu im dychy?
A to tylko gongi
Jedzie sobie metrem. Ania. W ogólniaku była jedną z najlepszych uczennic. Całe grono pedagogiczne ją uwielbiało. Miała same 5 i 6 zarówno z przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych. Teraz jest na trzecim roku etnologii ale chwilowo ma wakacje. Pracuje w bufecie, w jednym z biurowców nieopodal stacji Politechnika. Myślę, że wraca z roboty- ma lekko zmęczone spojrzenie, blond włosy spięte w kok, niebieską bluzkę i czarną spódnicę w białe kwieciste wzory. Jeszcze kilka lat temu, w szkole, nie miała zbytniego powodzenia. Nie żeby była brzydka, przeciwnie, ma bardzo wyrafinowany typ urody, na którym po prostu gówniarze nie potrafili się poznać. Teraz to co innego. Naprawdę wielu facetów by ją chciało, ale Ania zna swoją wartość ; szuka dojrzałego partnera, powiedzmy po trzydziestce, z dobrze płatną pracą, odpowiedzialnego, który mógłby się nią zaopiekować. Póki co, mieszka z rodzicami i młodszym o jakieś osiem lat bratem na kabatach w dwupoziomowym mieszkaniu z klimatyzacją i ścianami w pastelowych kolorach.
Właśnie skończył się jej okres buntu przeciwko gatunkowi męskiemu, który trwał od rozstania z Kubą- kapitanem amatorskiej drużyny piłkarskiej, półgłówkiem. Byli razem od drugiej klasy liceum aż do drugiego roku studiów. Dwa-Dwa. 2+2=4 lub, jak wolała Ania, 2-2=0. W każdym razie już jej minął bunt- okres kiedy dwudziesto- dwudziestojednoletnie dziewczyny, zwłaszcza w kręgów intelektualno-alternatywnych, wpadają w towarzystwo zakompleksionych krów i niepotrafiących zaakceptować siebie, wytatuowanych lesbijek z kolczykami w wargach, które usilnie starają się im wpoić pogląd jakoby życie na Ziemi miało przyszłość wyłącznie po anihilacji mężczyzn będących źródłem wszelkiego zła i cierpienia. Teraz Ania znów odzyskuje wiarę w samców bo kilka dni temu poznała niepoprawnie przystojnego Włocha. Giovanni prowadził warsztaty z gry na gongach tybetańskich, na które dziewczyna poszła przez zwykłą ciekawość. Po zajęciach zaprosił ją na kawę do Cavy, opowiedział całą historię jak to zainteresował się gongami będąc na wakacjach w Himalajach cztery lata temu i jakie problemy miał ze sprowadzeniem instrumentów do Mediolanu, gdzie mieszka ze współlokatorem- jakimś młodym architektem. Anię urzekło, że w ogóle się do niej nie podwalał, mimo, iż widać było w jego oczach blask podniecenia. U ulicznej handlarki kupił jej ogromy bukiet róż i wręczył go razem z kartką ze swoim adresem e-mail mówiąc, że gdyby chciała kiedyś wpaść do Mediolanu to on zaprasza a architekt na pewno nie będzie miał nic przeciwko bo zwykle jest w pracy albo pali jointy w swoim pokoju i ogląda Friendsów na DVD.
Ania trzyma w ręku kubek z Coffee Heaven i czyta książkę, sądząc po barwie papieru, z antykwariatu albo BUW-u. Ma piękne niebieskie oczy i nie wie, że od kilkunastu minut na nią patrzę, niby to czytając reklamę aparatów słuchowych umieszczoną pod sufitem wagonu.
Wysiada na stacji Kabaty. Lekko spowolnionym przez zmęczenie, lecz nadal sprężystym krokiem rusza w kierunku domu. Spotyka po drodze Kubę. Chłopak ma na sobie krótkie spodnie w hawajskie wzorki, koszulkę głoszącą, że oprócz gry w piłkę tez nieźle surfuje i buty DC. Niesie siatkę z trzema Heinekenami i żelkami Haribo. Przez chwile rozmawiają. Kuba pyta ją czy wpadnie na imprezę do Piotrka- ich wspólnego znajomego. Ona odpowiada, że się zastanowi.
W sobotę wieczorem, u Piotrka wypili trochę i wypalili kilka blantów. Kuba pyta Anię, czy nie chciałaby do niego wrócić. Mówi jej, że tęskni. No i ona się zgadza, przed racjonalną stroną swego umysłu tłumacząc tę decyzję jako nową szansę dla Kuby, jako oczekiwanie, że się zmienił, zmądrzał, dojrzał. Giovanniemu nie napisze maila.
Po dwóch dniach już się pieprzą. Ania tak wrzeszczy szczytując, że sąsiedzi Kuby wzywają policję myśląc, że za ścianą dokonuje się jakaś ohydna zbrodnia…. a to tylko gongi… tybetańskie w dodatku.
Droga C.,
Zapytasz, co spowodowało, że nie zadzwoniłem. Sam nie wiem. Może strach? Strach przed nowymi zobowiązaniami, przed czymś, co jak sobie uroiłem, ograniczy moją wolność. Mam na myśli „wolność” w znaczeniu bardziej hedonistycznym niż tym wzniosłym, rodem z dokumentów ONZ. I tak z niej za bardzo nie korzystam. Czasem wychodzę na noc- upić się. Nie zadzwoniłem też z innego powodu. Miałem sen. Śniła mi się A. Sądząc po scenerii, to musiało być jedno z naszych pierwszych spotkań, kiedy już coś zaczynało „iskrzyć”. Siedzieliśmy w kawiarni popijając lurę zwaną latte i jakiś wewnętrzny głos, gdzieś głęboko w głowie, wyszeptał mi „Wiesz przecież jak to się skończy. Znasz przyszłość. Co zrobisz?”. Nie miałem wątpliwości- wstałem i bez słowa wyszedłem. Następnego dnia, na jawie, spotkałem jej najlepszą przyjaciółkę. Nie widziałem jej od ponad roku. To musiał być znak. Znak, żeby nie dzwonić, jeśli nie chcę się uwikłać po raz kolejny w to samo. Oczywiście, Z nie jest taka jak A. Mogłoby być, zatem, inaczej. Gdyby chodziło o telefon do Ciebie, bez namysłu chwyciłbym za słuchawkę. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma… choć dziś to już chyba bez znaczenia. W każdym razie, do niej nie zadzwoniłem i raczej tego nie zrobię, przynajmniej przez najbliższe kilkanaście kwartałów… albo lat.
Dawno nie rozmawialiśmy o niczym na poważnie. Wiem, mogłem sam zacząć taką rozmowę ale nie chciałem obarczać Cię tego typu ciężarem. Czy Ty mnie również? A może nie mamy o czym rozmawiać? Sam już nie wiem.
Od tygodnia piję. Nic szczególnego się nie wydarzyło- tak po prostu wyszło. Co rano, na kacu, myślałem nad napisaniem listu do Ciebie i, jak widać, w końcu przechodzę do czynu.
Dawniej, ludzie pisali listy znacznie częściej. Wiem, wiem, nie mieli telefonów, internetu ani walkie-talkie. Technologia rozleniwia. Sam nie pamiętam kiedy ostatni raz napisałem list na papierze i umieściwszy go w kopercie, przykleiwszy znaczek, wrzuciłem do skrzynki. To musiało być jakoś dawno temu.
Wiesz, my- faceci- mamy chyba wszyscy coś na kształt syndromu sztokholmskiego, jeśli chodzi o relacje kobietami. Wiesz co to? To taki stan psychiczny występujący u ofiar, najczęściej u zakładników. Po pewnym czasie zaczynają sympatyzować ze swoimi oprawcami, z porywaczami, aż w końcu przechodzą na ich stronę; niekiedy nawet bronią się przed ludźmi, którzy mają im pomóc. Zachowujemy się tak zwykle na początku- „im trudniej, tym lepiej”. Kobiety też to mają, nawet częściej, ale w innym kształcie i na innym etapie relacji. Pamiętasz, ile razy rozmawialiśmy o parach, w których bita dziewczyna przez lata broni swojego „misia” bo „kocha go”? Nigdy nam się to nie mieściło w głowach. Teraz już wszystko jasne! Syndrom sztokholmski. Zmierzam właściwie do kolejnego argumentu przeciwko zatelefonowaniu do Z. Byłoby zbyt łatwo. Po prostu. Wiem, że mnie rozumiesz i znasz doskonale ten mechanizm.
Wkrótce napiszę do Ciebie znowu.
Fala
Lekko przegniły pomost cicho skrzypiał pod stopami podczas gdy dwa, zdałoby się bezkresne, błękity- niebo i ocean- tworząc coś w rodzaju jednolitej materii, delikatnie napierały na wilgotną od potu, spaloną słońcem twarz. Naszło mnie wówczas bardziej przeczucie niż myśl, że nie mógłbym istnieć bez tej chwili, a skoro tak- ona nie mogłaby istnieć beze mnie. Widziałem kiedyś pewną ilustrację. Dwoje ludzi stało na kuli ziemskiej, jakby na ogromnej piłce. Nie pamiętam już czego tyczył się ów obrazek ale jego przesłanie można łatwo odgadnąć- para miała świat u stóp… ale tylko w tej jednej chwili. Kompletna bzdura. Czy ta planeta jest rzeczywiście całym światem? Byli zakochani. Gdy człowiek jest zakochany, potrafi uwierzyć w różne rzeczy. Później, pewnego dnia, jego świat zderza się ze światem rzeczywistym niczym mucha z przednią szybą ciężarówki. Jeszcze później, innego dnia, zakochuje się od nowa i powtarza te same błędy, słucha tych samych bajek, wierzy w nie. Wierzy w „świat u stóp”- nawet w chwilowy.
Światło słoneczne załamywało się na wodzie, najbardziej na spienionych pióropuszach fal. Ktoś zawołał „jagodzianki świeże!” ale na plaży nie było nikogo. Kiedy okrzyk powtórzył się trzykrotnie, zrozumiałem, że to tylko moje wspomnienia. Wspomnienia z dzieciństwa… Na plażach było prawie pusto- nawet w wakacje, a ludzie kopali swoje grajdołki, ustawiali swoje parawany z logotypem FWP, w taki sposób, by nie przeszkadzać innym.
Plaża, z której wchodziło się na pomost była mniej więcej tak pusta jak ta ze wspomnień… ale była we Francji, w okolicach miejscowości Royan… i był październik. Fale rozbijały się o brzeg a każda z nich przynosiła nową, nie zbyt przyjemna refleksję.
Czy lepiej w ogóle nie udzielić pomocy tonącemu, czy udzielić, nawet ze świadomością, że w naszej łodzi nie ma dla niego miejsca i będzie musiał za chwilę wrócić do lodowatej, śmierdzącej ropą naftową i sklepem rybnym wody? Dobre pytanie! Ja bym chyba powiedział „Na pokład nie wejdziesz, ale możesz złapać się burty, oczywiście pod warunkiem, że nie spowolnisz tym mojej łodzi. Jeżeli przez ciebie będziemy płynąć wolniej- zostajesz.” Kompromis. Rozbitek i tak nie utrzymałby się do samego brzegu. Po kilku minutach jego ręce odmówiłyby posłuszeństwa. Splash! Po angielsku odgłos rozbryzgującej się wody brzmi lepiej niż polski, tradycyjny „plusk”. Taki „splash” dobiegłby mych uszu, po czym straciłbym tonącego z pola widzenia. Moralnie byłbym jednak w porządku.
Zszedłem z pomostu. Ostatnia myśl wywołała przerażającą wizję, w której poślizgnąłem się na mokrej desce, wpadłem do wody uderzając przy tym potylicą w krawędź keji i nieprzytomny utonąłem, podczas gdy jakiś dupek przepływał obok łódką ale mi nie pomógł bo „nie miał już miejsc”.
Nigdy nie miałem na tyle „jaj” aby uczynić komuś kurestwo patrząc prosto w oczy. Zawsze potrzebowałem jakiegoś uzasadnienia, oczyszczenia z winy. Dla samego siebie. Tłumacząc się, że też zasługuję na choćby sekundę ze „światem u stóp”. Kiedyś, w przyszłości, pewnego dnia, innego dnia.
Spacer
Tamtego ranka nie miałem kaca. Cały byłem kacem- bolesnym, natrętnym, rozlazłym i leniwym. Aura niespecjalnie sprzyjała jakiejkolwiek aktywności- deszcz, wiatr… i w ogóle. Mimo to wstałem o dziewiątej, wypiłem mocną kawę i poszedłem na spacer. Właściwie to chciałem czegoś poszukać. Niekoniecznie odnaleźć. Szukanie jest lepsze niż znajdowanie bo jak już człowiek coś znajdzie to nie ma czego szukać. Kupiłem sobie paczkę papierosów po drodze. Nie miałem ochoty palić ale przyzwyczajenia często biorą górę nad logiką, ta z kolei, by nie być gorszą, odgrywa się po kilu minutach. „Skoro już te fajki kupiłem… to zapalę”- pomyślałem wyciągając z kartonika grubego, białego Davidoffa. Nie o tym jednak… Mówiłem o szukaniu; no właśnie, mam w zwyczaju na kacu poszukiwać harmonii wszechrzeczy- dostrzegalnego gołym okiem porządku uniwersum. Nie wiem czy dobrze to ująłem. Chodzi o to, że obserwując łopoczące na wietrze liście topoli, prędzej odnajduję podobieństwo między nimi a idealnie spasowanymi zębatkami w szwajcarskim zegarku niż chaotycznie wirującą materią. Na trzeźwo rzadko myślę o takich pierdołach. Tamtego poranka jednak nie byłem jeszcze trzeźwy i mogłem sobie pozwolić na chwilę nikomu do niczego niepotrzebnej refleksji. Koło lasu Kabackiego spotkałem kolegę. Psa wyprowadzał. Pogadaliśmy chwilę o pierdołach, ale nie takich jak opisałem powyżej tylko o prawdziwych, nic nie znaczących bzdetach z cyklu „Moje nowe głośniki, kupione u tego faceta co poleciłeś, spisują się świetnie. Fantastycznie basy przenoszą.” Gdybym chciał z nim rozmawiać o porządku uniwersum, raczej nic by z tego nie wyszło. No, może zyskał bym sławę „the most peculiar man’a z całej wsi”. Po kilku minutach byłem już w lesie. Ptaszki śpiewały, błotko przyklejało się do butów jak rzadko, powietrze przesiąknięte było zapachem zbutwiałego drewna. „Natura! Natura jest esencją! Esencją ładu!”- prawie powiedziałem to na głos. Równie dobrze mogłem wykrzyczeć- nikogo nie było w okolicy. Jaki idiota zapuszczałby się do lasu w taką pogodę? Szukając po kieszeniach iPoda, wlazłem w gówno. Kurwa mać! To na pewno pies tego barana od głośników tak nasrał jak tędy przechodzili kilka chwil temu.
Resztki wczorajszego alkoholu już ze mnie wyszły i zatraciłem tą niezwykłą wrażliwość, która z samego rana motywowała mnie do poszukiwań. Nie znalazłem. Nic, kurwa, nie znalazłem poza psim gównem na podeszwie. Trudno.
Podróże
Wspomnienia z podróży zazwyczaj mają charakter bardziej fantasmagoryczny niż realistyczny. Pustynia w kolorze białego złota, szorstka i matowa, wdzierająca się wierzchołkami egipskich piramid w miękkie, płynne niemal, szafirowe niebo; nowojorskie domy jednorodzinne w północnej części Bronx-u, tak świetnie współgrające z lekko przegniłymi, otaczającymi je trawnikami, że ciężko wyobrazić sobie je baz nich, jak i owe trawniki bez domów; zatłoczony autobus w Bangkoku, w którym bilety kupuje się „do konkretnego przystanku” u śmiesznego człowieczka w granatowym mundurze; magiczny Budapeszt letnią nocą- jego puste uliczki oblane żółtym światłem latarni, przepełnione wilgocią ciągnącą od Dunaju, w ustach posmak Tokaju zmieszanego z Davidoffami Neon, czy wreszcie leniwe popołudnie pod warszawską syrenką nad brzegiem Wisły, z rowerem opartym o ławkę, z łydkami pogryzionymi przez komary i charakterystycznym koktajlem aromatów: kramu do opalania, potu, tytoniu. Pieczęć wyjątkowości mamy w zwyczaju przybijać miejscom, które sami odwiedziliśmy- nie tym, które odwiedził ktoś inny. To dobrze- w końcu świat postrzegać można wyłącznie przez pryzmat własnej osoby, własnego „ja”- nie inaczej. Nigdy nie byłem w Sydney. Pewnie dlatego tamtejszy gmach opery w kształcie rozpostartych żagli zasługuje moim zdaniem mniej na miano jednego z siedmiu cudów świata niżeli pomnik syrenki- z drewnianą, pomalowaną na szaro deską zamiast miecza.
“Za drzwiami”
„Jeżeli za drzwiami czeka tylko, czy może aż, nicość to chyba nie ma się czego bać.”- Myślał obierając pomarańczę. To był wielki, piękny owoc. Mężczyzna odkładał obierzyny w jedno miejsce- na skraj wczorajszej „Wyborczej”. Obrawszy do końca, podzielił cytrusa na ćwiartki, po czym równiutko, jedna obok drugiej, ułożył je na porcelitowym talerzu.
Piotr Wiatr- tak się nazywał ów człowiek- mieszkał na jednym z podwarszawskich quasi-eleganckich osiedli ze spadzistymi, wyłożonymi buraczkową dachówką dachami i zapijaczonym stróżem przy furtce, razem ze swoją dziewczyną- Laurą. To dla niej obierał owoce- żeby miała gotowe jak wstanie. Piotr zawsze wstawał dużo wcześniej, około piątej rano, żaby dojechać do biura, na Mokotów, jeszcze zanim miasto się totalnie zakorkuje. Laura była menadżerem jednego z nocnych klubów- do pracy chodziła po południu. Piotr często wyrażał swoje niezadowolenie z takiego stanu rzeczy. „Mijamy się! Widuję cię, wyłączając czas kiedy śpisz, raz, w porywach do dwóch razy w tygodniu. I to też w przelocie.” Nie robiło to na niej specjalnego wrażenia. Była kobietą „z jajami”. To strasznie kręciło facetów. Była też skrajną egoistką ale jej twardy charakter w połączeniu z drobną posturą, bardziej właściwą piętnastolatce niż dwudziestoczteroletniej kobiecie, z wielkimi niebieskimi oczami, złotymi włosami ostrzyżonymi „na chłopca” i wąskimi lecz niezwykle kształtnymi wargami, zniewalał facetów i przyćmiewał tego typu negatywy.
Piotra poznała na wakacjach- na Teneryfie. To on do niej podszedł. W dyskotece. Miał na sobie pstrokatą hawajską koszulę, białą panamę i beżowe bawełniane spodnie a czerwona, poparzona na słońcu skóra schodziła mu z twarzy wielkimi płatami, zwłaszcza na nosie. Był na wczasach z kolegami z pracy. Laura często wspominała tamten wieczór. „Barman! “Sex on the beach” for this charming lady!” zakrzyknął, lekko już bełkocząc, z drugiego końca baru, wskazując na nią bezczelnie palcem. Chyba właśnie tym zachowaniem wywarł na niej wrażenie. Zaimponowała jej jego pewność siebie. Potem poszli na plażę, porozmawiali na różne typowe dla pierwszych „randek” tematy, okazało się, iż oboje są fanami muzyki Philip’a Glass’a i chilloutowych brzmień grupy Múm , oraz filmów Sama Peckinpaha, aż skończyli w jego pokoju pod prysznicem. Laura, szczytując, wyłamała ręką, przytwierdzoną do ściany, mydelniczkę. Później nie zdarzyło im się już nigdy spędzić tyle czasu koncentrując się wyłącznie na sobie wzajemnie.
Po roku wprowadziła się do niego. Nie z miłości. Piotr mieszkał wówczas jeszcze w jednej z przedwojennych kamienic nieopodal metra „Racławicka” a ona miała stamtąd bliżej do pracy niż z Konstancina, gdzie do tej pory żyła z rodzicami w okazałej willi o kilkunastu pokojach. Tata Laury był kiedyś kimś ważnym w PZPR a za rządów SLD zrobił parę dochodowych interesów przy okazji wielkiej prywatyzacji. Tata Laury był zawsze we wszystkim najlepszy. Jeździł najbardziej terenowym ze wszystkich terenowych samochodów, na polowaniach strzelał z najbardziej śmiercionośnej ze wszystkich śmiercionośnych strzelb, zabijał największą zwierzynę, pił najmocniejszą z czterdziestoprocentowych wódek a żonę bił tak porządnie, że kilkakrotnie skończyło się na pogotowiu. Był całkowitym przeciwieństwem Piotra- warszawskiego księgowego, brzydzącego się przemocą i łowiectwem, jeżdżącego samochodem z segmentu compact za rozsądną cenę, wódkę pijącego góra trzy razy do roku. Może właśnie dlatego Laura go wybrała. Nienawidziła ojca. Z drugiej jednak strony, podświadomie pogardzała trochę Piotrem, że nie jest „prawdziwym facetem”, facetem jak tatuś. W każdym razie, na Mokotowie pomieszkali razem niecały rok. Piotr wziął kredyt rozłożony na trzydzieści cześć lat i kupił większe mieszkanie- właśnie to pod miastem. Laura przeniosła się tam niechętnie- żaby nie sprawić mu przykrości. Codziennie obrane świeże cytrusy, niebieskie Mini, co tydzień wspólne zakupy- to była jego rekompensata dla niej. Właściwie za co?
„Jeżeli za drzwiami czeka tylko, czy może aż, nicość to chyba nie ma się czego bać.”- Myślał dalej jadąc do Warszawy. Trzy dni temu lekarze powiedzieli, że ma raka. „Co z kredytem?” Poręczycielami byli rodzice Laury. „Co z Laurą?” Da sobie radę. „Co ze mną?” Jeżeli za drzwiami czeka nicość to nie ma się czego bać. Za drzwiami Laura, jej rodzice, willa w Konstancinie, blok z buraczkowym dachem i kolekcja DVD Peckinpaha tak jak ty- przestaną istnieć.
Gdzieś…
-Poszukujesz sensu?
-Tak. Chyba tak…
-I jak ci idzie?
-Jak na razie bez rezultatów. Może jutro…
-Może poszukaj tam gdzie zgubiłeś?
-Wykluczone. Tego miejsca już nie ma. Tamtego czasu zresztą również.
-Może zapytaj kogoś kto tam z tobą był? Może ktoś pamięta, ktoś coś wie?
-Tych ludzi też już nie ma. Czym właściwie byli oni? Nie zapytam nawet kim? Czym zatem? Mgnieniem może? To wszystko trwało tak krótko…
-To co się z nimi stało?
-Nic.
-Wybacz, ale nie rozumiem.
-Nic się z nimi nie stało. To wszystko w mojej głowie. Nie sądziłem nigdy, że to zajdzie tak daleko.
-Że co zajdzie tak daleko?
-To… Nie umiem tego nazwać. Sens też był mgnieniem. W ogóle, jeśli sens się pojawia to zawsze jako chwila. Kosmicznie niepowtarzalna chwila. Każdy oddech jest jedynym, każdy ułamek sekundy bo nie ma szans już nigdy, absolutnie nigdy, powtórzyć się w tym samym kształcie. Przy kolejnym zawsze coś będzie inaczej. Położenie kuli ziemskiej, kształt paprocha na ramieniu marynarki obcego człowieka gdzieś na drugim końcu świata, temperatura kawy w kubku, długość zarostu na twarzy angielskiego piłkarza, granica wytrzymałości kobiety gwałconej przez oddział bojówkarzy w Sierra Leone, ilość tuszu w długopisie…
-Fakt… ciężko to nazwać. Przemijanie? Nie… zbyt trywialne.
-No widzisz- tak właśnie się zmagam. Nie potrafię uwierzyć w sens wymyślony przez ludzi. Musi być jakiś naturalny, jedyny, właściwy, wypływający z istoty rzeczy. Religie obrażają mój intelekt. Gdyby istniała siła wyższa to na pewno nie miałaby cech ludzkich. Religia jest dla słabych. Sens jest… Ale nie w kościele, meczecie czy synagodze…
-Gdzie?
-Nie wiem. Może tuż za rogiem?
GFX
PKP(Podróże Kształcą Polaków)?
Bohater, nazwijmy go starotestamentowo Uriaszem, powinien zrobić coś nietypowego, zaskakującego; coś, co czytelnikiem wstrząśnie lub go rozbawi. Powinien znaleźć się w stosownych do takiego czynu okolicznościach. Mógłby na przykład rozebrać się do naga w kościele i biegać pomiędzy ławami machając fiutem albo głośno pierdnąć przy wigilijnym stole wywołując tym samym ogólne oburzenie.
Uriasz jednak siedzi w pociągu Ernest Malinowski jadącym z Krakowa do Warszawy i popija darmową herbatkę sporządzoną na bazie wody z kranu z domieszką kwasku cytrynowego marki Rolnik. Naprzeciwko niego- długowłosa blondynka w wieku, na oko, dwudziestu siedmiu- trzydziestu lat. Jest ładna ale, jakby napisał Amos Oz, niezbyt pociągająca. Może kwestia ubrania? Czyta ELLE. Obok niej- typ drobnego przedsiębiorcy. Jakieś pięć dych na karku, spodnie z brązowego sztruksu, kraciasta koszula, marynarka w pepitkę. Czyta jakieś dokumenty, przegląda faktury. Uriasz, będąc raczej konserwatywnym facetem, być może w podświadomej obawie przed posądzeniem o homoseksualizm, skupia wzrok na blondynce, a właściwie na jej broszce- prostokątnym kawałku hebanowego drewna w srebrnej oprawie. Myśli, że właściwie to kobieta jest dość interesująca fizycznie, seksualnie. Bardziej z nudów niż z przekonania zaczyna ją w wyobraźni rozbierać, dotykać; dochodzi do zbliżenia. Pomimo czterech, następujących jeden po drugim, głośnych, mokrych orgazmów, towarzyszka podróży nadal czyta swój magazyn z niewzruszoną miną. Uriasz przenosi w związku z tym uwagę na to, co za oknem.
„Słup… słup… słup…, słup, słup słu…Kurwa, ze dwa przeoczyłem”- mówi sam do siebie w myślach. Facet od faktur zakasłał. Przeprosił i wrócił do papierów. Blondynka skończyła czytać i pisze sms-a na Nokii N95. Uriasz, dla odmiany, zaczął liczyć krowy. Po ośmiu zrezygnował bo zbyt łatwo się pomylić. Z daleka nie widać czy krowa, czy byk. Do Warszawy zostało jeszcze jakieś czterdzieści minut drogi. Bohater zdąży jeszcze z piętnaście razy doprowadzić kobietę do szczytowania. Ona zdąży napisać ze sto sms-ów a gość w sztruksach przewertuje swoje kwity sześciokrotnie.
Nikt nie zrobi nic zaskakującego, nietypowego, bulwersującego ani śmiesznego bo w życiu tak nie ma. No, może czasem…

